Piszę ten tekst jakieś kilkanaście godzin po tym, jak Mark Hoppus – twórca i basista Blink-182 – ogłosił na Twitterze, że Tom DeLonge, gitarzysta oraz założyciel tej kapeli, opuszcza zespół. Grupę, bez której nie wyobrażam sobie swojego dorastania. Tria, znajdującego się w moim osobistym Top 10 wszech czasów, a nawet pierwszej trójce.
Oczywiście uwielbiam takie legendy rocka i metalu jak Nirvana, Queen, Metallica, czy Red Hot Chili Peppers, jednak Blink-182, wraz z Green Day’em i Sum-41, nie opuszczali mnie przez cały okres gimnazjum i liceum. Byli ze mną w momentach zarówno tych radosnych, jak i smutnych. Ich utwory dodawały mi otuchy i przyjemności w niezliczonej ilości sytuacji, dlatego będę miał ich w swoim sercu pewnie do końca swoich dni.
Tom, dałeś ciała, ale liczę, że w niedługim czasie się opamiętasz i powrócisz do zespołu, który stał się najlepszą artystyczną rzeczą, jaką kiedykolwiek stworzyłeś.
***
Kwestia Blink-182 jest jedynie wstępem do dzisiejszego felietonu. Była tylko pretekstem do zadania sobie o wiele bardziej ogólnego pytania: czy w momencie, gdy jeden z członków opuszcza grupę, powinna ona zawieszać swoją działalność?
A słowo „opuszcza” w tym przypadku ma nie jedno, a dwa znaczenia.
Fani Blink-182, wraz ze mną, ogłosili niemal jednogłośnie – zespół powinien działać dalej. DeLonge poprzez swoje debilne zachowania (których nie chcę tutaj dokładnie opisywać, bo to historia na rozdział książki, a nie felieton) sprawił, że niewielu z miłośników kapeli stanęło po jego stronie i zaczęło wylewać łzy w opatrzone logiem grupy t-shirty.
***
Na pierwszym roku studiów miałem zajęcia z socjologii. Przedmiot mega nudny, ale wyniosłem z niego kilka życiowych rad. Oto najważniejsza z nich – nie ma sprawiedliwości i równości na świecie. Zasada ta pasuje praktycznie do każdej sfery życia. Nawet muzyki rockowej.
Gdyby dzisiaj Internet obiegła wiadomość, że Chris Martin opuszcza Coldplay’a, to czy równałoby się to z obruszeniem po informacji, iż z zespołu odszedł Will Champion (perkusista zespołu)? Oczywiście, że nie. Chris to wokalista grupy, jej frontman, nazwijmy to – twarz wielomilionowego projektu. Jego odejście wiązałoby się albo z zakończeniem działalności zespołu, albo z próbą kontynuowania przez niego kariery z niemal 100% pewnością jej niepowodzenia.
Lecz gdyby Will Champion pożegnał się z Coldplay’em, czy skutki tego byłyby takie same jak w przypadku Martina? Nie, jestem tego pewien. Grupa znalazłaby bardzo szybko zastępstwo i po opublikowaniu chwytliwej wiadomości na swojej oficjalnej stronie typu „Will zawsze będzie częścią naszego zespołu, bla bla bla, życzymy mu powodzenia w dalszej karierze” kontynuowałaby swoją działalność.
Domyślacie się chyba, o co mi chodzi? Spojrzenie na temat zakończenia działalności zespołu z powodu odejścia któregoś z członków jest identyczne, jak w powyższym przykładzie. Wszystko zależy od tego, o którą osobę chodzi. Albo nie będę owijał w bawełnę – czy chodzi o wokalistę.
Taka jest niestety prawda – gdy z kapelą żegna się perkusista, nie pojawiają się raczej głosy nakłaniające grupę do odłożenia instrumentów w kąt. Pałker to osoba schowana za bębnami, łatwa do zastąpienia. Jej twarz znają tylko najwięksi fani, przez co dla większości ludzi jego obecność byłaby niezauważalna. Nieco trudniej jest w przypadku odejścia basisty, czy gitarzysty – jego już widać trochę więcej, a zazwyczaj jest autorem lub współautorem kompozycji, przez co pojawiają się, zawsze będące linią sporu, kwestie praw autorskich. To też można jeszcze jakoś obejść. Lecz gdy kapelę opuszcza wokalista, zespół ma duży problem.
O ile we wcześniejszych przypadkach raczej nie spotyka się głośnego sprzeciwu miłośników wobec dalszego grania, o tyle tutaj pojawiają się głosy: „jak to tak bez śpiewu? Niech pakują manatki i kończą granie, przecież to nie w porządku!”.
I gdzie tu jakakolwiek sprawiedliwość?
Niby grupa muzyczna składa się z kilku równych sobie muzyków, ale takie sytuację jak te, które przytoczyłem wcześniej, idealnie ukazują fakt, że są równi i równiejsi. Więc gdy jakiś zespół opuszcza wokalista, niemal zawsze mówi się, iż kapela powinna zakończyć działalność, bo ciężko wyobrazić ich sobie z nowym wokalem – może i podobnym brzmieniowo, ale wyglądającym inaczej, poruszającym się w inny sposób.
Gdy Red Hot Chili Peppers opuszczał gitarzysta John Frusciante, mało kto kazał im kończyć działalność. Jedynym pytaniem było: kto go zastąpi? Padło na Josha Klingoffera, przyjaciela Johna, który w pewnym sensie go namaścił do tej roli. Gdy ze wspomnianego Sum-41 odchodził szalejący na wiośle Dave Baksh, sytuacja była analogiczna. I mógłbym tak dalej podawać przykłady choćby odejścia dwóch perkusistów z My Chemical Romance, basisty z Arctic Monkeys i Metallici…
Żeby nie było – kapele opuszczali też wokaliści. Lecz wtedy odbiór tego był zdecydowanie inny. Niemal zawsze nakłaniano grupę do zawieszenia kariery z tych powodów, które wymieniłem chwilę wcześniej.
Gdy AC/DC zaczynało grać z Brianem Johnsonem, część fanów była oburzona. Kiedy Queen rozpoczynali serię współprac z kolejno: Paulem Rodgersem i Adamem Lambertem, głosy krytyki pojawiały się z każdej strony, nawet Johna Deacona – basisty zespołu, który po śmierci Freddiego Mercury’ego nie chciał dalej grać i tworzyć.
I tu pojawia się drugie znaczenie słowa „odejść”. Nie tylko w sensie „z zespołu”, ale również dosłownie – z tego świata.
Gdy jeden z członków grupy umiera, pojawia się duży problem. Tutaj wkracza element uczuciowy, nieobecny przy, nazwijmy to, „zwykłym” opuszczaniu projektu.
Śmierć to ciężki temat. Kto odczuł odejście bliskiej osoby ten wie, o czym mówię. Nie inaczej jest z zespołami muzycznymi. Bardzo często koledzy z kapeli spędzają ze sobą więcej czasu niż z własnymi rodzinami. Przykład – Nickelback za kilkanaście dni rozpocznie trasę koncertową trwającą do końca listopada. Prawie 100 występów – od Nowego Jorku po Londyn. Niemal 10 miesięcy będą praktycznie poza domem, więc członkowie grupy stają się dla siebie kimś naprawdę bliskim. W momencie, gdy jeden z nich umiera, stoją przed podwójnie trudną sytuacją – jak pozbierać się po jego utracie i co dalej z kapelą?
W 99,9% wybór jest jasny – gramy dalej. Nie ma co się oszukiwać – gdy w grę wchodzą grube pieniądze, sfera uczuciowa zawsze schodzi na dalszy plan. Do mediów przekazana jest informacja, że grupa zastanawia się nad zakończeniem działalności (klasyk), ale ostatecznie się na to nie decyduje. Dlatego AC/DC gra z Brianem Johnsonem, Queen z Adamem Lambertem, Metallica w latach 80. kontynuowała karierę bez tragicznie zmarłego Cliffa Burtona, The Rolling Stones zastąpili Briana Jonesa Ronniem Woodem, The Doors próbowali tworzyć bez Jima Morrisona, Red Hoci pod koniec lat 80. niemal bez zastanowienia znaleźli zastępstwo za Hillela Slovaka, który przedawkował narkotyki. Przykładów jest naprawdę mnóstwo.
Są też kapele inne. Takie, które uniosły się honorem i postanowiły – skoro jednego z nas już nie ma na tym świecie, zespołu też nie powinno być. Niekwestionowanym „liderem” jest Led Zeppelin. Gdy John Bonham udławił się własnymi wymiocinami, reszta tej legendy rocka powiedziała jasno: „skoro John umarł, my nie będziemy już dalej grac i tworzyć”. Za wyjątkiem kilku okazjonalnych koncertów, Zeppelini od ponad 30 lat nie występują. Słowa dotrzymali i to mimo tego, że zmarł „jedynie” perkusista – świetny w swoim fachu, ale do zastąpienia. I chociażby z tego powodu Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones maja u mnie wieli szacunek. Kolejnym przykładem jest Nirvana. Tutaj jednak sytuacja była chyba klarowna – no bo jak zastąpić kogoś takiego jak Kurt Cobain? Lecz z drugiej strony, Queen jakoś poradzili sobie z brakiem Freddiego…
Odpowiadając sobie samemu na pytanie zawarte w początkowej części felietonu, mam mieszane uczucia. Potrafię zrozumieć argumenty zarówno jednej i drugiej strony. Kiedy racje tych pierwszych zaczynają przeważać nad argumentami drugich, w głowie pojawia się chyba konkluzja tych rozmyślań – dla muzyków, którzy pozostają w kapeli, jest ona dla nich jedynym źródłem dochodu. Czymś, co w życiu (poza kwestiami rodzinnymi, ale nie zawsze) wyszło im najlepiej. Co prawda Brian May (gitarzysta Queen), czy Dexter Holland (lider Offspringa) to doktorzy nauk, ale nie ośmieszajmy się – są jedynie promilem całego środowiska. Reszta muzyków to w większości ludzie nie potrafiący zarabiać w inny sposób. Albo inaczej – na pewno nie tak zyskownie.
Poza tym nawet Freddie Mercury – w trochę innym kontekście, ale jednak – śpiewał: Show must go on…


