Muszę przyznać, że nigdy nie byłem jakimś ogromnym fanem twórczości Prince’a. Jednak po jego śmierci, niestety, zacząłem się co raz bardziej wkręcać w stworzony przez niego funk rockowy muzyczny wszechświat. Co do pierwszego pośmiertnego albumu z niepublikowaną do tej pory twórczością, czyli Piano & A Microphone 1983, to z pewnością mogę go określić jako dzieło wyjątkowe, nie tylko biorąc pod uwagę twórczość samego autora, ale również muzykę XX i XXI wieku.
Podchodząc do pierwszego przesłuchania tego krążka, tak naprawdę nie miałem żadnych oczekiwań wobec tego, co ma swojemu słuchaczowi do zaoferowania. Jedynym ciekawym aspektem Piano & A Microphone 1983 zdawała się dla mnie data jego powstania, czyli rok 1983, czyli rok po wydaniu ważnego dla przyszłości Prince’a 1999, a rok przed jego magnum opus, czyli Purple Rain.

I tak zanim na dobre wkręciłem w bardzo nastrojową atmosferę Piano & A Microphone 1983, ten już się skończył. Niby minęło półgodziny, a ja nawet tego nie zauważyłem. Niełatwo jest myślę sprawić, tym bardziej współcześnie, by słuchacz przez cały krążek się nim zaintrygowany i nie czuł znudzenia, choćby przez króciuteńki fragment jednej z kompozycji się na nim znajdujących. Prince’owi się ta sztuka wyjątkowo wobec mnie udała, co tym bardziej mnie cieszy jako potencjalnego wielbiciela jego twórczości.
Piano & A Microphone 1983 składa się teoretycznie z dziewięciu odrębnych od siebie utworów, jednak słuchając go, naprawdę ciężko jest zauważyć pauzy pomiędzy nimi. Dzięki temu zabiegowi dzieło zdaje się być jeszcze bardziej kameralne, dzięki czemu możemy poczuć się niczym na prywatnym koncercie lub, co lepiej odda charakter tego skromnego, zajrzymy w prywatne oblicze gwiazdy, gdy nikt postronny na nią zachłannie nie spoziera i nie strofuje najróżniejszymi problemami. Piano & A Microphone 1983 jest czystą emocją, gdzie wokalista nie ma nic przed słuchaczem do ukrycia, bo nie gra wykreowanego przez siebie alter ego, tylko jest sobą, jest Princem Rogersem Nelsonem. Jest Princem, który symultanicznie reaguje na swoje odczucia wykonując dany utwór, jak na przykład w Mary Don’t You Weep, gdzie słychać charakterystyczne chrząknięcie, które brzmi według mnie jak, i tu przepraszam za obrazowość, wciąganie flegmy w nosie powstającej podczas płaczu. To rzadkie, by artysta, a tym bardziej takiego kalibru uwidocznił swoją wrażliwość właśnie w ten prosty, choć bardzo odważny według mnie sposób.
Przez nietypowość Piano & A Microphone 1983, ciężko mi wybrać swój ulubiony utwór, bo to tak naprawdę jest jedną wielką i kompletną kompozycją, która sobie płynie, a my, jeśli tylko chcemy, razem z jej prądem. Krążek ten z pewnością jest czymś wyjątkowym, gdzie obecnie mamy do czynienia z do granic możliwości dopieszczonymi albumami, które rzeczywiście są czasami mądre i wartościowe, ale nie mają w sobie tych tak zwanych flaków na wierzchu. Tu te flaki są i to się naprawdę ceni. Najlepszym momentem, bo inaczej tego nie potrafię nazwać, na płycie jest dla mnie Cold Coffee & Cocaine, bo pomimo swojego dość obskurnego tekstu, jest bardzo, wręcz histerycznie, zabawne, co chyba jest rzadkością w twórczości Prince’a, gdzie nie ma szansy na coś tak autentycznego jak właśnie Piano & A Microphone 1983.
Fanów myślę, że nie muszę przekonywać, natomiast całej reszcie tym bardziej polecam Piano & A Microphone 1983 jako dzieło warte poznania i posiadania, chociażby na waszej wirtualnej półce z najlepszą muzyką. Podczas jego słuchania odłączcie się od internetu i wszystkich social mediów i cieszcie się tym kawałkiem niezwykłej i niepowtarzalnej muzyki.
