Powrót królowej. PJ Harvey wystąpiła w Warszawie. Relacja Katarzyny Turowicz.

Gdy wychodziła na scenę wraz z całym orszakiem wspaniałych muzyków, odniosłam wrażenie, że na naszych oczach odbywać się będzie muzyczny spektakl na podstawie mrocznego scenariusza, z pogranicza mistyki, ale mający w sobie coś przyziemnego. Szybko okazało się, że emocje są tym, co Harvey chce przede wszystkim przekazać swemu audytorium, bez żadnych sztywnych założeń. Polly Jean Harvey – światowa ikona muzyki alternatywnej, jedna z najwybitniejszych artystek – wystąpiła wczoraj na warszawskim Torwarze.


Jesienna trasa promująca najnowszy, dziewiąty solowy album studyjny PJ Harvey zatytułowany The Hope Six Demolition Project właśnie się rozpoczęła. Po czerwcowym koncercie na Open’erze i 3 dni po swoich 47. urodzinach Polly Jean Harvey powróciła do Polski. Deszczowy, październikowy wieczór zgromadził warszawską publiczność w wyjątkowym, a zarazem legendarnym dla polskiej muzyki miejscu, czyli na Torwarze. Potężna scena w zestawieniu z dość ascetyczną scenografią oraz magiczną grą świateł stanowiła świetną oprawę wizualną dla tego muzycznego wydarzenia. Trasa promująca album The Hope Six Demolition Project jest przede wszystkim perkusyjna. Pomimo słyszalnej dominacji kotłów czy werbli, to właśnie saksofon jest czynnikiem spajającym wykonywane kolejno utwory.  Wśród tak bardzo rozbudowanego instrumentarium znalazło się także miejsce dla gitar, choć podczas tego koncertu – szczególnie w pierwszej jego części – nie wysuwały się na pierwszy muzyczny plan, co nie znaczy, że należy je pominąć. PJ Harvey fantastycznie, bardzo skrupulatnie dobrała sobie muzyków. Doskonale to słychać.

Artystka wraz ze swoją wspaniałą muzyczną świtą niemal dosłownie zmiotła Torwar. Dopracowane do ostatniej nano-sekundy widowisko trzymało warszawską publiczność przez cały czas jego trwania w bezdechu, znieruchomiałą. Scena jest jej żywiołem. Pomimo towarzystwa tak wybitnych muzyków, niezwykłych multiinstrumentalistów, to nadal ona tworzy widowisko. To właśnie ona dzierży batutę dyrygencką nad tą fenomenalną orkiestrą. Polly Jean pozostawia wolną przestrzeń dla występujących z nią muzyków, miejscami usuwa się w cień – dosłownie i w przenośni – ale jest stale obecna, nadaje temu wszystkiemu kształt, tworzy charakter. To sprawiło, że całe widowisko było spójne, zabrakło miejsca na nieprzemyślane momenty.

Treść płyty The Hope Six Demolition Project skrzy się od aktualnych tematów politycznych i społecznych. Dziennik z podróży to jednak zbyt słaby opis dla tego wydawnictwa. Album bardziej przypomina niezwykle poruszający muzyczny reportaż powstały podczas podróży artystki m.in. do Kosowa oraz Afganistanu. Nie jest to pierwszy album Harvey o takim właśnie wydźwięku. Już na płycie zatytułowanej Let England Shake wydanej w 2011 roku Polly Jean podejmuje tą niewygodną i niepopularną w świecie muzyki tematykę, klarownie przedstawia swoje stanowisko. Pierwsza część koncertu oparta była właśnie o materiał pochodzący z obu tych albumów. Podczas występu rozbrzmiały m.in. The Community of Hope, The Orange Monkey, Let England Shake, niezwykle przejmujący utwór The Words That Maketh Murder czy równie poruszający The Glorious Land.

Człowiek się zmienia, nieustannie podlega mniejszym lub większym przemianom. Polly Jean Harvey nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Jak sama wyraźnie wielokrotnie zaznacza w wywiadach, których w ostatnim czasie udziela bardzo niewiele, dziś jest w stanie wykonywać tylko te utwory z poprzednich płyt, które są dla niej wciąż aktualne, żywe, potrafi nadal się z nimi identyfikować, nie czuje dyskomfortu podczas ich wykonywania. To właśnie sprawia, że PJ Harvey jest tak bardzo autentyczna w tym, co robi. Nie ma w tym przesady, podejmowania prób zrobienia czegokolwiek na siłę, przekombinowania jakiegokolwiek dźwięku. I tak warszawska publiczność mogła wczoraj usłyszeć takie sztandarowe kompozycje artystki jak doskonałe Down By The Water czy To Bring You My Love pochodzące z krążka To Bring You My Love z 1995 roku, czy mocne, dobitne 50ft Quennie, które znalazło się na drugim albumie studyjnym Rid of Me wydanym w 1993 roku.

Wychodząc z koncertu przyglądałam się opuszczającej go publiczności – poszatkowanej emocjonalne, rozpuszczonej w słowach utworów PJ Harvey, przemierzającej korytarze Torwaru poruszając się jednocześnie w jakiejś równoległej rzeczywistości. Nic dziwnego. Obcowanie ze sztuką prezentowaną na żywo przez PJ Harvey, w muzyce będącej całkowicie „wewnętrzem do zewnątrz” musi wywoływać takie emocje i stany. Tylko takie.

Czytaj również