W piątek 25 stycznia w warszawskim klubie Proxima odbył się pierwszy samodzielny koncert brytyjskiego zespołu alt-rockowego You Me At Six. Polska publiczność miała wcześniej okazję zobaczyć muzyków podczas festiwali w Krakowie oraz Jarocinie. Na klubowy koncert do stolicy zawitali podczas trasy promującej swój najnowszy album, VI.
Na początku szczere wyznanie: VI nie jest moim ulubionym albumem. Wręcz przeciwnie, w jego recenzji tutaj dałam mu zaledwie 5 gwiazdek, nieco rozczarowana potencjałem, który mógł osiągnąć i do którego nawet się nie zbliżył. Byłam więc nieco sceptyczna co do tego, jak You Me At Six wypadną na żywo, zwłaszcza, jeśli utwory z VI miałyby zdominować setlistę.
Do grania w roli supportów zaproszone zostały dwa zespoły: Hot Milk oraz Big Spring. Hot Milk to młoda grupa z Manchesteru grająca emo powerpop. Podczas ich występu klub był jeszcze w połowie pusty, a publiczność niezbyt żywiołowa. Wokal wspierającej wokalistki nie do końca był w stanie podołać wyższym partiom niektórych utworów, ale poza tym było całkiem przyjemnie. Z kolei Big Spring, rockowa grupa z Brighton, dużo lepiej poradziła sobie z zadaniem rozruszania tłumu. Moją uwagę w pełni na sobie skupili od momentu, kiedy wokalista wyszedł na scenę w białym, futrzanym płaszczu – już wtedy wiedziałam, że można się spodziewać czegoś nietuzinkowego. Panowie grali rockowo i dość ciężko.
Swój występ You Me At Six rozpoczęli od mocnego uderzenia – piosenki Fast Forward. Te pierwsze kilka minut dało mi ogromną nadzieję na to, że koncert jednak mnie nie rozczaruje – muzykom, a przede wszystkim wokaliście Joshowi Franceschi, nie brakowało prezencji scenicznej i charyzmy. Wystarczyło jedno jump!, aby cały klub zaczął skakać.
Setlista była podzielona raczej równomiernie pomiędzy utwory starsze i nowsze – zabrakło niestety nieodżałowanych perełek z pierwszego albumu zespołu, Take Off Your Colours, ale było to do przewidzenia. Nie zabrakło takich hitów jak Fresh Start Fever, Night People, Reckless czy wspaniałego, nie-singlowego Predictable, moim skromnym zdaniem najmocniejszego utworu z VI. Nie przeszkadzały mi nawet taneczne Back Again oraz 3AM, za których studyjnymi wersjami nie przepadam. Niezbędna była również energetyczna bomba w postaci Loverboy.
Okazję do odpoczynku i zwolnienia tempa zapewniły utwory Give oraz balladowe Take On The World, podczas którego światła zgasły, ale całą salę rozjaśniły światełka z telefonów, czyli współczesne płomienie zapalniczek. Odnoszę wrażenie, że przynajmniej trzy czwarte zespołów ma obecnie w swoim repertuarze „światełkową” piosenkę, wyjątkowość takich momentów spada więc wprost proporcjonalnie do ilości uczęszczanych koncertów. Zwracając jednak honor You Me At Six: muzycy bardzo dobrze poradzili sobie z emocjonalną wagą utworu. Warto wspomnieć również o znakomitym kontakcie, który wokaliście udało się nawiązać ze zgromadzoną w Proximie publiką. Rozbawił mnie moment, w którym Josh zapytał, czy ktokolwiek uczestniczy właśnie w swoim pierwszym koncercie w życiu. Gdy podniosło się kilka rąk, Josh rozbrajająco przyznał, „I’m so sorry. We’re very average,” aby następnie wytłumaczyć jednemu z fanów, czym są bisy. Jaki ostatni utwór przed encore zespół zagrał Bite My Tongue, jedną ze swoich najcięższych piosenek i zdecydowanie moją ulubioną.
Bisowe utwory były prawdziwym szaleństwem. Znalazłam się nieco bliżej sceny, czytaj: w środku tłumu i na obrzeżach mosh pitu. Było jednak warto! Podczas ostatniej piosenki, Underdog, wokalista rzucił się w tłum i pozwolił się przez chwilę ponieść fali rąk, aby następnie zawisnąć z jednej z konstrukcji umieszczonych pod sufitem klubu. Przez chwilę bałam się o jego życie i zdrowie, warszawska publiczność podołała jednak zadaniu i Josh bezpiecznie wrócił na scenę.
Chciałabym napisać, że pozytywna energia, sceniczna charyzma i świetny kontakt z publicznością przykryły wszelkie muzyczne niedociągnięcia warszawskiego show You Me At Six, ale szczerze? Takich niedociągnięć nie było. Zespół dał z siebie wszystko, zostawiając mnie z ogromnym uśmiechem na twarzy i ponownie wkradając się w moje serce.


