Plan B – Heaven Before All Hell Breaks Loose (2018), recenzja Justyny Rojek

Znalezione obrazy dla zapytania Plan B – Heaven Before All Hell Breaks Loose

Prędzej czy później przychodzi potrzeba głębszego oddechu od sławy, a nawet od samej muzyki. Benjamin Drew, znany lepiej jako Plan B, przeznaczył na taką przerwę sześć lat, całkowicie wycofując się z życia publicznego. Przebłyski świeżego materiału pojawiły się dopiero w zeszłym roku, najpierw za sprawą singla In the Name of Man, a potem Hearbeat. Cały album Heaven Before All Hell Breaks Loose światło dzienne ujrzał dopiero niedawno. Jak wiadomo długa nieobecność na scenie muzycznej sprzyja trudnym powrotom lub pozytywnym zaskoczeniom, a jak jest w przypadku Plan B?

To do czego Ben Drew zdążył nas przyzwyczaić na swoich poprzednich trzech albumach to wyraźny styl i odważna liryka. Na debiutanckim Who Needs Actions When You Got Words w brutalnych słowach rapował o narkotykach, morderstwach i trudnych relacjach ze swoim ojcem. Później przyszła pora na The Defamation of Strickland Banks – soulowy album, z przewagą śpiewu nad rapem, przyniósł Plan B ogromną popularność. I wreszcie kontynuujący sukces poprzednika hip-hopowy Ill Manors, który posłużył jako soundtrack do wyreżyserowanego przez muzyka filmu o tym samym tytule. Na najnowszym wydawnictwie Ben Drew ponownie śpiewa i przy okazji zahacza o nowe gatunki muzyczne – dancehall, gospel, a nawet reggae. Zmianie ulega również warstwa liryczna. Kiedyś przepełniona gniewem i cynizmem, dziś zmierza w kierunku wyciszenia. Z pewnością duży wpływ na ten stan rzeczy miało założenie rodziny i narodziny córki piosenkarza, co jak potwierdza pozwoliło mu znaleźć raj na ziemi.

Najlepsze rzeczy na płycie zwiastuje już pierwszy singiel Heartbeat. Utrzymany w stylistyce drum’n’bass, z energicznymi i motywującymi do działania refrenami zwiastuje powrót na miarę przełomowego albumu The Defamation of Strickland Banks. Przechodząc do dalszych pozycji dość szybko okazuje się, że wiele takich sytuacji nie będzie. Otwierający płytę kawałek Grateful, podany w sprawdzonym brzmieniu soul, potwierdza wyjątkowe umiejętności wokalne Bena Drew. Z kolei charakterystyczny dla muzyka cięty język ujawnia się jedynie w Flesh & Bone. Utwór zaadresowany do ciągle nieobecnego ojca stanowi wyraźne nawiązanie do I Don’t Hate You z 2006 roku.

Kolejne kompozycje nie wzbudzają już w słuchaczu dawnego ognia. Mercy i Deeper to utwory typowo taneczne, które brzmią po prostu przestarzale. Plan B nieumiejętnie próbuje się wpasować w aktualny klimat muzyki pop, pozostawiając większe pole do popisu świeżej konkurencji. Również czerpanie inspiracji z różnych gatunków muzycznych osłabia całą płytę. Dostajemy więc zainspirowany reggae Wait So Long, dancehallowe Guess Again, czy też osadzone w EDM Pursuit of Happiness. Jednak to niezdecydowanie brzmieniowe mocno rzutuje na odbiorze piosenek, a dokładnie ich wiarygodności, która dotychczas był największym atutem muzyki Plan B. Kluczowa kwestia pojawia się również w warstwie tekstowej. Kiedy ujmujesz się za dręczonymi, trwaj przy swoim, nie ważne jak bardzo zdenerwujesz tym innych, śpiewa Drew w kompozycji It’s a War. Liryka nie jest już więc tak dosadna w przekazie, jak to miało miejsce na poprzednich albumach, za to zwyczajnie przegadana i bez jasnego celu. A przecież artystę stać na znacznie więcej.

Znajduję się obecnie w okresie przemiany. Uczę się dużo o sobie zadaję sobie pytania o to kim jestem i kim byłem, przyznał Ben Drew w jednym z wywiadów i równocześnie wyjaśnił powody spadku formy. Muzyk odkrywa na nowo swoją muzyczną tożsamość, wzbudza nadzieję na więcej, ale z szansą na powodzenie dopiero na kolejnych albumach.

Czytaj również