Piaf! The Show w ICE Kraków. Relacja Karoliny Mrowiec

Na scenie czekają już dumnie instrumenty, obok stoi ławka na której zaraz zasiądzie przyodziany w beret akordeonista. Prawdziwie paryska sceneria i wizualizacja na ogromnym ekranie gdzie migają slajdy ulic i cieszących się życiem Paryżan. W ten wieczór przeniosłam się do stolicy Francji, gdzie w ubiegłym wieku królową muzyki była tylko jedna diwa. Edith Piaf symbolicznie zmartwychwstała.

Spektakl podzielony zostaje na dwie części: w pierwszej poznajemy życie młodziutkiej piosenkarki, zarabiającej na życie poprzez śpiew na ulicy. Piosenki traktują o wszystkim: życiu, legionistach, clownach czy wielkim mieście. Tak to wszystko się zaczyna dopóki nie pojawia się jeden mężczyzna, który zauważa Edith i wynosi ją na estrady. Anne Carrere- gwiazda tego wieczoru, wykonuje nie tylko popis wokalny lecz również aktorski, nieraz rozbawiając publiczność i ujmując ją swoją bezpośredniością. Swobodnie czująca się w roli Edith wokalistka otwiera wino, skocznie porusza się po scenie, odgrywa postać z niezwykłą autentycznością. Chwilami nawet barwa głosu zdaje się być nie do odróżnienia od oryginału. Nie mówiąc już o jego sile i mocy, dzięki której artystka może wprost rozsadzić całą salę koncertową. Ileż energii miała w sobie Carrere, tańcząc i wydobywając z siebie najpotężniejsze dźwięki jednocześnie! Zaraz potem rozdaje pocałunki na prawo i na lewo, czarując mężczyzn niczym wróżka, aby w kolejnym kroku prosić (a nawet zaborczo zawłaszczać sobie) widzów do wspólnych pląsów. Ci, z początku odrobinę niechętni lub raczej nieśmiali- szybko czują miętę do bezkompromisowej artystki i odurzeni jej wdziękiem poruszają się rytmicznie w parze, zlepieni w uścisku.

Druga część spektaklu jest odważniejsza, mocniejsza w przekazie i jeszcze bardziej piorunująca ładunkiem emocjonalnym. Sama Carrere w pewnym momencie musi ocierać swoje łzy o garnitur instrumentalisty. Dalszą część koncertu po przerwie poświęcono dokonaniom Edith Piaf znanej już jako wielka gwiazda, nie jako Wróbelek z przedmieść. Wykonane zostają największe przeboje, począwszy od Padam Padam, po Milord, na Je ne regrette rien kończąc. W tle widzieliśmy fotografie i wycinki z gazet przypominające o największych miłościach w życiu Piaf i wydarzeniach, które odbiły się na jej tekstach i wrażliwości utworów. Kiedy zespół wykonywał najpiękniejszą muzykę, niegdyś odgrywaną w Olympii, na wielkim ekranie pojawiają się portrety wszystkich kochanków Piaf, przy L’Hymne a L’amour informacje prasowe na temat Marcela Cerdana, następnie zjawiskowa Marlene Dietrich w trakcie La Vie En Rose. Osobiście uważam, że część setlisty rozpoczynająca się od Mon Dieu, kontynuując na wspomnianych wyżej piosenkach to szalone posunięcie realizatorów! Z trudem wytrzymuję spokojnie na widowni, próbując powstrzymać łzy i rozładować emocje. Sądzę, że nie u jednej osoby wokół pojawia się podobna reakcja. Piaf jak nikt dotąd potrafiła wyśpiewać ból miłości, który dziś z dozą aktorstwa przekauje nam Anne Carrere w Centrum Kongresowym.

Słowem, jestem zachwycona tym, co wydarzyło się we wtorkowy wieczór w Krakowie. Piękne przedstawienie, z początku przyjemne i relaksujące, z czasem przerodziło się w wybuchający wulkan przeróżnych uczuć. Zostałam pozytywnie zaskoczona. Spodziewałam się raczej piosenki aktorskiej, a nie dosłownego przeistoczenia się w legendarną Edith Piaf. Sądzę, że gdyby diwa słyszała to, co Anne Carrere tworzy podczas trasy koncertowej PIAF! The Show mogłaby być z niej dumna. A przynajmniej spokojna o właściwe reprezentowanie spuścizny artystycznej po sobie.

Czytaj również