Passenger – Runaway (2018), recenzja Aleksandry Żeleźnik

Jego Let Her Go sześć lat temu nucił cały świat. Passenger robi wszystko co w jego sile by z każdym nowym krążkiem udowodnić nam, że nie jest twórcą jednego przeboju. Tym razem podjął próbę na swoim dziesiątym (!) albumie studyjnym. Czy na Runaway znajdziemy kompozycje, które skradną nam serca? Tak. A czy jest tam choćby jeden utwór, który stanie się hitem? Nie.

Passenger to tak naprawdę pseudonim artystyczny Michaela Rosenberga. Zadebiutował w 2007 r. albumem Wicked Man’s Rest. Jednak dopiero pięć lat później ogromną rozpoznawalność przyniósł mu singiel Let Her Go. Sam klip do tej piosenki obejrzano w serwisie YouTube już ponad 2 miliardy razy! Od tamtej pory artysta wydał kilka krążków, dużo koncertował, nagrywał nowy materiał. Efekty możemy posłuchać na jego dziesiątym albumie studyjny Runaway, który swoją premierę miał 31 sierpnia 2018 r. Na sklepowych półkach wydawnictwo ukazało się dzięki wytwórni Black Crow Records.

Najnowszy album przyniósł nam dziesięć premierowych utworów. Wydawnictwo otwiera kompozycja Hell or High Water. Już od pierwszych dźwięków słychać z kim mamy do czynienia. Ten charakterystyczny głos, ta gitara, ciekawie skomponowany refren. Nic dziwnego, że melodia wpada w ucho. Zaczyna się bardzo przyjemnie i dość… dynamicznie. Jak się okazuje, takich skocznych ballad na albumie nie zabrakło. Później mamy Why Can’t I Change, tutaj pozostajemy w trochę żywszym klimacie. Do umiarkowanego potupania nóżką. Zwrotka trochę się dłuży, ale rekompensuje to ciepły melodyczny wokal Passengera.

Do szybszych piosenek z pewnością zaliczyć możemy jeszcze Heart to Love, Let’s Go, He Leaves You Cold oraz Eagle Bear Buffalo. Te cztery kompozycje mają wiele wspólnego. Po pierwsze, w każdej bardzo mocno wybrzmiał refren, co jest dość ciekawym zagraniem. Po drugie, wokal odnajduje się w nich bardzo dobrze. Po trzecie – wszystkie brzmią praktycznie tak samo. Bardzo trudno je rozróżnić. Podobne wrażenie można odnieść przy utworze tytułowym. Runaway ma ciekawą melodię, jednak zlewa się z całą resztą. Do jednorazowego przesłuchania w sam raz.

Gdzieś mniej więcej w połowie artysta zmienia klimat. Prezentuje nam ballady z krwi i kości. Spokojne, wyrafinowane, pełne emocji, umiarkowanego tempa, z górnolotnymi refrenami. Tutaj warto zwrócić uwagę na najdłuższą kompozycję, jaka znalazła się na albumie, a mianowicie kawałek Ghost Town. To ponad pięć minut bardzo ładnej melodii, stonowanej gitary i urzekającego wokalu. Piękna, chwytająca za serce piosenka. To samo zadziało się w utworze To Be Free, jednak tutaj tak jakby mamy powielenie schematu. Gdzieś już to słyszałam.

Album zamyka dość mocna jak na Passengera kompozycja Survivors. Tutaj również warto pochwalić refren. Jednak na pierwszy plan wysuwa się sekcja smyczkowa, która kradnie całe show. Przepiękna. Chociaż osobiście uważam, że w tym przypadku piosenka powinna być odrobinę krótsza, bo niestety, zaczyna nużyć.

Podsumowując, Passenger po raz kolejny zaserwował nam album bezpieczny. Brak na nim szaleństw, brak eksperymentów. Jest on, jest jego delikatny głos, są znane dźwięki. Artysta powiela to, co już wielokrotnie nam zaserwował. Jeśli ktoś spodziewał się jakiegoś przełomu to… mocno się rozczaruje. Runaway jest do bólu przewidywalny. Ma co prawda magiczne momenty, wzniosłe ballady i chwytające za serce melodie, jednak to już wszystko było. Trochę nuży. Niestety. Nie zrozumcie mnie źle, Runaway nie jest albumem aż tak kiepskim. Jest po prostu dokładnie taki sam jak cała reszta dyskografii Passengera.

oceny

autor recenzji

Aleksandra Żeleźnik
Aleksandra Żeleźnik
Lat 23, studentka. Miłośniczka dobrej muzyki. Słucha wszystkiego co wydaje jej się interesujące i godne uwagi. Fanka Adama Lamberta, Arctic Monkeys oraz Royal Blood.

Sprawdź nasze inne

Recenzje