Czy jest sens wydawać płytę pod szyldem zespołu, jeżeli jest się jego jedynym członkiem? I tak, i nie. Tak, ponieważ marka wypracowana przez lata przykuwa uwagę odbiorców i jest dobrym magnesem marketingowym; natomiast nie, dlatego że łatwo tę markę zburzyć. Co prawda można by się doszukiwać w tym wszystkim wątków prawnych, prywatnych zawiści i mniej lub bardziej interesujących szczegółów, ale po co? Czasem lepiej po prostu posłuchać muzyki.
Panic! At the Disco, czy też raczej Brendon! at the Urie, już od dość dawna nie gra (1. osoba l. poj. będzie wygodniejsza i bliższa prawdzie) rocka czy też jego bliskich krewnych. Do tego zdążył on przyzwyczaić swoich słuchaczy albumem Too Weird to Live, To Rare to Die!, a koncepcja ów odejścia jest także kontynuowana na najnowszym krążku pana Urie, czyli na Death of a Bachelor. O ile pierwszy z wyżej wymienionych wydawał mi się bardzo spłaszczony, to ten drugi jest czymś na kształt sinusoidy. Albo raczej cosinusoidy, bo pierwsze maksimum otrzymujemy już na początku. Kawałek Victorious, będący drugim singlem promującym płytę, od razu podbił moje serce. Chwytliwy mostek rodem z próby poznańskich Słowików, który de facto pełni także rolę fantastycznego intro, na stałe utkwił w mojej głowie. Do tego gitary niczym z Vices & Virtues i do znudzenia perfekcyjny wokal – sama radość.
Następne maksima są ulokowane dość nieregularnie, co nie znaczy, że po drodze nie dzieje się nic. Czasem jest lepiej, czasem jest gorzej, ale na pewno nie można powiedzieć, że jest płasko. Ciekawą propozycją z tych „średniaków” jest tytułowe Death of a Bachelor. Dość melancholijny klimat w połączeniu z wysokimi partiami w refrenie tworzą ciekawy kontrast. Jedyne, co psuje całość, to elektroniczne przeszkadzajki. Lepszą opcją byłyby dęciaki lub inne, „żywe” instrumenty.
Jeszcze bardziej nostalgicznie i kontrastowo robi się pod koniec, kiedy na salony wjeżdża fortepian, a przy nim zasiada Brendon. Nie powiem – numer Impossible Year pokazuje pełnię talentu muzyka, ale jak dla mnie jest to trochę za dużo. W prawdzie kawałek nie jest ani przekombinowany, ani zbyt ubogi, ale przepych z jakim został zaaranżowany sprawia, że cholernie ciężko się go słucha. Po prostu nie pasuje mi on pod szyld Panic!.
No ale wcześniej zahaczyłem o wątek maksimów, tak więc teraz co nieco o nich. Drugi taki punkt ulokowany jest pod numerem 6, a jego tytuł to Crazy=Genius. Nieco jazzowy początek zwiastuje mocne tempo utworu, ale to dopiero refren jest jego kwintesencją. Cały klimat zbudowany przez pierwsze pół minuty nagle jest przepięknie burzony niczym nadzieja na sukces polskich piłkarzy po drugim meczu grupowym. Agresywnie brzmiąca gitara to jedno, co wpływa na ów destrukcję, ale wokal Uri’ego to już zupełnie inna historia. To, co ten człowiek potrafi zrobić przy pomocy aparatu mowy, wywołuje ciarki na całym ciele.
Kolejnym pikiem na krążku jest niewątpliwie utwór Golden Days. Początek w tonacji molowej zapowiada słuchaczowi jeden z tych numerów, które wspominają pewne mniej lub bardziej wygodne momenty życia. Wiadomo: znalazłem zdjęcia, na nich my, było lato, chciało się żyć. Motyw faktycznie powtarza nam się przez całą piosenkę, z tym, że adekwatnie do fragmentu tekstu zmienia się także warstwa melodyczna. Przedrefren nieco iluzoryczny, zagrany na cztery klasyczne akordy, ale (po raz kolejny) wokal zmienia wydźwięk całości i te same cztery chwyty, które wcześniej były dość neutralne, w refrenie stają się bardzo sympatyczne. Ot – magia głosu.
Jak zapewne zdążyliście zauważyć, cała płyta opiera się o wielkie umiejętności wokalne jedynego członka Panic! At the Disco, czyli Brendona Urie. Stąd też pytanie zawarte w pierwszym akapicie. Odpowiedź na nie jest kwestią indywidualną każdego z Was, ale w mojej opinii muzyk wyrobił już sobie na tyle silną pozycję solową, że pełne odcięcie się od historii zespołu nie byłoby dla niego czymś strasznym. Ba! Być może trafiłby do nowych słuchaczy, którzy kojarzą Panic! z „rockowym brzmieniem”. Death of a Bachelor na pewno nie jest rockiem w czystej postaci. Dalsze wnioski nasuwają się same.



