Strona główna Blog Strona 984

To nie Omamy, że Julia Wieniawa wystąpiła w Warszawie. Relacja Karoliny Posytek

Pierwszego grudnia odbył się warszawski koncert Julii Wieniawy. Show w Palladium otworzyło jesienną, czy też właściwie zimową trasę koncertową artystki. Zresztą, nieważne jesienną czy zimową, po prostu pierwszą klubową trasę Julii z jej debiutanckim albumem. Od momentu ukazania się płyty Omamy i pierwszych letnich koncertów Julki, wiedziałam, że muszę, a właściwie chcę przekonać się na własne uszy, jak Julia wypada śpiewając na żywo. I nadeszła ku temu wspaniała okazja!

Po pierwszych koncertach Julii Wieniawy, między innymi po Orange Warsaw Festiwal, spotkać można było się z wieloma opiniami na temat tego, jak Julka śpiewa na żywo. Część opinii była bardzo pozytywna, część negatywna. Ale czy osoby piszące w Internecie, że Julia nie potrafi śpiewać były fizycznie na jej koncercie? Wydaje mi się, że nie. Cieszę się, że miałam okazję osobiście się o tym przekonać. I to nie tylko dlatego, że byłam po prostu ciekawa, ale album Omamy naprawdę przypadł mi do gustu, więc chciałam posłuchać tych piosenek na żywo.

Sam album Omamy uważam za jak najbardziej ciekawą tegoroczną popową propozycję. Ale, przy płycie z Julią współpracowało wiele osób, zarówno tych odpowiedzialnych za teksty, muzykę, jak i produkcję. Natomiast koncerty, mimo, że oczywiście występuje na scenie wraz z zespołem, chórkami i tancerkami, są już czymś bardziej „jej”.

Źródło: Good Taste Production, fot. M. Czyżewski | B. Kucharski

Śmiało mogę powiedzieć, że występ w Palladium nie był zwykłym koncertem, a właściwie show. Artystce na scenie towarzyszyły tancerki i jest to widok – jak na polską scenę muzyczną – rzadko spotykany. Naprawdę byłam już na wielu koncertach popularnych polskich artystów i o ile nie jeden artysta ma chórki, różnorodne instrumenty, dodatkowych gości, tak tancerzy/tancerki ma mało kto (tak, można przytoczyć tutaj przykład Ralpha Kaminskiego). Można by oczywiście powiedzieć, że to właśnie śpiew i muzyka, a nie cała otoczka są najważniejsze. Być może i tak. Ale jeżeli można uświetnić dodatkowo występ, to czemu by tego nie zrobić? I nie, w przypadku Julii Wieniawy wcale nie jest tak, że te dodatkowe „atrakcje” miałyby w jakikolwiek sposób przysłonić jej umiejętności wokalne, bo naprawdę Julka daje radę!

Koncert rozpoczął się z około 20 minutowym opóźnieniem, ale to, co mogłam później usłyszeć i zobaczyć z pewnością wynagrodziło mi to chwilowe oczekiwanie na rozpoczęcie! Na samym początku wybrzmiało Intro, które wprowadziło wszystkich obecnych w koncertowy wieczór. Kolejno nadeszła seria piosenek z albumu Omamy. Pierwszym pełnym utworem było Mi nie żal, a zaraz po nim wybrzmiały: Nie mów, Wenus, Milczysz oraz Rozkosz. I te kawałki stanowiły pierwszą część koncertu. Po nich Julia na chwilkę zniknęła ze sceny, po to, żeby między innymi przebrać się. Ale spokojnie, w międzyczasie publiczność nie miała ani chwili czasu na nudę, ponieważ na scenie został zespół, a także tancerka, która swoim tańcem umilała wszystkim tę krótką przerwę.

Drugą część koncertu rozpoczęła pewna niespodzianka, których tego wieczoru nie brakowało! Ta część była nieco bardziej balladowa, romantyczna, elegancka. Julia założyła długą, świecącą suknię, a tuż po pojawieniu się na scenie zaprosiła na nią gościa, Maćka Musiałowskiego, z którym wykonała wspólnie utwór Zabierz tę miłość. Przyznam szczerze, że trochę liczyłam na to, że Maciej pojawi się na tym koncercie i bardzo się z tego cieszę, gdyż ten duet już w wersji studyjnej bardzo mnie hipnotyzował, dlatego z wielką chęcią posłuchałam go na żywo. Wyszło naprawdę pięknie! Przez myśl przeszło mi również to, że jako goście mogą pojawić się bracia Kacperczyk, gdyż Julia ma z nimi wspólny utwór, ale to jednak nie nastąpiło tego wieczoru. Jednak nie wywołało to u mnie jakiegoś wielkiego zawodu.

Kolejno przyszedł czas na cover, ale taki, który jest już dobrze znany fanom Julki. Wybrzmiał utwór Nie mam dla Ciebie miłości, w oryginale wykonywany przez Skubasa. Piosenka została stworzona z okazji świętowania XX-lecia wytwórni Kayax i znajdzie się na grudniowej składance, ale utwór został umieszczony również na debiutanckiej płycie Julii Wieniawy. W drugiej części koncertu mogliśmy usłyszeć również Mnożą się sny oraz Oddycham – jeden z pierwszych utworów Julki, który ukazał się w 2017 roku. Piosenka miała zapowiadać debiutancką płytę artystki, która pierwotnie miała ukazać się dużo wcześniej niż w 2022 roku.

I przyszła kolej na trzeci „etap”, na trzeci strój Julii. Ostatnią część koncertu rozpoczęły tytułowe Omamy. Czekałam na ten utwór i byłam ciekawa, w którym momencie wybrzmi, myślałam, że rozpocznie koncert lub go zakończy, a okazało się że znalazł się w sumie gdzieś pośrodku (mimo, że już w trzeciej części, to wciąż nie była to jeszcze końcówka koncertu). Po Omamach przyszedł czas na kolejną niespodziankę! Tym razem wybrzmiał… całkiem nowy utwór o roboczym tytule Powrót z Openera. Jak mówiła Julia, numer ten stworzyła w wakacje, nie wiadomo jednak, kiedy nastąpi jego premiera oraz jaki tytuł ostatecznie przyjmie. W każdym razie ja już na niego czekam!

Gdyby niespodzianek było jeszcze za mało, to na obecnych czekała jeszcze jedna, drugi gość, a właściwie gościni. Na scenę została zaproszona Ofelia, czyli Iga Krefft. Panie wykonały wspólnie utwór Ona tańczy sama, pochodzący z ostatniej płyty Ofelii. Ja już miałam okazję słyszeć ten numer w tym duecie, podczas koncertu Ofelii, w grudniu 2021 roku. Wtedy to Julka była gościnią Ofelii. Wtedy utwór ten został zaprezentowany dużo przed jego premierą. Fajnie było usłyszeć go ponownie w Palladium. Z pewnością takich okazji, aby posłuchać tej piosenki w wykonaniu Julki i Ofelii wielu nie będzie, więc doceniam gościnny udział Igi w tym koncercie!

Koncert powoli zbliżał się do końca, wybrzmiały jeszcze dwa utwory, Bądź obok oraz Na zawsze. I nastał koniec, ale czy ostateczny? Oczywiście, że nie, ponieważ zespół i Julia po chwili wrócili na scenę na BIS. Podczas niego wybrzmiały dwa numery, SMRC oraz… Nie muszę, na który chyba wszyscy czekali! Przyznam szczerze, że ten utwór był idealny na pożegnanie się artystki z publicznością. A pod jego koniec wystrzeliło konfetti, które wypełniło cały klub!

Koncert był przede wszystkim okazją na usłyszenie piosenek z debiutanckiego albumu Julii Wieniawy. Nie zabrakło jednak utworów, takich jak Nie muszę czy Na zawsze, które ukazały się dużo wcześniej niż nastąpiła premiera płyty. Warszawskie wydarzenie było również okazją, aby na żywo usłyszeć numer Zabierz tę miłość oraz cover Skubasa, czyli Nie mam dla Ciebie miłości. Tak naprawdę nie był to koncert, a show, widowisko, podczas którego nacieszyć się mogły nie tylko uszy, ale również oczy i inne zmysły! To, że artystce towarzyszyły wspomniane już wcześniej tancerki, to jedno, ale koncert idealnie przygotowany był również wizualnie. Gra świateł, podświetlenia elementów sceny, zmiany strojów Julii, taneczne przerywniki. Było wszystko! Czy ten koncert miał jakieś słabe punkty? Dla mnie nie! Nie mogę narzekać również na czas trwania koncertu, bo wypełnił prawie 1,5 h. Nie zabrakło chwil wzruszenia, podziękowań za wspólne śpiewanie i samą obecność na koncercie. Widać było, że występowanie na scenie sprawia Julii naprawdę dużą przyjemność.

Julce na scenie towarzyszył 3-osobowy zespół w składzie: Pola Atmańska, Justyna Mikrut oraz Hubert Woźniakowski. Do tego 2-osobowy chórek: Justyna Jarzębińska oraz Aleksandra Węglewicz oraz 4 tancerki (Michalina Lamprecht, Agata Nowakowska, Ola Fry oraz Suzie Pacałowska), które również wiele dodały występom podczas tego wieczoru!

Relacjonując koncert nie mogłabym nie wspomnieć o publiczności, która była naprawdę świetna! Szczerze, to zazdroszczę Julii takiej publiki. Wspólne śpiewanie praktycznie każdej piosenki, liczne okrzyki, brawa, a nawet piski. Naprawdę miło było popatrzeć na wszystkie osoby obecne tego wieczoru w Palladium! Trzymam kciuki za Julkę, życzę jej rozwoju na drodze muzycznej, a wszystkim osobom czytającym tę recenzję polecam z całego serca wybranie się na koncert Julki! Ja z chęcią pójdę ponownie, czekam na kolejne ogłoszenia koncertów no i oczywiście na premierę nowego utworu, a może nawet utworów!

Źródło: Good Taste Production, fot. M. Czyżewski | B. Kucharski

Sziget festival prezentuje pierwszych wykonawców

Odliczanie do Sziget Festival 2023 czas start! Poznajcie pierwsze nazwiska, które wystąpią na festiwalu.

Kolejna edycja Sziget Festival zbliża się wielkimi krokami. Już za kilka miesięcy do Budapesztu przyjadą największe gwiazdy sceny muzycznej. Wśród headlinerów przyszłorocznej edycji znaleźli się: laureatka Oscara i siedmiu statuetek Grammy Billie Eilish, jeden z najpopularniejszych DJ-ów muzyki elektronicznej David Guetta, brytyjska królowa indie rocka Florence + The Machine oraz pełen energetycznych, radiowych hitów Imagine Dragons

To jednak nie koniec niespodzianek, ponieważ poza wymienionymi headlinerami, na węgierskiej scenie wystąpią także: Sam Fender, YUNGBLUD, Foals, Jamie xx, M83, Moderat, Frank Carter & The Rattlesnakes, Niall Horan, Sven Väth, Mimi Webb, Nothing But Thieves, Two Feet, Viagra Boys, Amyl and The Sniffers, 070 Shake, TV Girl, Dixon, Baby Queen, The Comet is Coming, Youngr, Los Bitchos, Destroy Boys, Kelly Lee Owens, Mall Grab, Partiboi69, Parra for Cuva, Jungle By Night, yunè pinku, Hannah Grae.

Sziget Festival 2023 odbędzie się w dniach 10-15 sierpnia w Budapeszcie na wyspie Óbuda, która podczas tych kilku dni przekształca się w Wyspę Wolności” (Island of Freedom). W festiwalu corocznie udział bierze publiczność z ponad 100 krajów. Wydarzenie poświęcone jest przyjmowaniu różnorodności w ramach „Rewolucji Miłości”, wykorzystując siłę społeczności do celebrowania i wnoszenia miłości, akceptacji, tolerancji i wolności do serca Budapesztu i nie tylko. 

Bilety na koncerty możecie kupić pod tym linkiem.

Wybieracie się?

„Każdy na Islandii robi coś kreatywnego” Wywiad z Ragnarem Ólafssonem

Chyba każdy z nas zna uczucie ekscytacji i napięcia przed występem swojego ulubionego artysty. Czasami jednak bardzo odświeżającym doświadczeniem jest wybrać się na koncert kogoś zupełnie Wam nieznanego. Mniej przydarzyło się to niedawno, gdzie w Bydgoszczy poznałem Ragnara Ólafssona.

Christian Cieślak: Zacznijmy nietypowo, czyli od początku – czy możesz powiedzieć o sobie kilka słów, aby nasi czytelnicy mogli Ciebie lepiej poznać?

Ragnar Ólafsson: Jasne, nazywam się Ragnar Ólafsson i jestem islandzkim muzykiem. Jestem założycielem wielu zespołów na Islandii, głównie rockowych i metalowych, a tym najpopularniejszym jest Árstíðir, który założyłem z Danielem Auðunssonem i Gunnarem Már Jakobssonem. Wspólnie występowaliśmy w Europie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Jestem też producentem muzycznym, przy okazji tworząc piosenki biorące udział w islandzkich preselekcjach do Eurowizji. Udało mi się też przedrzeć do świata telewizji, gdzie w tym roku stworzyłem ścieżkę dźwiękową do islandzkiego serialu „Fractures” (pol. „Doktor Kristin”).

Nieprzypadkowo pytam o taką introdukcję, bo mój pierwszy kontakt z tobą był dość przypadkowy. Poznaliśmy się podczas Twojego solowego występu w Bydgoszczy, gdzie okazało się, że ten występ nie jest tak przypadkowy, jakby się mogło wydawać.

Ragnar Ólafsson: Dokładnie tak. Swoją solową karierę zacząłem jakieś 5 lat temu, ponieważ potrzebowałem powiedzieć coś od siebie i być w tym kompletnie szczery. Kiedy tworzysz zespół musisz być w stałym kontakcie z resztą jego członków – to jest super, bo razem możecie stworzyć coś więcej, niż ja sam w pojedynkę. Potrzebowałem jednak miejsca, gdzie mogę być sam na sam ze swoją gitarą i pisać piosenki o sobie, bez niczyjej ingerencji. Swój debiutancki album Urges, wydany w roku 2017, napisałem o przeżyciach po zakończeniu swojego pięcioletniego związku, nie myśląc nawet o sukcesie komercyjnym. Jednak pewnego dnia podzieliłem się nim przedpremierowo z moją koleżanką Justyną, która mieszkała już wtedy jakiś czas na Islandii. Powiedziała, że bardzo się jej to podoba i powinienem skontaktować się z Bartkiem Borowiczem, jak się okazało szefem „Borówka Music”, którzy specjalizują się w organizacji koncertów artystów samodzielnie piszących i wykonujących swoje piosenki. I tak wyruszyłem w swoją pierwszą trasę po Polsce, gdzie promowałem swój debiutancki album – od tamtej pory zagrałem ponad 160 koncertów, a ten bydgoski był 161. W międzyczasie poznałem też moją aktualną partnerkę Martę, dlatego przebywam tu coraz więcej i robię coraz to więcej rzeczy – więcej nawet jak na samej Islandii.

To rzeczywiście bardzo ciekawy rozwój kariery. W takim razie narzuca mi się pytanie czy jesteś rozpoznawany na ulicach Rejkiawiku? Czy na Islandii istnieją celebryci?

Ragnar Ólafsson: O moim istnieniu wiedząmuzycy z Islandii i osoby, które interesują się tym bardziej, niż przeciętny słuchacz. Generalnie na wyspie żyje tylko 372 tysięce osób, chyba nawet tyle co w samej Bydgoszczy. Co fajne, każdy na Islandii robi coś kreatywnego – jeden jest pisarzem, drugi malarzem, trzeci muzykiem – tak jak ja. Z tego też powodu mamy bardzo dużo dobrej muzyki, jednak co mniej fajne, mało jest osób, które słuchają jej z pozycji fana, bo każdy ma znajomego muzyka. Tylko paru Islandczyków żyje z muzyki, reszta musi inaczej zarabiać na swoje utrzymanie. Bycie islandzkim muzykiem wymaga wyjścia poza kraj, co udało się Árstíðir, gdzie cieszymy się popularnością w USA, Niemczej czy Holandii.

Jak zatem różni się Twój proces twórczy, od tego dla Árstíðir?

Ragnar Ólafsson: To jest niczym bycie aktorem – jak Val Kilmer, raz Jim Morrison, raz Batman, raz rycerz, raz kowboj. Z zespołem Árstíðir podejmujemy demokratyczne decyzje, przy swojej twórczości nie muszę tego z nikim konsultować. Wydałem do tej pory dwa albumy, trzy kolejne czekają na swoją premierę i to właśnie przy tym debiutanckim odkryłem swój sposób na tworzenie. Urges napisałem jeżdżąc motocyklem po Kolorado, zaś m.i.s.s. wyruszając w czterotygodniowy rejs łódką w dół rzeki Missisipi. Pisanie mojej muzyki najłatwiej przychodzi mi przemieszczając się po nieznanym do tej pory terenie, tworząc minimum jedną piosenkę dziennie. Trzeci album, Lost Creek, powstawał kiedy odwiedzałem mojego przyjaciela w Tennessee. Z czwartym wróciłem z podróży do Meksyku, tuż przed początkiem pandemii. Piąty natomiast będzie nazywać się Poland, bo powstał właśnie tutaj, w Polsce.

Kiedy więc usłyszymy te pozostałe trzy krążki?

Ragnar Ólafsson: Zapewne to Poland będzie moim oficjalnym trzecim albumem. Wszystko jednak jeszcze przede mną – mam nadzieję, że trafi do Was w przyszłym roku. Generalnie cierpię na klęskę urodzaju, bo mam więcej utworów, jak realnie mogę wydać.

Zatem zanim opublikujesz swoje nowe dzieła, które pięć swoich utworów wybrałbyś, aby przedstawić się osobom, które nie znają Twojej twórczości?

Ragnar Ólafsson: Po pierwsze – Southern Night, pochodząca z m.i.s.s. – tak nazywała się łódka na której podróżowałem i była to też pierwsza piosenka, która okazała się naprawdę radosna w mojej dyskografii. Nigdy wcześniej nie napisałem takiej piosenki. Z tego też powodu poprosiłem swoich fanów, aby razem ze mną ją zaśpiewali. Tym sposobem wykonałem tą kompozycję z 52 osobami z 11 krajów, co możecie usłyszeć na końcu tej konkretnej piosenki. Dalej to zaczyna się robić trudno… Petals ma w sobie jakąś magię – pewnie dlatego nie było koncertu, gdy nie grałem tego utworu. Niech trzecim będzie Minor Scratch – głównie dlatego, że do dziś nie stworzyłem nic podobnego. Kiedy ją napisałem, zupełnie mi się nie podobała i nawet nie myślałem, że znajdzie się na m.i.s.s. Jednak któregoś dnia pokazałem ją swojemu kumplowi Davidowi i po jakimś czasie zadzwonił do mnie pijany późno w nocy i wykrzykiwał „minor scratch, minor scratch!”. Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale wróciłem do tej piosenki i zaczęła mi się podobać. Po czwarte – Deva, która opowiada o mojej przyjaciółce Devie. Podczas pieszej wycieczki po górach spadła z klifu. Złamała praktycznie wszystkie kości w swoim ciele, jednak nie złamało to jej ducha, choć nie było pewności, czy Deva przeżyje ten wypadek. Tak też powstała ta piosenka, która miała być swoistym czarem, żeby do nas wróciła – wróciła i to szybciej, niż przewidywali to lekarze. Ważne jest też to, że to właśnie ta piosenka pozwoliła wielu moim fanom przetrwać trudny czas w życiu prywatnym. Niech piątą piosenką będzie zapowiedź Poland – wybieram Warsaw. Kiedy ją pisałem, ponownie działo się to inaczej, niż zwykle, łącznie z jej wykonaniem. Mogłeś ją usłyszeć na początku mojego koncertu w Bydgoszczy.

Wspomniałeś też, że jesteś producentem i tworzysz piosenki do „Söngvakeppnin”, czyli islandzkich preselekcji do Eurowizji. Czy możesz powiedzieć jak wygląda proces kreowania tego show od strony producenta muzycznego?

Ragnar Ólafsson: RÚV, czyli islandzka telewizja, wybiera utwory poprzez otwarty nabór – każdy może wysłać swoją piosenkę, których finalnie wybierają od 20 do 30, spośród których w konkursie startuje 10, 12. Występowałem podczas „Söngvakeppnin” przy trzech różnych okazjach – dwa razy jako chórzysta, a trzeci jako trener wokalny. W roku 2017 wyprodukowałem, zaaranżowałem i nagrałem piosenkę Trust In Me, która finalnie była wykonywana przez Sólveig Ásgeirsdóttir. Co prawda nie zakwalifikowała się do finału, jednak jest to zawsze świetna zabawa, bo tworząc piosenki na Eurowizję nie musimy brać siebie nazbyt poważnie. Stworzyli nawet o nas film, „Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga”, bo naprawdę mamy bzika na jej punkcie. Mogę Ci też zdradzić, że jeśli jury dostrzeże w mojej propozycji potencjał, zostanę uczestnikiem „Söngvakeppnin 2023”!

Wow! Trzymam zatem za ciebie kciuki! W takim razie jakie są Twoje ulubione eurowizyjne piosenki – islandzka i generalnie znana z konkursu?

Ragnar Ólafsson: Moją ulubioną islandzką propozycją byłaby Nina duetu Stefán i Eyfi z roku 1991. Do dziś jest to bardzo popularna piosenka na Islandii, gdzie chyba każdy muzyk jaką wykonywał, w tym też i ja. Jeśli chodzi o całą Eurowizję, to Euphoria Loreen – za każdy razem mam dreszcze gdy widzę ten występ i słyszę ten wokal, coś fantastycznego.

Kończąc, jakie są Twoje artystyczne marzenia do spełnienia?

Ragnar Ólafsson: Kocham robić muzykę, która ma dla mnie znaczenie. Moim marzeniem jest, żeby występować na coraz większych scenach w nieznanych mi do tej pory krajach i poznawać nowych ludzi, którzy doceniają szczerość.

I tego Ci serdecznie życzę. Bardzo dziękuję za rozmowę!

Trzymaj się!

Nowy utwór od Sanah. Czy to zapowiedź koncertów stadionowych?

Artystka tym razem zaskoczyła nas piosenką będącą niejako sentymentalnym podsumowaniem jej 25-letniego życia. Posłuchajcie!

Sanah nie zwalnia tempa! Artystka tydzień po premierze krążka sanah śpiewa Poezyje wrzuciła do sieci najlepszy dzień w moim życiu. Tekst utworu to tak właściwie monolog artystki o marzeniach, zarówno tych zrealizowanych, jak i tych niespełnionych. Do tej drugiej grupy należy występ na stadionie, co sugeruje wers – „mam dziś dwadzieścia pięć lat / coś krzywo patrzę na świat / i marzę wciąż o stadionie”. Sama piosenka może wskazywać na to, że już wkrótce fani będą mogli usłyszeć swoją idolkę na największych scenach w Polsce.

Wskazówką może być również sam klip. Teledysk, który stanowi dopełnienie utworu, został nakręcony na chorzowskim stadionie. Co ciekawe, w teledysku możemy zobaczyć – oprócz nazwy miasta Chorzów i samego Stadionu Śląskiego – również napis „Gdańsk”.

Czy już wkrótce artystka podzieli losy Dawida Podsiadło i wyruszy w trasę koncertową grając na największych polskich stadionach? O tym dowiemy się prawdopodobnie już niedługo.

Rolling Stone przedstawia 100 najlepszych albumów 2022 r.

Rok 2022 to czas pełen nowej muzyki od największych gwiazd estrady. To był bardzo dobry rok dla wielu artystów!

Rozpoczynając od Beyonce, która po sześcioletniej przerwie powróciła z mistrzowskim albumem podbijając wszystkie listy przebojów, przez Bad Bunny, który zdobywał muzyczne szczyty najnowszymi hitami, po Taylor Swift, która obdarowała fanów długo wyczekiwanym krążkiem.

To wszytko, to tylko namiastka tego, co działo się w 2022.

Oprócz znanych nam wszystkim gwiazd, pojawiali się także nowi artyści, którzy zwrócili na siebie uwagę. Mowa tu o takich nazwiskach jak Rosalía, King Princess, Omar Apollo czy Bartees Strange.

To tylko niektóre z dźwięków, które ukształtowały rok 2022 – rok w muzyce, o którym jesteśmy przekonani, że będziemy pamiętać przez długi czas.

W pierwszej 10 najlepszych albumów znalazły się takie nazwiska jak: Beyonce z Renaissance, Bad Bunny z Un Verano Sin Ti, Taylor Swift z Midnights.

  1. ROLLING STONE’S TOP 50 ALBUMS OF 2022
  2. 50 Sasami – ‘Squeeze’
  3. 49 Maggie Rogers – ‘Surrender’
  4. 48 Wilco – ‘Cruel Country’
  5. 47 Mavi – ‘Laughing So Hard, It Hurts’
  6. 46 NewJeans – ‘New Jeans’
  7. 45 Muna – ‘Muna’
  8. 44 Sabrina Carpenter – ‘Emails I Can’t Send’
  9. 43 Trueno – ‘Bien o Mal’
  10. 42 Soccer Mommy – ‘Sometimes, Forever’
  11. 41 Sunflower Bean – ‘Headful of Sugar’
  12. 40 Cruel Santino – ‘Subaru Boys’
  13. 39 Asake – ‘Mr. Money With the Vibe’
  14. 38 Koffee – ‘Gifted’
  15. 37 The Weeknd – ‘Dawn FM’
  16. 36 Camila Cabello – ‘Familia’
  17. 35 Big Thief – ‘Dragon New Warm Mountain I Believe In You’
  18. 34 Fontaines D.C. – ‘Skinty Fia’
  19. 33 Zach Bryan – ‘American Heartbreak’
  20. 32 Brent Faiyaz – ‘Wasteland’
  21. 31 Anitta – ‘Versions of Me’
  22. 30 Syd – ‘Broken Hearts Club’
  23. 29 Earl Sweatshirt – ‘SICK!’
  24. 28 Tove Lo – ‘Dirt Femme’
  25. 27 Alex G – ‘God Save The Animals’
  26. 26 Wizkid – ‘More Love, Less Ego’
  27. 25 Blackpink – ‘Born Pink’
  28. 24 Daddy Yankee – ‘Legendaddy’
  29. 23 Charli XCX – ‘Crash’
  30. 22 Drake – ‘Honestly, Nevermind’
  31. 21 Miranda Lambert – ‘Palomino’
  32. 20 Noah Cyrus – ‘The Hardest Part’
  33. 19 Vince Staples – ‘Ramona Park Broke My Heart’
  34. 18 Angel Olsen – ‘Big Time’
  35. 17 Megan Thee Stallion – ‘Traumazine’
  36. 16 Bartees Strange – ‘Farm to Table’
  37. 15 Omar Apollo – ‘Ivory’
  38. 14 Steve Lacy – ‘Gemini Rights’
  39. 13 Spoon – ‘Lucifer on the Sofa’
  40. 12 Alvvays – ‘Blue Rev’
  41. 11 Kendrick Lamar – ‘Mr Morale and the Big Steppers’
  42. 10 Wet Leg – ‘Wet Leg’
  43. 9 J-Hope – ‘Jack in the Box’
  44. 8 FKA Twigs – ‘Caprisongs’
  45. 7 King Princess – ‘Hold on Baby’
  46. 6 Pusha T – ‘It’s Almost Dry’
  47. 5 Harry Styles – ‘Harry’s House’
  48. 4 Rosalía – ‘Motomami’
  49. 3 Taylor Swift – ‘Midnights’
  50. 2 Bad Bunny – ‘Un Verano Sin Ti’
  51. 1 Beyonce – ‘Renaissance’

Pełną listę najlepszej setki znajdziecie tutaj.