Strona główna Blog Strona 824

Podsumowanie dziesięciu lat w dwie godziny. Relacja Julii Maciąg z warszawskiego koncertu The Vamps

2012 rok to przełomowa data dla członków The Vamps, ponieważ w tym roku powstał zespół. Choć pierwsze piosenki wydawali w 2013 roku, to rok temu ogłoszono jubileuszową trasę koncertową grupy obejmującą cały świat. Ostatnim przystankiem po międzynarodowej trasie chłopaków była Warszawa, w której The Vamps pojawili się pierwszy raz od ich ostatniego koncertu w 2019 roku. Choć utwory grupy słuchałam dobre kilka lat temu, postanowiłam wybrać się na ich koncert z ciekawości oraz z nostalgii, aby spełnić marzenie nastoletniej Julki.

W momencie wejścia na scenę grupy, widownia przywitała ją kolorowymi balonami, które leciały po całym klubie. W tym samym czasie The Vamps zaczęło wykonywać swoje przeboje z pierwszej płyty, czyli Last Night oraz Girls On TV. Po piosence Cheater wokalista Brad Simpson oraz basista Connor Ball otrzymali dwa balony, które razem tworzyły liczbę 10 i przywitali się z publicznością.

Bardzo mi się podobały płynne przejścia między niektórymi utworami. Można było je usłyszeć przykładowo między utworami Wake Up, a Just My Type. Dodatkowo wspomniane już Wake Up było na początku śpiewana przez wokalistę acapella, a po refrenie piosenka została wzbogacona o gitary i perkusję. Na koncercie także była okazja do posłuchania gry na pianinie Brada Simpsona przed oraz w trakcie utworu Can We Dance. Tak samo, jak Wake Up, tak i Can We Dance zmieniło swoje tempo po pierwszym refrenie. 

Kontakt między publiką a muzykami był bardzo widoczny. Byli bardzo chętni do rozmów na temat dotychczasowej działalności grupy. Brad zasugerował też, że po trasie powinni stworzyć kolejny album, aby publiczność mogła się bawić do czegoś nowego. Z publicznością także zaśpiewali Happy Birthday z okazji niedawnych urodzin basisty Connora. Warto też wspomnieć, że Brad zadedykował zaręczonej od pięciu lat parze piosenkę Can We Dance i powiedział, że trzeba celebrować miłość. A poza tym muzycy wyrzucali do publiczności pałeczki, okulary przeciwsłoneczne w trakcie Shades On czy kapelusz w kształcie urodzinowego tortu.

Na koncercie nie zabrakło też innych akcji koncertowych. Z ważnych inicjatyw można wyróżnić dwie. Pierwsza odbyła się podczas piosenki Wild Heart, będąca pierwszą autorską piosenką zespołu, a podczas tej piosenki można było ujrzeć kartki z napisem IT STARTED WITH THIS SONG. Druga akcja była poświęcona gitarzyście Jamesowi McVeyowi, który z powodów zdrowotnych nie mógł pojawić się w Warszawie. W trakcie Middle Of The Night pojawiły się kartki z napisem WE MISS YOU JAMES, a na scenie można było zobaczyć kartonowego gitarzystę. Po tej piosence koledzy z zespołu po utworze połączyli się na FaceTime z niedysponowanym Jamesem i pokazali mu, jak bardzo publika wspiera go w tym okresie. 

The Vamps byli w Polsce już piąty raz i widać, że bardzo lubią koncertować w naszym kraju. Ja sama byłam pod wrażeniem ich poniedziałkowego występu, dostarczając dla fanów samej pozytywnej energii. Muszę przyznać, że urodzinowa trasa była jak najbardziej udana. Nie zabrakło na niej także takich przebojów jak Oh Cecilia (Breaking My Heart), All Night czy Somebody To You, które po latach dalej brzmią świetnie i młodzieńczo. Z niecierpliwością czekam na kolejny koncert The Vamps oraz na nowy materiał.

Spuścizna najlepszej pieśniopisarki świata? Lana Del Rey – Did You Know That There’s A Tunnel Under Ocean Blvd, 2023 (recenzja)

Co by to było, gdyby świat nie poznał twórczości Lany Del Rey? Na pewno byłby uboższy o wiele świetnych kompozycji. Dlatego też na wieść o premierze Did You Know That There’s A Tunnel Under Ocean Blvd świat wstrzymał oddech, chcąc sprawdzić, czy pasmo sukcesów zostało utrzymane w mocy. No i tutaj zaczynają się schody…

Chyba nie ma takiego melomana, który nie kojarzyłby Lany Del Rey, czy chociażby jednej piosenki jej autorstwa. Już od ponad 10 lat cieszy nas swoją twórczością, niemalże co roku dostarczając nową porcję muzyki. Po niezwykle owocnym roku 2021, kiedy to wydała Chemtrails Over The Country Club oraz Blue Banisters, przyszła pora na zasłużony odpoczynek i chwilowe odejście w cień. Nie dziwie się zatem, że wydanie Ocean Blvd wzbudzało całkiem spore emocje, które również i mnie się udzieliły. Nie powiem, byłem podekscytowany, tym bardziej w obliczu promujących album singli, a w szczególności A&W. W końcu nadszedł dzień ten, posłuchałem, długo myślałem i nadal nie jestem pewien jak powinienem ocenić ten krążek.

Zacznę tak, nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że Lana Del Rey oraz jej muzyka to już swoiste doświadczenie. Nie tyle stricte muzyczne, co po prostu artystyczne, czyniąc wszystko co naznaczone nazwą Del Rey pożądanym z faktu samego pożądania. To tak jak kreacje największych domów mody – dajmy na to Chanel, którego produkty pomimo wysokiej jakości, przyciągają do siebie raczej swoim imieniem, niż wręcz niepodważalną klasą wykonania. Ocean Blvd to już trzeci album Lany z rzędu, który zdaje się polegać właśnie na tym doświadczeniu, choć robi to najlepiej spośród tych właśnie. Oto dobry album, który dzięki imieniu Lany Del Rey czyni go jeszcze lepszym. Może to przesada, ale gdyby wydałby go ktokolwiek inny, myślę, że nie byłby tak rozchwytywany.

Ocean Blvd przede wszystkim opiera się tak zwanym wajbie, ograniczając walory muzyczne do niemalże minimum, na które składa się pianino i gitara. W przypadku znakomitej większości kompozycji, głos Del Rey okraszony jest dźwięczną ciszą, której daleko do tradycyjnej linii melodycznej. Poszedłbym nawet o krok dalej i stwierdził, że Ocean Blvd bliżej do świata śpiewanej poezji, jak świata muzyki, a tym bardziej świata muzyki produkowanej przez Jacka Antonoffa. Lana Del Rey objęła pozycję bardki ludu na pełen etat, nie zważając na swój status międzynarodowej gwiazdy. Dla jednych to rzecz wspaniała, a dla reszty, w tym też i mnie, trochę za mało. Chciałbym więcej muzyki, nie tylko świetnie napisanych tekstów.

Pomimo moich wątpliwości, Ocean Blvd to przyjemna kolekcja dźwięcznej poezji, która z każdym kolejnym przesłuchaniem staje się coraz lepsza. Wszystko to wydaje się takie niewymuszone i lekkie – Lana Del Rey pisze swoje teksty, siada przy pianinku i je sobie później nagrywa. Aby móc wyciągnąć z poezji melodię, praktycznie jej nie mając, trzeba mieć naprawdę dużo umiejętności, które też nie biorą się znikąd. Ocean Blvd potrafi oczarować, jednak nie dziwi mnie też to, że może nudzić, bo to jednak ekspresja dość wymagająca od słuchacza do przyjęcia i zrozumienia.

Jeśli chodzi o produkcyjną stronę Ocean Blvd trudno jest mi tu coś oceniać. Ze względu na prostotę tych utworów, trudno było coś tutaj popsuć. Niemniej, w tym minimalizmie Lana odnalazła się całkiem nieźle, potrafiąc przedstawić swoje różnorodne oblicza. Osobiście ubolewam, że nie przydarzyło się tu więcej piosenek, w tym najbardziej popowym znaczeniu. Na moje szczęście, na Ocean Blvd znalazło się jest parę wyjątków, co myślę, że uratowało to dzieło od bycia naprawdę niszowym kawałkiem popkultury. Lirycznie natomiast Del Rey jak zwykle dowozi, tym razem opowiadając o swojej roli w rodzinie Grantów oraz spuściźnie jaką po sobie zostawi, jako po prostu zwykły człowiek. Nie zabrakło też miejsca na miłosne rozterki oraz radości, jak to w twórczości Lany po prostu jest.

Ze względu na swoją sympatię do jednak standardowych utworów, moim zdaniem najlepiej wypadają na Ocean Blvd właśnie takie utwory. A&W to mój zdecydowany ulubieniec – niezwykle epicka nuta, opowiadająca o amerykańskiej mizoginii oraz stosunku do kobiet w przestrzeni publicznej. Świetnie też wypada Paris, Texas, gdzie pomimo swojej senności, czuć ten rytm i można się przy nim romantycznie kołysać. Polubiłem się również z duetem z Father John Misty, czyli Let The Light In, będąc intrygującą historią romansu pary wokalistów, którzy chcą się kochać, ale nie mogą się w pełni sobie poświęcić. W dalszej kolejność mogę polecić The Grants, Fishtail oraz tytułowy Ocean Blvd.

Lana Del Rey powołała do życia dzieło, które podtrzymuje i utrwala jej mit. Did You Know That There’s A Tunnel Under Ocean Blvd z pewnością znajdzie swoich wielbicieli, być może nawet poza bańką fanówDel Rey. Dla mnie to tylko kolejna kolekcja melodyjnej poezji, nawet nie próbująca być czymś więcej. Lanie za takiej podejście do swojej twórczości zdecydowanie należy się mój szacunek, choć myślę, że i to nie jest jej już potrzebne.

Eurowizja 2023. Serbia i „Samo mi se spava”. (Luke Black)

Serbia drugi rok z rzędu wysyła intrygującą, enigmatyczną i oryginalną kompozycję, z którą powalczy o zwycięstwo w konkursie. Czy Luke Black powtórzy ubiegłoroczny sukces Konstrakty i uplasuje swój kraj w ścisłej czołówce konkursu?

PÓŁFINAŁ: 1 NUMER STARTOWY: 3

Poznaj artystę i utwór

Luke Black, a właściwie Luka Ivanovic przyszedł na świat w 18 maja 1992 roku w serbskiej miejscowości o nazwie Čačak, będącej w tamtym czasie w granicach Jugosławii. Luka zainteresował się muzyką w wieku 12 lat, kiedy zaczął pisać własne teksty, a kilka lat później zaczął już także tworzyć i produkować własne kompozycje. Po ukończeniu gimnazjum w Čačak Ivanović zamieszkał w Belgradzie, aby studiować język angielski i literaturę. Następnie przeniósł się do Londynu, gdzie uzyskał tytuł magistra produkcji muzycznej. W stolicy Wielkiej Brytanii mieszka do dziś. Pseudonim artystyczny Ivanovica składa się z zangielszczonej wersji jego imienia podczas gdy „Black” jest wyrazem żałoby po „śmierci serbskiej sceny muzycznej”.

Jego pierwszym publicznym występem był ten na holenderskim Gruvlend Festival w maju 2014 roku, gdzie zaprezentował swój premierowy singiel D-Generation. Został tam dostrzeżony przez przedstawicieli wytwórni Universal Music Group, z którą piosenkarz wkrótce podpisał kontrakt. Tym samym stał się pierwszym w historii serbskim muzykiem popowym, który otrzymał kontrakt od międzynarodowej dużej wytwórni. W lutym 2015 roku singiel D-Generation miał swoją premierę wraz z teledyskiem już pod szyldem nowej wytwórni artysty. W tym samym roku światło dzienne ujrzał pierwszy minialbum Serba, zatytułowany Thorns- EP. W maju 2016 roku Black wydał samodzielny singiel Demons. Piosenka była jednym z kandydatów reprezentowania Serbii na Konkursie Piosenki Eurowizji 2016 w Sztokholmie. Ostatecznie serbski nadawca wybrał kompozycję Goodbye (Shelter) Sanji Vučić. W 2018 oraz 2023 premierę miały dwa kolejne minialbumy piosenkarza, zatytułowane kolejno Neoslavic oraz F23.8.

Luke Black na scenie w Liverpoolu zaprezentuje utwór Samo mi se spava, którego tytuł po przetłumaczeniu na język polski można rozumieć jako „Jestem po prostu śpiący”. Jak tłumaczy sam artysta, piosenka opisuje jego izolację od świata podczas pandemii COVID-19. Black stwierdził również, że „piosenka mówi o ludziach, którzy muszą się obudzić, ponieważ zło mnoży się, gdy ludzie mają na nie zamknięte oczy”.

Kawałek miał swoją premierę 2 lutego 2023, jednak jak deklaruje sam Luke, prace nad tym utworem rozpoczął już w kwietniu 2020 roku. Piosenka została na długi czas „schowana do szuflady”. Impulsem dla autora do zaprezentowania jej światu był sukces utrzymanego w podobnej stylistyce utworu In Corpore Sano serbskiej wokalistki Konstrakty, z którym uplasowała się na wysokim, piątym miejscu w finałowej stawce Eurowizji 2022. W tym roku sam Black z Samo mi se spava postanowił powalczyć o występ w konkursie. Ostatecznie kompozycja wygrała 4 marca finał serbskich eliminacji eurowizyjnych Pesma za Evroviziju 2023. Co ciekawe, piosenkarz uplasował się na drugim miejscu zarówno w głosowaniu widzów i jurorów spośród 16 uczestników, jednak podobny przypadek miał miejsce w przypadku zwycięstwa Jamali na Eurowizji 2016. Tym samym Black został kolejnym reprezentantem Serbii w Konkursie Piosenki Eurowizji i w maju powalczy o zwycięstwo w tym prestiżowym konkursie na scenie w Liverpoolu.

Poznaj Kraj

Serbia po raz pierwszy wzięła udział w Konkursie Piosenki Eurowizji w 2007 roku. Wcześniej serbscy wykonawcy w latach 1961-1992 brali udział w konkursie w barwach Jugosławii, a po jej rozpadzie, w latach 2004-2005 jako reprezentanci Serbii i Czarnogóry. Ten bałkański kraj ma na swoim koncie jedno zwycięstwo w debiucie, będąc drugim po Szwajcarii w 1956 roku i jak dotąd ostatnim krajem, któremu udała się ta sztuka. W 2007 roku w konkursie organizowanym w Finlandii zwyciężyła Marija Šerifović z emocjonalną balladą o tytule Molitva. Dzięki temu w następnym roku Eurowizja gościła w serbskiej stolicy- Belgradzie.

Serbia może poszczycić się sukcesami w konkursie. Od czasu swojego debiutu tylko trzy razy nie udało jej się zakwalifikować do Wielkiego Finału, za każdym razem plasując się na ostatnich miejscach nie premiowanych awansem. Ostatni raz nie oglądaliśmy Serbii w finale w roku 2017.

Rok Artysta Piosenka Finał Półfinał
Miejsce Punkty Miejsce Punkty
2007 Marija Šerifović Molitva 1 268 1 298
2008 Jelena Tomašević feat. Bora Dugić „Oro” 6 160
2009 Marko Kon & Milan Nikolić „Cipela” 10 60
2010 Milan Stanković „Ovo je Balkan” 13 72 5 79
2011 Nina „Čaroban” 14 85 8 67
2012 Željko Joksimović „Nije ljubav stvar” 3 214 2 159
2013 Moje 3 „Ljubav je svuda” 11 46
2015 Bojana Stamenov „Beauty Never Lies” 10 53 9 63
2016 Sanja Vučić ZAA „Goodbye (Shelter)” 18 115 10 105
2017 Tijana Bogićević „In Too Deep” 11 98
2018 Sanja Ilić & Balkanika „Nova Deca” 19 113 9 117
2019 Nevena Božović „Kruna” 18 89 7 156
2020 Hurricane „Hasta La Vista” Konkurs Odwołany
2021 Hurricane „Loco Loco” 15 102 8 124
2022 Konstrakta „In Corpore Sano” 5 312 3 237
2023 Luke Black „Samo mi se spava” ? ? ? ?

Evanescence zagrają koncert w Polsce

Dokładnie na początku tygodnia ukazała się informacja o tym, że można już nabyć bilety na występ twórców wielkiego hitu pod tytułem Bring Me To Life, którzy już w tym roku zagrają dla polskich fanów.

Koncert amerykańskiego zespołu rockowego w Polsce odbędzie się już 5 czerwca na Letniej Scenie Progresji w Warszawie. Bilety na to wydarzenie są już dostępne w sprzedaży, możecie je nabyć legalnie przez stronę eBilet.

Przypomnijmy, że zespół Evanescence posiada na swoim koncie pięć albumów studyjnych, a ostatni z nich pod tytułem The Bitter Truth został wydany w marcu 2021 roku. Jesteście fanami tej grupy? Wybierzecie się na czerwcowy koncert w Warszawie?

Bebe Rexha prezentuje singiel Call on Me

Amerykańska gwiazda pop podzieliła się ze światem najnowszym singlem. Poznajcie szczegóły dotyczące Call on Me!

W piątek, 31 marca, Bebe Rexha zaprezentowała światu utwór Call on Me. Singiel jest zapowiedzią trzeciego albumu studyjnego artystki o tytule BEBE, krążek ukaże się już 28 kwietnia. Na wydawnictwo składać się będzie dziesięć utworów, a dwa z nich powstały we współpracy z Dolly Parton oraz Snopp Doggiem.

Okładka najnowszego singla artystki.

Artystka na swoim koncie ma dwa albumy studyjne oraz dwie EP-ki, jej debiutancki krążek, Expectations ukazał się w 2018 roku. Bebe Rexha dotychczas współpracowała z takimi artystami jak Nicki Minaj, Martin Garrix oraz Doja Cat. W 2022 roku podjęła współpracę z Davidem Guettą, której wynikiem był hit I’m Good (Blue).