Już 26 września w nowojorskim Central Parku odbędzie się czwarta edycja Global Citizen Festival. W zeszłym roku na scenie mogliśmy zobaczyć między innymi Carrie Underwood, fun. , Alicię Keys i Beyoncé. Właśnie ogłoszono, że pani Knowles-Carter ponownie pojawi się na tej imprezie. Wraz z nią kilka, również gorących nazwisk.
Toruński Dwór Artusa prezentuje jesienny program
Wakacje już niestety za nami, ale wybór koncertów w jesienne miesiące nie jest wcale mniejszy. Toruński Dwór Artusa przygotował listę wydarzeń, które się odbędą.
Kupujcie gramofony i płyty winylowe, ale nie dołączajcie do grup zrzeszających ich miłośników. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Kilka dni temu jeden z moich kolegów z redakcji MagazynGitarzysta.pl umieścił na portalu swoją recenzję najnowszego albumu Walijczyków z Bring Me The Horizon. Przyznał mu ocenę 9/10, czyli łatwo się domyślić, że album został przez niego zachwalony pod niebiosa. Mimo to, jeden z czytelników nie zgodził się z jego opinią, wpisując w komentarzu swoją własną ocenę – 11/10. To po raz kolejny pokazało mi, że fani danego artysty nie mogą zostać dobrymi recenzentami. Nigdy. Prawdziwi fani jak najbardziej, bo będą potrafili dostrzec ewentualne niedociągnięcia swojego idola.
Lecz nie chcę się zagłębiać dalej w ten temat – nie dzisiaj. Ten wstęp jest jedynie kładką prowadzącą do trochę innego rodzaju fandomu – miłośników winyli oraz gramofonów. Tak się składa, że jakiś czas temu dobrowolnie stałem się, po części, jednym z nich.
Jak już się Wam chyba chwaliłem, kilka miesięcy temu kupiłem sobie używany gramofon marki Unitra. Pamięta on jeszcze czasy, gdy posiadanie Malucha było tak samo luksusowe, jak obecnie Prosche Cayenne. Jest trochę staroświecki, ale ma dosyć dużą zaletę – działa. A że jego cena wyniosła 200 złotych, to zakup ten uważam za wielce korzystny.
Jako, że mój tata w młodości również lubił kupować płyty, to w spadku otrzymałem kilkanaście winyli, z których jedynie tylko część działała tak, jak należy. Wtedy zacząłem rozglądać się za jakimś fanpagem na Facebooku, który zrzesza miłośników „czarnych placków”, jak to się je żartobliwie zwie, po to, aby dowiedzieć się, gdzie można kupić jakieś ciekawe i używane albumy. W sumie nic z tego nie wyszło, gdyż okazało się, że w Krakowie działa tylko jeden taki lokal, którego właściciel jest, nazwijmy to, niezbyt miły dla swoich klientów (podobno nie pozwala dotykać płyt, więc szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak ludzie mają przeglądać setki znajdujących się tam płyt), ale za to dowiedziałem się ważniejszej rzeczy – fani gramofonów to najwięksi na świecie szpece i znafcy. W moim osobistym rankingu zajmują drugie miejsce – zaraz za handlarzami samochodów. Czemu jestem aż tak okrutny w swojej ocenie? Przytoczę Wam kilka historii, które wydarzyły się właśnie na tej Facebookowej stronie. Dodam tylko, że zrzesza ona ponad 4 tysiące osób, z których naprawdę znaczna większość się na niej intensywnie udziela.
Zacznę od dyskusji, którą wywołałem ja sam. Jakiś czas temu, w trakcie zarobkowej emigracji do Anglii, kupiłem za funta album Johna Lennona – Rock 'n’ Roll. Jego dużą zaletą wydawało mi się to, że był oryginalnie zafoliowany. Ciekawiło mnie, ile taka płyta może być warta. Postanowiłem zrobić jej zdjęcie i wrzuciłem je na owy fanpage z prostym zapytaniem: czy ktoś się orientuję ile może być warty ten longplay Lennona? Płyta jest zafoliowana. Z góry dziękuję za pomoc. Liczyłem na proste odpowiedzi typu: 60 złotych; 80 złotych; ewentualnie kupiłeś gniota, nie więcej niż dwie dychy. Myliłem się. Oto przykładowy komentarz (pisownia oryginalna): płyta jest tyle warta ile za nią dasz ile znaczą twoje wspomnienia odnośnie muzy zawartej na tej płycie warta jest tyle ile twoja banka czytaj głowa oceni ze warto zapłacić dla swej przyjemności. Normalnie jakbym dostał odpowiedź od Arystotelesa! Bardziej „ę” i „ą” się chyba tego nie dało zrobić. A suma summarum dalej nie wiem, ile ten longplay jest wart. Nie otwieram go, bo liczę, że za 40 lat za jego wartość kupię sobie willę w Las Vegas.

Raz pewien z użytkowników wrzucił informację, że najnowsza płyta Iron Maiden – The Book of Souls zostanie dystrybuowana do sieci sklepów Tesco w Wielkiej Brytanii – w tym również wersja w winylu. Jakiś gość wielce zbulwersowany tym faktem napisał: niedługo winyle będą sprzedawane w Biedronce... Nie mogłem przejść obok jego komentarza obojętnie i odpowiedziałem: przynajmniej będzie można je kupić za 15 złotych. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaka fala negatywnych wpisów została na mnie wylana. Ogólnie wszyscy przyczepili się, że na pewno nie będzie to 15 złotych (cena ta była oczywiście hiperbolą, której często używam w swoich tekstach. Nie zmienia to faktu, że w Biedrze cena winyli, tak przynajmniej podejrzewam, nie przekraczałyby 30 złotych, co byłoby ogromną konkurencją dla sklepów typu Saturn, żądających za „czarnego placka” minimum 60 złotych). Hiperbola hiperbolą – czasem ciężko ją wyczuć. Ale to nie zmienia faktu, że, podążając za umieszczonymi pod tym wątkiem wpisami, fanom winyli nie odpowiadałoby kupowanie ich w Biedrze, bo byłyby za tanie. To kompletnie mija się z kolejną przedstawioną przez nich tezą, która mówi, że przez modę na winyle ich ceny drastycznie wzrosły. Gdzie tu logika? Jako konsument chciałbym, żeby z mojego portfela, po zakupie jednej płyty, zamiast czterech banknotów z wizerunkiem Bolesława Chrobrego, uciekły tylko dwa. Nawet, jeśli robiłbym to w sklepie, gdzie można kupić butelkę wody San Terra za 60 groszy. To chyba normalne?
A tak już zupełnie szczerze, to między Bogiem a prawdą muszę przyznać, że na tej stronie często można odszukać ciekawy wpis, pod którym komentarze nie są nasączone pompatycznością i bucowatością. Lecz fakt ten porównałbym do występu obrońcy w czasie meczu piłkarskiego – może on zagrać naprawdę fantastyczne spotkanie, ale jeżeli popełni choćby jeden głupi błąd, przez który jego drużyna przegra spotkanie, o tych dobrych interwencjach nikt już nie będzie pamiętał.
Kończąc swój dzisiejszy wpis bardzo chcę zachęcić Was do słuchania muzyki na winylu. Jej odbiór jest zdecydowanie bardziej klimatyczny, niż ze zwykłej płyty CD (nie mówiąc już o plikach komputerowych). Tylko zapamiętajcie moją dobrą radę: nie zapisujcie się do żadnej z podobnych grup, co ja.
„Naucz mnie” Sarsy nie jest plagiatem (analiza)
Jak mówią niektórzy, pojawiła się dosłownie znikąd i w ciągu kilku miesięcy podbiła polskie listy przebojów. Sarsa, a właściwie Marta Markiewicz – młoda, 26-letnia słupszczanka – jest bez wątpienia muzycznym objawieniem tego lata. Naucz mnie – singiel zapowiadający jej debiutancki krążek Zapomnij mi – pobiło wszelkie rekordy popularności obejmując przez 3 miesiące (czerwiec-sierpień) 1. miejsce zestawień miesięcznych słuchalności radiowej BMAT. Było też najpopularniejszym polskim nagraniem tego lata w serwisie Spotify, gdzie od premiery przesłuchano je 1,3 mln razy a teledysk z ponad 25 milionami odsłon jest najpopularniejszą polską produkcją na Vevo.
Początki…
Sarsa wcale nie pojawiła się znikąd. Fakt, w mainstreamie jest od kilku miesięcy, ale w branży można było ją spotkać już parę lat temu. Wystąpiła w kilku programach talent-show, ale ani razu nie znalazła się w gronie finalistów, co tylko udowadnia, że zwycięstwo w iks-faktorach nie jest najistotniejsze. Sarsa zdobyła za to coś innego, ważniejszego – doświadczenie i znajomości. To właśnie one stały się stabilnym fundamentem pod kontrakt płytowy z Universal Music, chodź kiedy jeszcze go podpisywała nikt raczej nie sądził, że trafi na niego jedno z najlepszych popowych nagrań ostatnich lat.
Bo młoda Marta swoją muzyczną przygodę zaczęła z głęboką alternatywą, która nijak przypominała współczesnego popu. Bez wątpienia Chill – buzz singiel – sprzed 2(!) lat jest ukłonem w stronę niekomercyjnych brzmień; co tu dużo mówić, nagranie nie miało najmniejszych szans na masowy odbiór. Na rewelacje się nie zapowiadało… a tu taka niespodzianka!
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=wkN67RxfqGM]
Z alternatywy do popu
30 kwietnia do sprzedaży cyfrowej trafił pełnoprawny singiel Sarsy – Naucz mnie – który, nie bójmy się tego powiedzieć, jest najlepszym polskim popowym nagraniem ostatnich lat. Zła wiadomość dla tych, którzy nie rozumieją fenomenu tej piosenki, bo niestety, ale najwyraźniej nie rozumieją też muzyki pop. Fakt, tekst może budzić zastrzeżenia osób wrażliwych na punkcie poprawności składniowej i stylistycznej, ale bądźmy szczerzy – teksty 90% największych zagranicznych przebojów są albo banalne albo nielogiczne, o błędach gramatycznych nawet nie wspominam. Wszystkie analizy pokazują jednak, że tekst jest sprawą drugorzędną a na pierwszym planie zawsze stoi dźwięk.
Kompozycja jest bardzo dobrze przemyślana i zawiera wszystko co staram się na moim blogu akcentować. Sara wartościami rytmicznym doskonale zbudowała gradację między zwrotką a refrenem – refren, poprzez zastosowanie krótkich dźwięków i prawie brak pauz, brzmi żywo i dynamicznie doskonale kontrastując z wolniejszą (złożoną z długich dźwięków) melodią zwrotek. Przed refrenem mamy pre-chorus zakończony akordem alterowanym, który tworzy doskonałe przejście i jeszcze lepiej uwypukla zmiany napięcia muzycznego i, co warto podkreślić, w drugim powtórzeniu jest skrócony z 8 do 4 taktów (rozwój utworu, więcej w tym wpisie). No i przede wszystkim mamy tu dwa bardzo dobre hooki – w zwrotkach (Na ciele rozmażę/z mych łez tatuaże) i refrenie (Naucz mnie, naucz mnie…), który jest jednocześnie tytułem (dlaczego to takie ważne przeczytacie tutaj).
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=05Qdu0jkihU]
Polska produkcja w amerykańskim stylu
Największy nacisk chcę jednak położyć na produkcję. Sarsa poszła drogą amerykańską i zarzuty, że Naucz mnie to kopia twórczości Sii czy Rihanny nie są nawet żenujące – one naprawdę bawią. Obecnie, szczególnie za oceanem, stawia się na aranżacje miękkie, oparte na elektronicznych dzwonkach i pianinach o stłumionym górnym paśmie z dużym delayem, padach i liniach perkusyjnych o rozłożonych akcentach zbudowanych na dobrze skompresowanych samplach z szerokim widmem – doskonałym przykładem jest Love Me Like You Do i właśnie Naucz mnie. Producenci mistrzowsko dobrali brzmienia – zarówno w widmie częstotliwości jak i w panoramie – które razem z wyrazistym i charakterystycznym wokalem (w dużej mierze to zasługa techniki emisji głosu!) tworzą zgrabną całość. Podkreślę jeszcze raz: to nie jest żadna kopia czegokolwiek, to wybór bieżących trendów na świecie!
* W związku z licznymi pytaniami – tekst do utworu napisała Sarsa Markiewicz, muzykę skomponowali Sarsa wraz z Tomaszem Konfederakiem. Realizację aranżu wykonała Sarsa i Bruce Fielder, który również wykonał miks. Za mastering odpowiadają Tom Coyne i Sterling Sound.
4 miesiące po premierze lead singla, 28 sierpnia, do sklepów trafił debiutancki krążek Sarsy – Zapomnij mi. Oczekiwania po tak silnym przeboju były ogromne, zainteresowanie krążkiem – także. Warto wspomnieć, że jest to zasługa doskonałego marketingu. Nie chcę wyrokować na ile jest to praca Markiewicz, na ile wytwórni a na ile agencji PR, ale znowu mamy przekaz w iście amerykańskim stylu: spójny, wyrazisty wizerunek(rogata fryzura, okrzyk, flamingi), dobrze zorganizowany fanclub Tygrysy Sarsy czy profesjonalna komunikacja management-media. Fakt, rozgłośnie popełniły dość typowy błąd overplayingu, czyli nadmiernej emisji (za oceanem tzw. singla burning ocenia się w badaniu call-out), przez co pojawiły się negatywne opinie na temat zarówno muzyki jak i samej Sarsy. Z drugiej strony nie jest to nic nadzwyczajnego – każda wschodząca gwiazda musi przejść przez pierwszą falę krytyki, często niemającej wiele wspólnego z obiektywizmem.
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=wtw7jUBX_ys]
Następcy Naucz mnie
Wracając do materiału – trudno się nie zgodzić z recenzją Onetu – Zapomnij mi to najlepsza, polska, popowa płyta tego roku. Fakt, zabrakło na nim tak potężnych przebojów jak Naucz mnie, ale chyba tylko Taylor Swift wraz ze sztabem swoich producentów potrafi w 80% zapełnić album nagraniami Top40. Nie oznacza to, że materiału na #1 nie ma! Mamy oczywiście Indianę – drugi singiel z płyty, który powoli podbija rozgłośnie w kraju (myślę, że trendy europejskie zaważyły na wyborze) – oraz dwie inne propozycje singlowe:
- Dogonię nas – zwrotki w stylistyce alternatywy, chwytliwy przedrefren z breakem i crescendo, typowy, popowy refren a do tego autotune dające fajną barwę głosu.
- Pozwól odejść – bardzo dobre, ambientowe zwrotki i również popowy refren z nieco dziwnym rozkładem akcentów na końcu fraz.
Gdybym ja miał wybierać trzeci singiel z płyty, to za 2 miesiące wysłałbym do rozgłośni te drugie nagranie, wbrew wynikom odtworzeń Spotify (23,2 tys. vs. 24,6 tys.) – mam nadzieję, że wytwórnia postawi właśnie na Pozwól odejść, bo to, że płyta będzie dalej promowane jest prawie pewne. Płyta w pierwszym tygodniu dotarła do 2. miejsca listy fizycznej sprzedaży detalicznej w kraju, w drugim spadła o zaledwie 3 pozycje – jak na OLiS to bardzo dobry wynik dla popowego albumu (przypomnę, że nasza krajowa lista jest ciągle bardzo archaiczna i uwzględnia tylko sprzedaż fizyczną, kiedy to na zachodzie doliczane są już SEA i TEA). Czy warto kupić ten krążek? Warto, a z mojej strony chciałbym. aby Sarsa nie uginała się pod falą hejtu, który przy takim debiucie jest zawsze. To minie, a ja czekam na kolejne efekty Twojej pracy!
Tekst oryginalnie pojawił się na blogu autora, ale iż jako autor jest teraz w AAM, to i jego niektóre teksty wędrują do nas. :)
