Wielkimi krokami zbliża się premiera długo wyczekiwanego albumu Madonny, kontynuacji kultowego Confessions on a Dance Floor. Gwiazda nie ustępuje w promocji wydawnictwa.
Krótkometrażowa produkcja zatytułowana „Confessions II – The Film” debiutowała podczas 25. edycji minionego festiwalu filmowego Tribeca, gdzie nagrodzono ją gorącymi owacjami. Teraz film Madonny pojawił się w powszechnym dostępie na platformie streamingowej YouTube.
Trzynastominutowa produkcja w reżyserii duetu TORSO to wizualna podróż w głąb nadchodzącej płyty CONFESSIONS II. Blask reflektorów, zmysłowy taniec i gorące kreacje towarzyszą wyzwalającej atmosferze klubowego parkietu. Wszystko w rytm sześciu utworów reprezentujących rozdziały w chaotycznej historii. W filmie pojawiły się kawałki I Feel So Free i Bring Your Love, a także zupełnie nowe Good For The Soul, One Step Away, Danceteria oraz Read My Lips.
Na ekranie nie mogło zabraknąć znanych twarzy i gościnnych występów. U boku Madonny wystąpiła m.in. Sabrina Carpenter, z którą wspólnie wykonały kawałek Bring Your Love, a także Kate Moss, Julia Garner, Arca, Honey Dijon, Benedict Cumberbatch czy Gwendoline Chirstie.
Niall Horan, znany wcześniej z zespołu One Direction, powrócił z nowym albumem Dinner Party. To płyta, która nie próbuje na siłę zaskakiwać, ale właśnie dzięki temu wypada wyjątkowo szczerze i dojrzale. Wielu krytyków uznaje ją za najlepszy solowy album byłego członka 1D wydany w tym roku.
Niall od lat trzyma się ciepłych melodii, umiarkowanego tempa i pozytywnego spojrzenia na świat. Dinner Party idealnie wpisuje się w ten kierunek. To album „spektakularnie niespektakularny”: spokojny, dopracowany i bardzo przyjemny w odbiorze. Artysta nie udaje kogoś innego, tylko śpiewa tak, jak czuje, i to jest jego największa siła.
Płyta powstała we współpracy z doświadczonymi producentami, m.in. Johnem Ryanem i Joelem Little’em. Dzięki temu utwory są lekkie, melodyjne i nowoczesne, ale nigdy przesłodzone. Najlepiej wypadają piosenki utrzymane w popowo-rockowym klimacie, które podkreślają charakterystyczny, jasny głos wokalisty.
Najbardziej poruszającym momentem albumu jest finałowy utwór End of an Era. Jest to osobiste pożegnanie z Liamem Paynem, zmarłym w 2024 roku byłym kolegą z zespołu. To szczera, melancholijna piosenka, pokazująca bardziej wrażliwą stronę artysty.
Choć na płycie nie brakuje słabszych ballad, całość broni się spójnością i autentycznością. W czasie gdy inni byli członkowie One Direction eksperymentują z formą, Niall Horan pokazuje, że prostota i konsekwencja mogą przynieść najlepszy efekt.
Dinner Party to album dojrzały, ciepły i bardzo ludzki. Jest idealny dla słuchaczy, którzy cenią dobrą melodię i szczere emocje ponad muzyczne fajerwerki.
Już w ubiegłym roku było słychać głosy, że Evanescense coś szykują. Na przełomie listopada i grudnia plotki o nowościach potwierdziła sama Amy Lee. Teraz, prawie osiem miesięcy później oficjalnie mamy nową płytę! Sanctuary to już szósty album studyjny w ich dorobku.
Zespół Evanescence niesie ze sobą kawał porządnej historii muzyki rockowej. Przez ponad trzy dekady istnienia udało im się kilkakrotnie stworzyć utwory, przy których już pierwsze sekundy zapierają dech, nie ważne, ile razy się je słyszy. Wydawać by się mogło, że Evanescence, podobnie jak inne zespoły z tak długim stażem, też będą próbować zrobić coś „aktualnego”, ale po swojemu. Tym razem jednak nie będziemy mieli do czynienia z eksperymentami. Evanescense wrócili tacy, jakich znamy i kochamy, i nie ma w tym nic złego – wręcz przeciwnie!
Sanctuary powstawało trzy lata, jest następcą The Bitter Truth z 2021 roku. Daje nam to pięć lat muzycznej ciszy, chyba że chcemy liczyć reedycję Fallen w 2023, by polepszyć nieco te statystyki. Jednak taki czas bez ani jednej nowości od strony zespołu może dać fanom wiele do myślenia. Mimo, że pojawili się u nas na wspólnej trasie w Within Temptation w 2021 roku, w tym okresie koncertowali też raczej rzadko. Najnowszy album ma być formą przepracowania wszystkiego, co działo się w ciągu trzech lat tworzenia płyty. Jak wspomina sama Amy, pierwszy odsłuch całości płyty był trudnym doświadczeniem, ale finalnie ten materiał to ogromna duma dla całego zespołu.
Evanescence niczego nie zmieniają, w swojej muzyce, wizerunku i działaniach. Byli, są i będą tacy sami, niezależnie od biegu lat, bo nie są po to, by gonić za trendami. I może to lepiej, że nie próbują dopasowywać się, jak większość artystów. Już przy pierwszym singlu promującym album, How will you follow? uświadomili fanów, że chwile ich nie było, ale wracają ze swoją tak samo fenomenalną muzyką. Całe Sanctuary z resztą jest tylko potwierdzeniem ich postawy.
Mega dużo o przeszłości napisałam przy okazji mojej relacji z polskiego koncertu Garbage – także polecam, jak coś. Jednak nie wspomniałam o jeszcze jednej sprawie, dość istotnej. Nie napisałam o tym, że ja byłam tak zdeterminowana – iż byłam gotowa pojechać do jakiegoś sąsiadującego państwa, nawet nieco dalej od Polski – byleby tylko zobaczyć ich na żywo. To było jeszcze przed ogłoszeniem polskiej daty.
Myślałam o Danii, ponieważ artyści zostali ogłoszeni na muzycznym festiwalu w Skive. Niedługo później została ogłoszona data, która zbiegła się z ogłoszeniem od polskiej agencji koncertowej Winiary Bookings, która również pasowała… ale też i o wiele bardziej. Bo w moje urodziny. Czwartego czerwca w Kopenhadze. Klamka zapadła – wiedziałam, że muszę pojechać i przeżyć cudowne świętowanie. Walczyłam długo i w końcu się udało.
Wiedziałam, że koncert się odbędzie w miejscu a’la klub muzyczny. Ale nie wiedziałam, iż to będzie takie, no… małe dość pomieszczenie. Ponoć – na stojąco – zmieści 1500 osób, łącznie z balkonami, ale ja uważam, że 800 maksymalnie. A że były w sprzedaży dosłownie ostatnie bilety, to tak myślę, że mniej niż tysiąc widzów na wydarzeniu było. Jednak to nie jest aż tak istotne – tym bardziej, iż publiczność dała solidnego czadu.
fot. Jagoda Dobrzyńska
Mimo słabej dostępności dla osób niepełnosprawnych, to nie było źle. Bywałam w znacznie gorszych pomieszczeniach, więc mogę spokojnie uznać Store Vegę (miejsce koncertowe) za lokal premium. Zaskoczeniem dla mnie był support w postaci zespołu The Courettes. Nie znałam ich wcześniej, a dali niesamowitego kopa. Bardzo mi się spodobali. Obiecałam sobie, że jak wreszcie znajdę chwilę czasu – zapisani w mojej biblioteczce do ogarnięcia w serwisie streamingowym są… – to ogarnę ich muzykę na spokojnie. Pewnie to nastąpi za jakiś milion lat świetlnych, lecz uda się.
No i wreszcie, gwiazda wieczoru – Garbage. Już na samym starcie było inaczej, niż w Warszawie. No, ciężko porównać koncert plenerowy z klubowym. Było inaczej, natomiast tak samo cudownie i pięknie. Nie było zmian (hehe…) w setliście, a więc zaczęli od pierwszego singla z ich najnowszej płyty – There’s no future in optimism. Potem było Hold i Empty. Przy I think I’m paranoid i Stupid girl usiadłam na siedzeniu swojego wózka inwalidzkiego z pomocą przyjaciela – by lepiej widzieć i się pobawić, chociaż troszkę. Wzruszyła mnie przemowa Shirley Manson o jej zmarłym tacie przed utworem No horses, gdy liderka formacji tłumaczyła między innymi skąd się wziął tytuł. Na piosenkach Cherry lips (Go baby go!), When I grow up i Push it znowu zaszalałam, na tyle ile mogłam.
fot. Jagoda Dobrzyńska
No i nastąpił TEN moment – dla mnie najważniejszy. Jeszcze przed wyjazdem do Danii dość dobrze się przygotowałam i ogarnęłam napis na kartonie: „I came from Poland to celebrate my birthday at a Garbage’s concert„. O tym opowiem niedługo w ramach mojego podcastu Pokój Dobrzyńskiej– znajdziecie z łatwością na platformie YouTube – ale tutaj napiszę tylko, że w setliście można byłoby dopisać (przed bisem) Happy birthday to Jagoda. Na bisie składającym się z kawałków Special i Only happy when it rains puściłam hamulce. Bawiłam się tak, jakby jutra miało nie być. A potem ledwo wyszłam z klubu, bo co chwilę ktoś mnie zaczepiał i składał mi życzenia urodzinowe.
To był jeden z najlepszych koncertów w moim życiu, bez dwóch zdań. I będzie bardzo ciężko przebić te moje 29. urodziny. Żałuję strasznie w takich chwilach, że nie ma maszyny czasu – bo z ogromną chęcią bym wróciła do tamtego dnia. I to kilkanaście razy, może kilkadziesiąt.
Warszawski klub Progresja wypełnił się niepowtarzalną energią jaką zafundował nam Baxter Dury. Brystyjski wokalista zawitał do stolicy 10 czerwca, w ramach trasy Allbarone Tour 2026, która promuje jego ostatni album „Allbarone”.
Na koncercie nie zabrakło takich hitów jak „Miami”, „Prince of Tears” czy „I’m Not Your Dog”. Baxter jak zawsze intrygował swoim występem scenicznym oraz zachęcał publikę do zabawy. Singiel „Allbarone” z ostatniego wydawnictwa porwał wszystkich uczestników do tańca.
Niesamowita energia która biła tego dnia z warszawskiej sceny, potwierdziła jak hipnotycznym i charyzmatycznym artystą jest Baxter.
Organizatorem koncertu była agencja Charm Music. Zapraszamy do fotorelacji Kasi Rynkiewicz.