Strona główna Blog Strona 1089

PAULA ROMA prezentuje Cholerne pragnienie

Właśnie ukazało się nowe wydawnictwo PAULI ROMY. Cholerne pragnienie to pierwszy długogrający album artystki. Poznajcie szczegóły płyty!

Marie i ZUZA zostały ambasadorkami października Spotify EQUAL

Ich najnowszy singiel – Hide and Seek znajdziecie na playliście EQUAL Polska.

Czego słuchali Polacy w pierwszej połowie 2022 roku? ZPAV opublikował zestawienie

Kto najczęściej gościł w słuchawkach Polaków w ciągu pierwszego półrocza bieżącego roku? Jakie płyty sprzedawały się najlepiej, a jakie utwory królowały na listach przebojów? Z odpowiedziami na te pytania przychodzi Związek Producentów Audio Video, który właśnie opublikował zestawienie podsumowujące minione miesiące.

Zestawienie płyt pod względem ilości sprzedanych egzemplarzy fizycznych zdominowała Sanah. To ona zajęła dwie pierwsze pozycje umieszczając tam swoje ostatnie wydawnictwa Uczta i Irenka. Zaraz za nią znaleźli się reprezentanci polskiej sceny hip-hopowej w postaci SB Maffiji (Hotel Maffija 2) oraz Szpaka (Dom dla zmyślonych przyjaciół pana Mateusza).

Warto zaznaczyć miażdżącą przewagę artystów polskich nad zagranicznymi gwiazdami. Spośród pięćdziesięciu najlepiej sprzedających się płyt zaledwie dziesięć zostało wyprodukowanych za granicami kraju.

Poniżej prezentujemy pierwszą dziesiątkę najlepiej sprzedających się fizycznych albumów w Polsce.

  1. Sanah – Uczta
  2. Sanah – Irenka
  3. SB Maffija – Hotel Maffija 2
  4. Szpaku – Dom dla zmyślonych przyjaciół pana Mateusza
  5. Różni wykonawcy – Męskie Granie 2021
  6. Sanah – Królowa dram
  7. Paluch – Kompot
  8. White 2115 – Pretty Boy
  9. Jan-Rapowanie – Bufor
  10. Harry Styles – Harry’s House

Nieco gorzej polscy muzycy sprawdzają się na antenach stacji radiowych. Oprócz zajmującej szczytową lokatę Bryskiej (odbicie (Mark Neve Remix)) wszystkie czołowe miejsca należą do muzyków zza granicy.

Poniżej prezentujemy pierwszą dziesiątkę utworów najczęściej prezentowanych w polskich radiach.

  1. Bryska – odbicie (Mark Neve Remix)
  2. Holy Molly – Shot a friend
  3. Shouse – Won’t Forget You
  4. Jax Jones, MNEK – Where did You Go?
  5. Sigala – Melody
  6. Purple Disco Machine & Sophie and the Giants – In the dark
  7. Alok, John Martin – Wherever You Go
  8. Masked Wolf, Bebe Rexha – It’s You, Not Me (Sabotage)
  9. Imagine Dragons, JID – Enemy
  10. Inna – UP

Pełne zestawienia znajdziecie na stronie zpav.pl

Dzikie rządze w dziko płonącym świecie. Yeah Yeah Yeahs – Cool It Down, 2022 (recenzja)

Kto by pomyślał, że jedna z najbardziej kultowych kapel XXI wieku powróci po niemalże dekadzie artystycznej absencji. Mowa tu rzecz jasna o Yeah Yeah Yeahs, którzy uraczyli nas niedawno swoim piątym studyjnym albumem. Cool It Down, bo taki nosi tytuł, jest dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłem – zatem luzuję i spieszę Wam coś o nim powiedzieć.

Zeszłoroczne wakacje nie były dla mnie szczególnie łatwe. Na szczęście, wraz z początkiem września 2021 roku wszystko zaczęło się jakoś układać. Jednak zanim do tego doszło, topiłem smutki w muzyce, bo przecież nie było mnie stać na inne używki. Pewnego dnia poczułem, że muszę posłuchać utworu Maps w wykonaniu bohaterów dzisiejszej recenzji. Jakież było moje zdziwienie, gdy naprawdę poczułem to, o czym Karen O śpiewała. Piosenka została ze mną na bardzo długo, w zasadzie aż do dzisiaj, czyniąc zespół Yeah Yeah Yeahs moimi ulubieńcami. Dlatego też na wieść o ich niespodziewanym singlu, jakim był Spitting Off The Egde Of The World, oszalałem i z ogromną niecierpliwością czekałem na dzień premiery tego albumu. Czy warto było czekać? Oczywiście!

Cool It Down to epicka podróż przez najróżniejsze ludzkie emocje, gdzie najczystszy bunt miesza się z niepewnością i tęsknotą za ukochanym człowiekiem. Żyjemy w świecie ogromnych kontrastów i społecznej polaryzacji, niby tyle się zmieniło, ale niestety sam człowiek niewiele. Jego dzikie, wręcz pierwotne rządze, są zauważalne w przestrzeni publicznej jak nigdy dotąd. Media społecznościowe obudziły w nas to, co najgorsze, choć z drugiej strony również to, co najlepsze. Czy to dobrze? Jak to mają w swoim zwyczaju, Yeah Yeah Yeahs nie oferują jasnej odpowiedzi, bo to od Ciebie zależy, co tak naprawdę poczujesz i jakie wnioski z tego wyciągniesz.

Wedle zapowiadających Cool It Down singli, SOTEOTW oraz Burning, oraz samego jego tytułu, spodziewałem się swoistego komentarza na temat relacji człowieka z naturą i się nie pomyliłem. Czasem podążamy za tajemnicami świata, kiedy indziej nad nimi dumamy, raz ruszamy na dziką imprezę, aby o nich zapomnieć, żeby wracając z niej spróbować uratować siebie przed tym co najgorsze. Choć nie zawsze jestem pewien przekazu Karen O, tak nie mam wątpliwości, że losy tej planety nie są Yeah Yeah Yeahs obojętne i nam też być one nie powinny. I te wszystkie skrajne emocje wyrażają się w tym skromnym albumie – nie tylko poprzez słowa, ale również i melodie.

To właśnie warstwa produkcyjna Cool It Down jest jego najmocniejszą stroną. To w jaki sposób te utwory napisano i skomponowano, robi na mnie ogromne wrażenie. Niby proste, a jednak wielowymiarowe i niezwykle soczyste. Ten album jest niczym stadion podczas największej dyskoteki na świecie – wypełniona intensywnymi światłami, gdzie nie liczy się nic, tylko muzyka, taniec i ty. To jest trzydzieści pięć minut niepowtarzalnego doświadczenia, gdzie możesz zatracić się w sobie, choć podskórnie będziesz czuć, że nie jest zabawa bez zobowiązań. Musisz być świadom w czym uczestniczysz, bo jeśli nie, staniesz się ofiarą tego, o czym Yeah Yeah Yeahs chcą nas ostrzec – przed obojętnością.

A propos, żadna z ośmiu kompozycji (czysto technicznie siedmiu), nie pozostawiła mnie obojętnym, choć na pewno nie wszystkie należą do moich ulubionych. Wspomniane już wcześniej single są po prostu nadzwyczajne. To jest ten rodzaj rocka, który po prostu uwielbiam – jest rytm, jest styl i po prostu te numery mnie poruszają, dosłownie. Nie mam wątpliwości, że znajdą się na mojej personalnej liście najlepszych piosenek tego roku. Równie duże wrażenie zrobiły na mnie Wolf oraz Fleez, które operują na tych samych gitarowych rejestrach. Niemniej to właśnie Wolf jest tym trzecim najlepszym numerem tego albumu – aż chciałbym zmienić się w wilka choć na tą jedną noc. Poza tym, Blacktop oraz Lovebomb wspominają miłosne uniesienia z przeszłości, w niezwykle klimatyczny sposób, zaś Diffrent Today oraz jego outro Mars cudownie zamykają cały ten porywający album.

To tu dużo mówić, Yeah Yeah Yeahs stworzyli swój najlepszy album w karierze i nie ma w tym ani krztyny przesady. Cool It Down ma przekaz, ma melodię i ma to coś, co czyni muzykę tak wyjątkowym medium w historii ludzkości. Choć na pewno nie jest to najlepszy album z jakim przyszło mi obcować, ma zadatki by stać się tym krążkiem, o którym będziemy mówić jeszcze długo. Więcej takiej muzyki, po prostu.

„Ważne jest dla mnie mówienie o osobistych doświadczeniach, również tych związanych z funkcjonowaniem w ciele, które ma społecznie przypisana jakąś płeć. O tym co się z tym wiąże i co z tego wynika, co z tego względu się zmienia” Wywiad z Paniąlas

Niedawno ukazał się nowy album Magdaleny Sowul, debiutującej solowo jako Panilas. Gynoelectro to płyta mocna i bardzo dobra. Z okazji jej wydania miałam okazję porozmawiać z artystką. Poruszyłyśmy naprawdę wiele ciekawych tematów. W zapisie wywiadu znajdziecie między innymi coś o feminizmie, roli płci, roli muzyki i podejściu do niej. Zapraszam do czytania, bo warto!

AM: Bardzo serdecznie gratuluję płyty jest niesamowicie wyjątkowa!
Opowiedz mi może na początek troszkę o singlu Chcę Całego.

Bardzo dziękuję, miło to słyszeć! Chcę całego to parafraza słynnego hasła “Chcemy całego życia”, wypowiedzianego przez Zofię Nałkowską sto lat temu podczas walki o prawa kobiet. Wybraliśmy ten utwór na pierwszy singiel zapowiadający “Gynoelectro”, bo zależało mi na tym, żeby pierwszy jej zwiastun uchwycił najpełniej istotę tego projektu, zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i w treści. W warstwie wizualnej, w klipie autorstwa Michała Jankowskiego postawiliśmy na wyrażenie jakiegoś rodzaju nieokiełznanej siły i energii, za pomocą maski i kostiumu. O tym też jest ta piosenka, o ograniczeniach, które są na nas społecznie nakładane i od których chcemy się uwolnić. W klipie pojawia się też motyw manekina, który towarzyszy mi od samego początku tego projektu – podczas moich koncertów towarzyszy mi na scenie w formie kobiecego ciała bez głowy. To taki mój gorzki komentarz a propos tropu idealnej kobiety, na którą powinno się patrzeć, ale nie słuchać.  

AM: Uwielbiam w Twojej muzyce to jak łączysz wszystkie etapy swojej drogi. Mamy typowo teatralny wyraz, mamy folk, który już robiłaś z innym składem, teraz dołożyłaś elektronikę… Gdzie ta artystyczna droga się dla Ciebie zaczęła?

Tak naprawdę w dzieciństwie, kiedy poszłam do szkoły muzycznej. Najpierw grałam na skrzypcach, później na klarnecie i stąd też na płycie ten klarnet basowy, na którym również gram. Natomiast prawda jest taka, że ta moja edukacja muzyczna wcale nie prowadziła prostą ścieżką do własnej twórczości. Z jednej strony dała mi ogrom wiedzy i umiejętności, ale fakty są takie, że edukacja muzyczna w Polsce zupełnie nie obejmuje kwestii twórczych. System też jest na wskroś perfekcjonistyczny, nastawiony na doskonałość i odtwórczość. Kiedy spędza się te kilkanaście lat będąc otoczonym takim myśleniem, bardzo trudno jest pozwolić sobie na próbowanie nowych rzeczy. Przez kilkanaście lat mojej edukacji muzycznej nikt nawet przez moment nie uczył mnie chociażby improwizacji na instrumencie. Gdy do tego dołoży się presję, że każde wykonanie musi być perfekcyjne, rozpoczęcie własnej,  twórczej drogi może być przerażające. Wyplątanie się z tych schematów zajęło mi dużo czasu i kosztowało sporo pracy, ale gdy to się już rozpoczęło i założyłam zespół Ugla, okazało się, że już nie da się tego zatrzymać. Poczułam, że to jest właśnie to, czego chcę i weszłam w to na 100%.

AM: Masz lub miałaś wgląd w tę edukację muzyczną od każdej możliwej strony. Co Twoim zdaniem należałoby zrobić, żeby była ona na takim poziomie i w takiej formie w jakiej powinna być?

To bardzo złożone pytanie. To o czym mówię nie dotyka samego poziomu mojej edukacji, bo oczywiście są wspaniali nauczyciele, którzy świetnie uczą, ale wydaje mi się, że potrzebna jest trochę zmiana w myśleniu o całym systemie. Teraz, wydaje mi się, podchodzi się do szkół muzycznych jako do szkół mistrzowskich, które mają kształcić wirtuozów instrumentów. Moim zdaniem jest to błędne, bo na rynku nie ma miejsca na nich wszystkich. Bardzo niewiele osób zostaje potem solistami, a duża część robi w ogóle coś niezwiązanego z muzyką, więc jeśli przychodzi osoba mająca siedem lat, wkładanie jej na tę drogę do mistrzostwa jest bez sensu. Wielu z tych uczniów nie pójdzie z tą edukacją dalej. Dla mnie jako nauczycielki ważniejsze od tej perfekcji było to, żeby moi uczniowie mieli przyjemność z grania i mogli się tym cieszyć. Często ta radość gdzieś się niestety gubi pośród obsesyjnego dążenia do doskonałości.

AM: Ale wracając do samej płyty, ja mam wrażenie, że ona jest taką twoją próbą zwrócenia uwagi na pewne mechanizmy społeczne. Czy takie było Twoje założenie?

Ważne jest dla mnie mówienie o osobistych doświadczeniach, również tych związanych z funkcjonowaniem w ciele, które ma społecznie przypisana jakąś płeć. O tym co się z tym wiąże i co z tego wynika, co z tego względu się zmienia. W takich świadectwach jest wielka moc, a poszerzanie pola doświadczeń dostępnych w przestrzeni publicznej jest ogromnie ważna. Stąd też moja potrzeba mówienia o kobiecym, czy też queerowym doświadczeniu.
I to się chyba sprawdza, rezonuje w słuchaczkach i słuchaczach, wielokrotnie po moich koncertach podchodziły do mnie osoby mówiąc “też tak mam”, albo “nie wiedziałem, że tak to wygląda.”

AM: Fantastyczne.

Ta płyta i to, co na niej jest wynika z mojej osobistej potrzeby wypowiedzi. Dlatego jest to projekt solowy. Ugla jest zespołem, w którym gram z trzema kolegami i jest świetnie, ale w pewnym momencie poczułam, że potrzebuję też przestrzeni do swojej własnej wypowiedzi, na moich warunkach tak jak ja to czuję. Nie chciałam musieć niczego negocjować i iść na kompromisy.

AM: A’ propos’ kompromisów. Wiem, że część utworów na tę płytę powstała już dość dawno temu. Czy to, że ukazała się dopiero teraz wynikało z czynników bardziej zewnętrznych, czy może z tego, że ty tak chciałaś?

To jest dość ciekawa historia, bo ja zadebiutowałam jako Panilas na festiwalu FAMA w 2019 roku. Wtedy miałam gotową część tego materiału i był to mój pierwszy koncert, chciałam się sprawdzić w solowym wydaniu i zbadać, jak ten materiał odbiera publika. Wygrałam wtedy główną nagrodę i było to naprawdę wspaniałe i zaskakujące. Po tej wygranej dość szybko zaczęłam rozmowy z wytwórnią Mystic Production, ale po drodze zdarzyła nam się pandemia. Jednak ostatecznie ten czas zamknięcia w domu był świetną okazją do wewnętrznych podróży i dopracowywania materiału. 

AM: Jak bardzo ona się zmieniła przez ten czas?

Na pewno bardzo ewoluowała brzmieniowo, aranżacyjnie. Wynika to też z tego, że w czasie pandemii miałam dużo czasu i po prostu dużo się nauczyłam. Bardzo lubię uczyć się różnych rzeczy już w trakcie robienia, w trakcie procesu twórczego.

Ogromną rolę odegrał tutaj też Marek Pędziwiatr, z którym współprodukowałam ten album.

Bardzo dobrze rozumiemy się muzycznie i dołożył do tego swój fantastyczny sznyt.
Ten album przeszedł długą drogą, ale też ja sama jestem teraz dużo bardziej gotowa do tego, żeby się ukazał.

AM: Wiem, że skończyłaś też studia gender studies. Czy one jakoś wpłynęły na to jaki jest ten materiał?

Nawet bardzo. Ja zawsze miałam ogromną potrzebę dodatkowej intelektualnej stymulacji poza muzyką, równolegle z Akademią muzyczną studiowałam filozofię. Potem gdy zaczęłam pracować znowu poczułam tę potrzebę. Zawsze miałam poczucie tożsamości feministycznej, ale czułam, że brakuje mi podstaw bardziej teoretycznych i dlatego poszłam na gender studies. Bardzo to polecam każdemu, znakomicie poszerza perspektywę. Ogromnie się tam zainspirowałam także twórczo.

AM: A co było w tych studiach dla Ciebie osobiście najważniejsze?

Chyba to uczucie, że wszystko to, co sobie myślałam i wyobrażałam na różne tematy w obszarze płci, nie są nowe. Te myśli mają swoją historię. Było wiele osób przede mną, które wydeptały te ścieżki i ja teraz mogę się o tym dowiadywać i poczuć się częścią strumienia historii.

AM: Niesamowite jest jak daleko to sięga.

Są na tym albumie dwa wyjątkowe z troszeczkę innego powodu utwory.

Tak – Amy i Benzyna. Są to dwa utwory, do których nie napisałam tekstu. Teksty pochodzą z dramatu Nocni Pływacy Jose Manuela Mory w tłumaczeniu Kingi Kowalskiej. Napisałam je do spektaklu Pameli Leończyk, w którym skomponowaną przeze mnie muzykę wykonuję na żywo. Spektakl opowiada historię pewnego rodzaju sekty, grupy ludzi wykluczonych społecznie z różnych powodów, spotykających się nocami na basenie. Mają przywódcę duchowego i finalnie popełniają razem samobójstwo. Zanim to jednak nastąpi, odbywa się ceremonia nadania honorowego członkostwa Zakonu Nocnych Pływaków, w czasie którego nadają je różnym artystom, którzy również odebrali sobie życie. Wśród nich jest między innymi Ernest Hemingway, Virginia Woolf czy właśnie Amy Winehouse, której wypowiedź pojawia się na scenie właśnie w formie piosenki. 

AM: Płyta jest, za tobą kilka festiwali, na czym teraz najbardziej się skupiasz?

Płyta się ukazała, angażuję się teraz w działania promocyjne, przede mną między innymi koncert w ramach Great September Festival w Łodzi. Działam też w obszarze muzyki teatralnej. A w międzyczasie robię nowe piosenki – materiał z płyty jest ze mną już dłuższy czas, a mnie już ciągnie w nowe.

AM: Ja w takim razie czekam na to co będzie dalej i bardzo serdecznie Ci dziękuję!

Ja również!