Zanim tak na dobre zaczął się tegoroczny Orange Warsaw Festival, wielu skazało go na porażkę. My jednak z chęcią wybraliśmy się na wszystkie trzy dni festiwalu i nie zawiedliśmy się koncertową aurą. Przeczytajcie i zobaczcie wrażenia z pierwszego dnia.
Tegoroczny Orange Warsaw Festival odbył się w nowym miejscu, jakim był Tor Służewiec. Duże i przestronne miejsce bardzo nas zaskoczyło. Sceny były odpowiednio od siebie oddalone – nie za daleko, aby dogodnie dotrzeć na kolejny koncert, i nie za blisko, aby dźwięki się na siebie nie nakładały (choć czasami było słychać jew oddali). Była trawa do odpoczynku w blasku słońca, kilkadziesiąt foodtrucków, namiotów z ubraniami młodych projektantów, zimne piwo…
Przyjeżdżając na miejsce, za nami były już koncerty Wolf Alice i Sheepard. Odbierając akredytacje natomiast słyszeliśmy w oddali Twin Atlantic. Nasze zmagania koncertowe zaczęliśmy więc od występu Meli Koteluk. Polska wokalistka prezentowała głównie materiał z ostatniej płyty Migracje. Wszystkie sporo różniło się jednak od koncertu klubowego. Zespół nieco przearanżował wszystkie piosenki, dostosowując je do warunków festiwalowych. Dźwięki rozbrzmiewały po całym namiocie, a głos wokalistki pozostał nadal piękny i krystaliczny. Mela pomimo wielkiego sukcesu komercyjnego, nadal pozostała miłą, sympatyczną i nader skromną wokalistką. No i to jak wyglądała – nieziemsko!
Regularnie pojawiający się w Polsce zespół Crystal Fighters był naszym drugim przystankiem festiwalowym. Potwierdziły się wszystkie relacje dziennikarzy z poprzednich ich występów. Było energicznie i wesoło, ludzie pod sceną nieźle się bawili, śpiewali, skakali, tańczyli. Zespół umilił nam czas piosenkami z obu wydanych dotychczas płyt, dzięki czemu usłyszeliśmy przekrojówkę ich dyskografii. Chwilami miałem jednak wrażenie, że muzyka całkiem zagłusza wszystkie wokale. Nie wiem czy to wynikało z jakiegoś problemu technicznego czy było to spowodowane przez samych muzyków. Jedno jest jednak pewne, Eleanor i Clarissa wyglądały pięknie i na tle pozostałej trójki, stały się wizytówką zespołu.
Jeszcze w trakcie występu londyńskiego zespołu, postanowiliśmy wybrać się na koncert polskiego Afromental. To jeden z tych zespołów, który powinien wypłynąć na szersze wody i występować nie tylko w Polsce. Ich energia, muzyka, świetne wokale i charyzma, powodują, że nie mamy się czego wstydzić na tle zagranicznych zespołów. Afromental na festiwalu promował swoją ostatnią płytę, z piosenką Mental House na czele. Publiczność była wniebowzięta, wszyscy skakaliśmy i śpiewaliśmy jak nam zespół zagrał. Moje drugi spotkanie z tym zespołem wciąż oceniam bardzo wysoko.
Chwilę po 20. na głównej scenie festiwalu pojawił się najbardziej znany polski zespół alternatywny Hey. Znam ich wiele piosenek, widziałem wiele występów na Youtube. Wstyd mi przyznać jednak, że jest to dopiero moje pierwsze koncertowe spotkanie z ekipą Nosowskiej. Zgadzało się tu wszystko: od różnorodnych aranżacji i pięknego wokalu, aż po piękną skromność Kasi. Nie było pompatycznie, a wszyscy bawili się tu dobrze. Hey to wymarzony polski zespół na tego typu wielkie festiwale. Pasowaliby także na Warsaw Stage – tu ich występ byłby jeszcze bardziej charyzmatyczny.
Tu jednak kilkadziesiąt minut później wystąpić miał kanadyjski zespół Three Days Grace, który z powodzeniem nagrywa płyty i występuje na wielu scenach muzycznych od kilkunastu lat. Na pierwszy rzut oka i pierwszy dźwięk w uchu, nie moja bajka. Jednak już podczas pierwszej piosenki wciągnąłem się w ich spojrzenie muzyczne. Grali dość energicznie, wokal nieco ciągnący się pasował do muzyki, a ta sama w sobie nie była zła. Dalekie jest to od moich ideałów dźwiękowych, ale występ trzeba zaliczyć do udanych.
W tym momencie nasz dzień festiwalowy niespodziewanie się zakończył. Z małej chmury przyszła duża ulewa i gwałtowne burze, które trwały kilka godzin. Nieprzygotowani na taką ewentualność, czekaliśmy grzecznie w mediaroomie na zmianę pogody. Tak się jednak ostatecznie nie stało i ominęły nas koncerty Noel Gallagher’s High Flying Birds, Papa Roach i The Chemical Brothers.


















































