Opole… Opole… Quo Vadis? Felieton Łukasza Jaćkiewicza

Z Krajowym Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu od lat nie jest dobrze. Z roku na rok otrzymujemy koncerty, które nie są ciekawe; gwiazdy występujące rok po roku, z repertuarem, którego nie pamiętamy trzy dni po ich występach. Najgorsze były dwa pierwsze dni festiwalu, trzeci wniósł coś nowego, coś co oglądaliśmy 10, 20 i 30 lat temu.

SuperPremiery, SuperDebiuty… Super?

Zaczęło się niepozornie. SuperPremiery i SuperDebiuty to dwa koncerty, które powinny generować nowe przeboje i nowe osobowości na polskiej scenie muzycznej. Do tego przecież przyzwyczaił nas ten festiwal, który odbywał się już po raz 51(!). Rozumiem, mamy XXI wiek i liczy się komercja. Jednak nie przekształciła się ona na jakość. Już sama lista wykonawców nie zachęciła mnie do tego koncertu. Niestety później było tylko gorzej. Nie od dziś wiadomo, że liczy się zabawa, skoczność i chwytliwa melodia. I taki był ten konkurs. Nie rozumiem jednak co na scenie robił Stachursky, którego piosenka nadawała by się raczej na Festiwal Piosenki Ranczerskiej. Jakie jury wybrało VOXa, jakiegoś Adiego Kowalskiego czy Piersi? Już nawet nijaka piosenka Eweliny Lisowskiej nie działała mi na nerwy tak jak oni. Czy naprawdę wśród tych 200 propozycji jakie otrzymało jury, nie było nic lepszego? Poziom ratował chyba tylko zespół LemON i Mrozu, oni przyzwyczaili nas do piosenek na poziomie. Te piosenki będą królowały w radiach i Internecie. Mają potencjał, którego nie ma piosenka zwyciężczyni SuperPremier Haliny Mlynkovej (z całym szacunkiem do p. Haliny). Kto z nas nuci sobie teraz tę piosenkę, kto ją będzie nucił za tydzień? Podejrzewam, że nikt. Przykre, a jednak prawdziwe. Pamiętacie ubiegłoroczne Golec U’Orkiestra? Ja też nie.

Koncert uratował krótki recital Ryszarda Rynkowskiego i Jacka Cygana, których piosenki są już nieśmiertelne. A i Sylwia Grzeszczak z Natalią Szroeder wydawały się w tych interpretacjach bardzo apetyczne.

SuperDebiuty… Właściwie wiedziałem od początku, że wygra Mateusz Ziółko. Nie śpiewał źle, choć byli lepsi. Drugi rok z rzędu zaś wygrała osoba związana z The Voice of Poland. Motywem przewodnim była twórczość Czesława Niemena, który na scenie opolskiego festiwalu pojawił się nie raz. Wiadomo, twórczość trudna do śpiewania, nielekka do interpretacji. Spodziewałem się jednak czegoś ciekawszego, osoby, która bezapelacyjnie wygrałaby. Rok temu była to Natalia Sikora, której interpretacja wybiła się spośród wszystkich. Okej, ładnie śpiewała Monika Urlik, podobał mi się Michał Szyc czy Karolina Skrzyńska. Jednak to nie ten poziom, co był prezentowany kilka lat temu. O wiele ciekawszy był mini recital córki wokalisty, Natalii. Jej Jagody, chyba zapamiętam na długo. Martwią mnie jednak zapowiedzi, w których rozmawiała z Pawłem Sztompke i opowiada o swoich rysunkach. Serio, kogoś to zainteresowało? Bo ja miałem ochotę przełączyć pilotem na inny kanał. Przykro jest też, gdy patrzy się na konferansjerów czytających wyłącznie z kartki… (tak, tak mówię o Was młodzieńcy z tego filmu, który promuje TVP).

Dzień drugi, nie lepszy

Drugi dzień zaczęły strasznie przeciętne SuperJedynki, których wyniki uzyskaliśmy nieoficjalnie już przed festiwalem. Grafik prób sprawił, że wiedzieliśmy kto wystąpi i kto tym samym dostanie nagrodę. Gdzie ta tajemniczość i nieprzewidywalność? Chyba każdy z nas wolałby poznać wyniki dopiero na scenie, a sam artysta powiedzieć coś od serca, nie recytując wcześniej przygotowanej przemowy. Rozdanie nagród rozpoczął świetny recital Pani Edyty Geppert. To był moment, na który czekało wielu. Pani Edyta pokazała klasę w swojej prostocie i pięknych, ponadczasowych utworach.

W SuperJedynkach zwyciężyli oczywiście i Ewa Farna, i Sylwia Grzeszczak, i Igor Herbut. To są artyści, którzy są na TOPie i im nagrody się należały. I nie przekonują mnie dywagacje, że byli lepsi. Dziwi mnie jednak, że żadnej z dwóch nagród nie otrzymał Dawid Podsiadło. Artysta, który zdobył wszystkie Fryderyki w tym roku, którego płyta okazała się najlepiej sprzedającą, i który ma na swoim koncie single królujące w radiach. To jest oczywista porażka Festiwalu w Opolu, mimo, że na nagrody głosowali ponoć widzowie. Pozostawię to bez większego komentarza. Najbardziej komicznym momentem było wręczenie nagrody dla zespołu Feel, za najlepsze show. Ale jakie show? Przecież ten zespół nie jest na topie już od dobrych kilku lat, wręcz zginęli na naszym rynku muzycznym. Również i tu praca osób zapowiadających na scenie była poniżej poziomu. Przy całej sympatii do Pani Katarzyny Kwiatkowskiej (którą uwielbiam), pomysł jej roli jako prostej dziewczyny z widowni był trochę żenujący.

Zaskakujące było wcielenie Maryli Rodowicz, która śpiewała piosenki disco-polowe. Widzę tu element kabaretowy. Dziwię się jednak, że taka ikona polskiej muzyki i ikona tego festiwalu (wystąpiła na nim już ponad 30 razy) zgodziła się na taki repertuar. Ma w swojej dyskografii przecież tyle hitów, że mogłaby wypełnić trzydniowy Line-up Opola zupełnie sama.

Dość ciekawy był koncert Folkowo & Kabaretowo, któż z nas nie lubi się pośmiać? Kabarety, komicy i satyrycy stają się nieodzowną częścią takich festiwali. Pomysł jednego koncertu w tym stylu, jest bardzo dobry. Oczywiście, zmieniły się gusta i ramy żartów, jakie były prezentowane kilkadziesiąt lat temu między innymi u Laskowika – ale to wciąż pasuje. Przeplatanie skeczów piosenkami znanych gwiazd było dobrym zabiegiem . Nie było to dzięki temu monotonne.

25 lat! Wolność

Najwięcej uwagi i serca uzyskał u mnie koncert 25 lat! Wolność – kocham i rozumiem! Był to niewątpliwie najlepszy koncert całego festiwalu. Cieszy mnie, że zostali do niego zaproszeni zarówno młodzi adepci polskiej sceny muzycznej jak i Ci których kochamy od lat. A i prowadzenie koncertu było na najwyższym poziomie. Zarówno Małgorzata Kożuchowska jak i Adam Woronowicz sprostali wielkiemu wyzwaniu. To co mówili, słuchało się z zainteresowanie,. Słuchało, bo opowiadali, a nie czytali z kartki. To był strzał w dziesiątkę. A i dobrany repertuar gwiazd był na wysokim poziomie. Pominę występy zespołu Lady Pank (niektórzy twierdzą, że powinien znowu zacząć pić, i wrócić do dobrej formy) i De Mono, które były niemrawe. Świetnie zaprezentowała się zarówno Justyna Steczkowska w Kombinacie, LemON w Śnie o Victorii czy Kasia Kowalska w Tak… Tak… To ja. Miło było wrócić do Pani Krystyny Jandy, Alicji Majewskiej cz Elżbiety Wojnowskiej. To piosenki ponadczasowe i dobrze, że zostały zaprezentowane na tym festiwalu. Miłym akcentem był też gest Macieja Maleńczuka, który przytulił Michała Szpaka jak własnego szpaka. Przypomnę, jest on oskarżany o homofobię. Życzyłbym sobie więcej takich koncertów.

>> LemON, Sen o Victorii

Festiwal w Opolu ugrzązł w martwym punkcie. Mimo kolejnych milionów telewidzów, którzy go oglądają, nie stoi on już na tak wysokim poziomie jak lata temu. Nie chce sobie nawet przypominać jego poprzednich edycji, bo moja ocena pewnie byłaby jeszcze gorsza. Drodzy organizatorzy, postawcie na jakość, a nie ilość. Może lepiej zrobić dwa porządne koncerty, niż trzydniowy targ tandety?

Plus na koniec występ, którego nikt jeszcze długo nie przebiję jeśli chodzi o młodych muzyków.

Czytaj również