Półmetek relacji z tegorocznej edycji Open’er Festival 2016 za nami. Nie oznacza to jednak, że najlepsze jest już za Wami. Dziś chylimy czoła Sigur Rós, Zbyszkowi Wodeckiemu czy Wizowi Khalifie. Zachwycamy się też nad Suumoo czy Rysami. Zdjęcia przygotowała Dorota Kutnik.
Poznawania nadszedł czas
Czasami bywa tak, że początkowe koncerty to wielki misz masz. Więcej tu nowych nazwisk niż sprawdzonych artystów z kilkoma płytami na koncie. I tu zaczyna się wybieranie – na co pójść, co poznać, z czym się skonfrontować. Na Alter Stage swój koncert rozpoczynał młody polski zespół Suumoo, z którym miałem styczność pierwszy raz w życiu. Przyznaję, idąc i czekając na występ, myślałem że to będzie zwykłe zapchanie czasu w oczekiwaniu na większe gwiazdy. W tym momencie żałuję, że moje myśli skierowane były w tę stronę, bo się bardzo pomyliłem. Suumoo po półgodzinnym koncercie zapadli mi w pamięć, do tego stopnia, że do dziś słucham ich Flegmy i Mchu. Strach pomyśleć, co będzie za kilka lat, jak rozwiną skrzydła. Trzymam kciuki i do zobaczenia.
Pszczółka Maja? Nie, ale i tak było mega
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że na Open’er Festival wystąpi Zbigniew Wodecki, pewnie bym go wyśmiał. Nie dlatego, że nie doceniam talentu pana Zbyszka, ale dlatego, że było to coś niemożliwego do ogarnięcia. Rok 2016 przynosi nam tą cudowną wiadomość. To trochę przełamanie pewnych barier, ktoś z wielkim talentem, dorobkiem muzycznym i masą hitów, legenda polskiej muzyki. Sprawdził się i to bardzo. Było to widać po tłumach, po ludziach tańczących w strefach vipowskich. To był po prostu wyczekiwany przez nas koncert i chyba nikt nie zawiódł, bo wyszło świetnie. Nie było co prawda Pszczółki Mai, o której każdy marzył, ale zabrzmiała cała płyta 1976: A Space Oddysey z orkiestrą Mitch&Mitch. Ten koncert przejdzie do historii Open’era, jestem o tym święcie przekonany.

Polska muzyka ma się naprawdę dobrze
Rysy w oka mgnieniu potrafiły przyciągnąć pod Tent Stage mnóstwo ludzi, a to chyba najlepsza reklama dla tego projektu. W kilka lat zdobyli sobie wielką renomę o jakiej marzy wiele młodych, polskich zespołów. Wcale mnie to jednak nie dziwi, bo warto było się pojawić pod sceną i posłuchać po raz kolejny co mają do zaoferowania. Jakby komuś było mało na scenie zaprezentowała się jedna druga projektu The Dumplings, boska Justyna Święs, która wyśpiewywała kolejne piosenki. Na deser dostaliśmy Piotra Ziołę i wspólnie wykonali Przyjmij brak. Magiczny koncert. Polska muzyka naprawdę ma się dobrze!
Raper = dobra zabawa
Sporo festiwalowiczów zaplanowało sobie w ten dzień pojawienie się na drugim w Polsce koncercie Wiza Khalify. Na występie pojawiłem się i ja, choć nie byłem święcie przekonany czy mnie czymś zaskoczy. Ludzie co prawda bawili się dobrze, śpiewając refreny, które oczywiście szły z playbacku (Black & Yellow, Black & Yellow albo Seee Youuu Again), ale nie był to za dobry koncert. Bardziej przypominało to jakiś piknik, niż występ prawdziwej gwiazdy rapu. Nie oszukujmy się, ale Wiz nie należy do jakiś bardzo utalentowanych raperów, daleko mu do Ty Dolla Signa, Drake’a czy choćby nawet Big Seana. Jego rap trochę mnie zniechęcał, polotu wielkiego nie było. Jak prawdziwa gwiazda rapu zdjął koszulę, co spodobało się jego fankom. Dla mnie koncert słabo średni.

Dalej było już tylko lepiej, pierwsze zaskoczenie
Nie będę Was oszukiwał, że zespół LCD Soundsystem znam i kocham, bo tak nie jest. Dla mnie to lekka prehistoria. Jakież jednak było moje zaskoczenie, kiedy na scenę wkroczył James Murphy ze swoim składem i zaczął grać tak, jakby byli najlepszym zespołem na świecie. Powiem więcej, mimo, że pod sceną było mało ludzi, to klimat ich koncertu był niesamowity i wielu z fanów tańczyło. Nawet ja, mimo, że nie znałem głębiej żadnego utworu. To chyba najlepsza reklama dla tego zespołu.
Nie widać również, aby czas się dla nich jakoś specjalnie zatrzymał. Świetne elektroniczno dyskotekowe motywy mogłyby być stworzone także i dziś i mogłyby stać się wielkimi hitami. Zespół jako headliner na pewno dał radę, chociaż chyba nie wszyscy go za takiego uznawali. Jeśli Ci muzycy wciąż grają tak jak lata temu, strach pomyśleć, co będzie jak zrobią sobie jeszcze jedną przerwę. Ale tego wolałbym nie przeżywać, bo zostałem ich nowym fanem. Panowie, wróćcie jeszcze do nas!

Był sobie Kortez
Na koncercie Korteza panowała przede wszystkim melancholia i nostalgia. Wiem, że ten artysta ma to do siebie, że jest monotonny i może to nieco nudzić. Mało mówi do ludzi, jakby był w swoim świecie. Jednak ma to swój urok, a artysta jest dobry w przekazywaniu emocji muzyką i śpiewem. Chociaż przyznam, że ten koncert mógłby być dla mnie bardziej przystępny we wcześniejszych godzinach. Mimo to, Tent Stage wypełnił ogrom zahipnotyzowanych ludzi, którzy wspólnie z Kortezem wyśpiewywali m.in. utwór Zostań. Ja jednak nie zostałam i musiałam biec dalej, na kolejny senny koncert.

Magia magia i jeszcze raz magia
Miałem wielkie oczekiwania do koncertu tej islandzkiej grupy, snułem domysły jaki on będzie i powiem Wam, że byli jeszcze lepsi niż się spodziewałem. To było widowisko, a nie zwykły koncert. Magia, magia i jeszcze raz magia – tak można to opisać w kilku słowach. Tu nie było miejsca na przypadki, to wszystko było zaplanowane w najmniejszych szczegółach, bliskie perfekcji. Doskonale efekty świetlne mieszały się z przepięknym głosem wokalisty. Miałem wrażenie, że jestem na najlepszym spektaklu, gdzie uczucia pokazywane przez poszczególne utwory do mnie trafiają. Nie ważne, że śpiewają dla mnie po chińsku, to się czuje całym ciałem. Dla mnie był to najlepszy koncert tej edycji festiwalu i jeden z najlepszych w ogóle od kilku lat. Chylę im czoła!

Mocny akcent na koniec dnia
Dawid Podsiadło wypracował sobie mocną pozycję wśród polskich wokalistów młodego pokolenia. Od dawna jest moim ulubieńcem, a na żywo prezentuje się świetnie! Jest nieco ekscentryczny i momentami dość dziwny, ale za to go lubię. Po wcześniejszych monotonnych koncertach, Podsiadło wybudził mnie ze stanu uśpienia. W Tent Stage wybrzmiały jego starsze i nowsze hity, które publiczność znała bardzo dobrze. Miło było posłuchać zarówno spokojnych ballad, jak i rockowych, energicznych kawałków. No i po raz kolejny usłyszałam na żywo cover Get Lucky, który w wykonaniu Dawida i jego muzyków jest genialny! Ten koncert zaliczam do jednego z najlepszych, jakie odbyły się trzeciego dnia.









