Na trzeci album zespołu OneRepublic czekałem bardzo długo. Przekładali i przekładali go, aż w końcu wydali. I zadowolony jestem pół na pół. Znalazłem coś dla siebie, ale oczekiwałem więcej.
Ryan Tedder, wokalista zespołu, jak również główny jego producent i twórca ma talent. Tworzy wspaniałe piosenki dla innych artystów. Niestety, jeśli chodzi o twórczość swojego zespołu wszystko wygląda tak, jakby dla niego pozostawiał tę najsłabszą twórczość. Dobrą, przebojową – ale wciąż słabszą. Człowiek odpowiedzialny za Bleeding Love Leony Lewis, Halo czy I Was Here Beyonce czy Rumour Has It i Turning Tables Adele dla siebie napisał kilka utworów, które są słabsze od wszystkich wcześniej wymienionych. OneRepublic oczywiście nie jest zespołem w stylistyce tychże trzech pań, które wymieniłem, ale… Why Not? Żebyśmy się dobrze zrozumieli, dlaczego Tedder nie może (a umie przecież, głos ma świetny) zaśpiewać jednej, wielkiej ballady w stylu Adele, kawałka przebojowego jak Halo i poruszającego jak I Was Here?
Przejdźmy do Native. Jest to album dobry. Tylko dobry. Mniej więcej na tym samym poziomie, co dwa poprzednie. Są tutaj kawałki, które uwielbiam i których słucham do dnia dzisiejszego, są też takie, które od razu po jednym-dwóch przesłuchaniach odrzuciłem. Zacznę od tych drugich. What You Wanted brzmi jak coś, co już gdzieś słyszałem. Nie pamiętam tylko, gdzie. Podobne odczucia mam przy I Lived. Wskazywałoby to na brak pomysłów i kreatywności u Teddera. Kolejne dwa utwory – Light It Up oraz Can’t Stop obalają moją teorię o braku kreatywności, bo są nowe, świeże. Ale nie podobają mi się. Doceniam jednak fakt bycia innymi.
Specjalny, cały i długi akapit poświęcę utworowi Something I Need. Kawałek ten obalałby moją tezę z akapitu numer dwa, gdzie napisałem, że Tedder oddaje wszystkie najlepsze utwory innym artystom (uwielbiam pisać recenzje, w której sam obalam swoje teorie :D). Something I Need jest zjawiskowo. Świeże, urzekające, wspaniałe, mocne i dynamiczne, ciekawe i niepowtarzalne. Wpadające w ucho, przebojowe. Dość? Ja mogę tak dalej – jest to zdecydowanie najlepszy utwór na tym albumie, a także jeden z najlepszych nowych utworów, które powstały w 2013 roku. Możecie być pewni, że za niecały rok w moim podsumowaniu stu najlepszych utworów roku 2013 to małe arcydziełko OneRepublic będzie w TOP 20. Albo bardzo niego blisko (w zależności ile i jak dobrych kawałków nagra Beyonce, hehe :D).
Nie jest tak źle, na albumie mogę wskazać kolejne utwory, które lubię. Counting Stars otwierające album jest miłe i zachęca do dalszego słuchania Native. If I Love Myself jest zdecydowanie lepszym singlem od Feel Again, które mimo wszystko również jest dobre. Lubię również Burning Bridges, jest dobrym przedsmakiem tego, co za chwilę – na trackliście jest przed tak wychwalanym przeze mnie Something I Need.
Mimo tych kilku dobrych kawałków, znaczna większość jest zła, nijaka, niepodobająca mi się (mniej więcej w stosunku 60% złych do 40% dobrych). Ale to nie jedyne moje zarzuty. Mam jeszcze dwa – całkiem spore. Dlaczego Ryan zdecydował się na brak duetów? Rocketeer z Far East Movement czy The Fighter z Gym Class Heroes wskazują, że duety Ryanowi wychodzą świetnie, dlaczego by na własny album kogoś nie zaprosić? Dlaczego nie mogłaby to być znana dobrze Ryanowi Leona Lewis? Dlaczego by nie pokusić się i spróbować kolaboracji z Beyonce czy Adele? Może któraś by się zgodziła. Zarzut numer dwa – monotonia, jednostajność. Album jest w jednym tym samym gatunku muzycznym. Byłoby dobrze, gdyby wszystkie kawałki były dobre i przyciągały uwagę. Niestety, po kilku zaczynamy się nudzić (dobrze, że Something I Need jest w samym środku, jest to jakiś sposób na obudzenie się w środku albumu). Ryan nagrał Calling (Lose My Mind) z Sebastianem Ingrosso i Alesso, Lost at Sea z Zeddem czy wspomniane wcześniej kawałki z Far East Movement i Gym Class Heroes. To wskazywałoby na różnorodność w umyśle tego artysty. Z drugiej strony, to jest album OneRepublic, a nie Ryana Teddera. Tu może tkwić „problem” oraz takie, a nie inne postępowanie. Jeśli tak – brawo dla Ryana za respektowanie kolegów.
Nie mniej jednak i podsumowując, jest to album dobry, ale nic więcej. Ma taką jedną perełkę jak Something I Need, kilka dobrych utworów i wiele zapełniaczy. No cóż, mogło być dużo lepiej, jest jak jest. Pomińcie cały krążek, posłuchajcie jedynie kawałków, które wyróżniłem: Something I Need (koniecznie!), Counting Stars, If I Lose Myself, Burning Bridges, Feel Again i może jeszcze w ostateczności Preacher.


