One Direction – Made in the A.M. (2015), recenzja Dominiki Konaszewskiej

Pięć lat w ciągłej trasie – tak można by opisać życie Harry’ego, Louisa, Liama i Nialla z zespołu One Direction, który od czasu powstania w brytyjskim X Factor wciąż pnie się na coraz wyższe szczyty, pobijając wszelkie możliwe rekordy na całym świecie. Jednak po odejściu Zayna Malika w marcu tego roku nikt nie wiedział, czego się spodziewać po zapowiedzianej na jesień płycie. Czy we czwórkę poradzą sobie tak dobrze, jak wcześniej? Czy udźwigną ciężar presji? I oto nadszedł ten czas – piąta płyta zespołu ujrzała światło dzienne. Czy Made in the A.M. jest kolejnym krokiem do przodu przed dłuższą przerwą czy może zamyka drzwi do powrotu w przyszłości? Przekonajcie się sami.

Na żadną płytę w tym roku tak nie czekałam, jak właśnie na tę. Każdy zastanawiał się, jak będzie brzmiało „nowe” One Direction bez Zayna, który był niezaprzeczalnie jednym z prowadzących wokali, nieco wyróżniającym się barwą na tle wszystkich innych. Jeszcze jako pięcioosobowa grupa, zespół swoją czwartą płytą zatytułowaną po prostu FOUR podniósł poprzeczkę wysoko, stawiając na nieco dojrzalsze brzmienie niż na poprzednich krążkach, więc zainteresowanie brzmieniem MITAM wzrastało jeszcze bardziej. I myślę, że piąty album zaspokoił oczekiwania wszystkich fanów i powinien przekonać do siebie nawet osoby, które do tej pory niezbyt przepadały za twórczością tej czwórki. Zacznijmy jednak pod początku. Ostrzegam, że nie będzie to krótki wywód.

W całą płytę wprowadza nas Hey Angel, które już przy pierwszym przesłuchaniu pokazuje dojrzalszą stronę zespołu. Kompozycja przywodzi na myśl styl Coldplay, co w tym wypadku jest naprawdę sporym komplementem, choć bo fragmentach tekstu, które Harry Styles publikował na swoim Twitterze, spodziewałam się raczej ballady w stylu Fool’s Gold z poprzedniego albumu. Wokalnie? Od razu słychać, jak bardzo rozwinęły się głosy chłopaków – głębsze, lepsze technicznie, czuć w nich świadomość ich siły, co równie dobrze wykorzystano w kolejnym Drag Me Down, będącym pierwszym singlem, jaki poznaliśmy. Mocniejsze brzmienie (gdzieniegdzie nawet reggae’owe elementy) zdecydowanie pasuje One Direction.

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

Po Drag Me Down przenosimy się w nieco subtelniejszy utwór, jednak niebędący do końca balladą, czyli Perfect, drugi singiel z płyty. W internecie krąży wiele spekulacji, jakoby kawałek ten był inspirowany związkiem Harry’ego z Taylor Swift, jednak pewne jest to, że jest to idealna piosenka miłosna dla każdego muzyka będącego w trasie, perfekcyjnie opisuje to, czego można się spodziewać po takim związku.

Infinity jest kolejnym wolniejszym numerem, który jednak przez budowanie tempa idealnie wpasowuje się w całość, a gdy ta piosenka się skończy, możemy potupać nogą do End of the Day, które niezwykle szybko się zapamiętuje poprzez swoją chwytliwość – jedynym minusem jest to, że poprzez zmianę tempa, która w pewnym sensie jest pozytywem i negatywem, ma się wrażenie, że jest to piosenka zbudowana z dwóch różnych; z jednej zostały wyciągnięte zwrotki, z drugiej refreny. Jednak jeśli brakło Wam emocji, to zdecydowanie znajdziecie je w If I Could Fly, które jest zdecydowanie jednym z najlepszych utworów na całej płycie. Ballada taka jak ta pokazuje, że Ed Sheeran rzeczywiście nie musiał pisać już dla nich żadnego tekstu, bo sami sobie z tym doskonale poradzili. Następne Long Way Down również porywa wolniejszą, ale idealnie wpasowaną kompozycją.

one direction

Nadszedł czas na szybsze numery, którymi zdecydowanie są Never Enough i Olivia. Oba kawałki są w pewnym stopniu bardziej recytowane niż śpiewane, dodatkowo w obu użyto orkiestry czy instrumentów dętych, co wprowadza całą gamę nowości w porównaniu z poprzednimi albumami. Z kolei What A Feeling ma coś w sobie, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest pewnego rodzaju wypełniaczem, który budzi we mnie mieszane uczucia, które jednak znikają przy kolejnej z ballad, czyli Love You Goodbye, o której sam Louis powiedział, że jest to chyba najbardziej osobista kompozycja. Smyczki tworzą tu niesamowitą atmosferę. Ciekawy efekt dźwiękowy w tle został również użyty w I Want To Write You A Song, gdzie prócz prostej gitary słyszymy również skrobanie długopisu/ołówka po papierze. Prostota tej kompozycji jest jej największą zaletą i sprawia, że oczy same się zamykają, dając się ponieść subtelnym dźwiękom.

Ostatnim utworem na standardowej wersji płyty jest History, zadedykowana wszystkim fanom i całej ekipie pracującej z One Direction. Piosenka kojarzy się z ogniskiem pełnym śmiechu i wspomnień, a tytułowa historia jest tą stworzoną przez pięć lat ciągłej pracy i poświęcenia fanów. Częste wersy takie jak „this is not the end” mają zapewniać, ze to nie jest koniec zespołu, a tylko przerwa, po której wrócą. Czy tak będzie? Wszystko się okaże. W tekście mamy też pewnego rodzaju podziękowanie dla fanów za to, że umożliwili napisani owej historii.

Minibars, expensive cars,
hotel rooms, and new tattoos,
good champagne and private planes
But we don’t need anything
Cause’ the truth is out,
I realise that without you here
like there’s just a lie
This is not the end
This is not the end
We can make it you know it, you know

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

A co znajdziemy na wersji deluxe? Genialne, wpadające w ucho Temporary Fix, nieco niegrzeczniejsze, które jestem w stanie wyobrazić sobie na żywo na stadionach, porywając tłumy do skakania. Przez niektórych uważane jest za No Control tego albumu i w sumie coś w tym jest. Poza tym Walking in the Wind, które nieco przypomina mi Ready to Run również z poprzedniego albumu. Mamy również Wolves, przy którym głowa sama zaczyna się kiwać do rytmu. A na końcu kolejna według mnie perełka i idealne podsumowanie nie tylko całego krążka, ale także kariery i wewnętrznych relacji chłopaków i poniekąd również fanów, czyli A.M.. Perfekcyjne zakończenie piątego albumu przed dłuższą przerwą.

Sami chłopcy powiedzieli, że utwory do Made in the A.M. pisali w nieco innym stylu, niż na poprzednie albumy, nie mając z tyłu głowy myśli, że w przyszłym roku będą tym materiałem musieli poruszyć dziesiątki tysięcy fanów na stadionach/arenach, mogli skupić się na tworzeniu kawałków, które naprawdę były całkowicie ich – i to czuć: wokalnie, tekstowo, w kompozycjach. Płyta jest raczej spokojniejsza, choć nie brakuje również kilku szybszych kawałków.

Szczerze myślałam, że po FOUR nie będzie już lepiej, a 1D będzie jedynie utrzymywało poziom tego krążka. Miałam również obawy po marcowym odejściu Zayna, że presja jest zbyt duża, jednak to chyba właśnie chęć pokazania wszystkim, że odejście Malika zamiast ich osłabić to tylko ich wzmocniło, sprawiła, że MITAM jest na całkowicie nowym, wyższym poziomie. I powiem to, choć osobiście uwielbiałam głos Zayna i ryzykuję nieco takim stwierdzeniem, ale… w ogóle Zayna w tym albumie nie brakuje.

Pozostaje tylko życzyć Louisowi, Liamowi, Harry’emu i Niallowi spokojnej przerwy. I czekam z niecierpliwością na ich powrót, bo myślę, że nie pokazali nam jeszcze wszystkiego, co mają do zaoferowania.

Czytaj również