Od czasu wydania singla What Makes You Beautiful pod koniec 2011 roku staram się zrozumieć fenomen grupy One Direction. Przystojni? Nie mnie oceniać. Oddani fanom? Być może. Dobrze śpiewający? Na pewno. Ich pierwsze piosenki, mimo tego do udanych nie należały. Dlatego przemiana, jaka zaszła przez te 4 lata, cieszy jeszcze bardziej.
Four to już (jak nietrudno się domyśleć) czwarty studyjny album One Direction. Wydany zaledwie rok po Midnight Memories, pierwszym naprawdę udanym dziele grupy. Poprzednich dwóch, Up All Night i Take Me Home, nie wspominam dobrze. Były zbyt komercyjne, nie wyróżniały się niczym spośród przeciętnych popowych i tanecznych kawałków. Mam jednak wrażenie, że po ich sukcesie wytwórnia dała 1D więcej swobody. I tak zrodził się ostrzejszy i niekiczowaty krążek Midnight Memories. Przemianę grupa kontynuuje na Four.
Four, podobnie jak Midnight Memories, jest albumem bardziej pop rockowym niż popowym. Nie ma tu jednak takich koncertowych dynamitów jak Midnight Memories czy Little Black Dress. Zamiast tego mamy bardziej stonowane kompozycje, które jednak dzięki podniosłym i może nieco patetycznym refrenom idealnie nadają się do chóralnego odśpiewywania.
Bardzo zaskoczył mnie pierwszy singiel promujący wydawnictwo. Dotychczasowe lead single One Direction – kolejno What Makes You Beautiful, Live While We’re Young oraz Best Song Ever – charakteryzowały się radosnym, pop rockowym brzmieniem. W Steal My Girl większy nacisk położono na instrumenty klawiszowe oraz nieco patetyczny charakter całości. Śmiejcie się, ale ten numer naprawdę mógłby zostać postawiony obok klasycznego już Jump Van Halen. Numer bardzo rozgrzał moje oczekiwania co do Four. Reszta jest już jednak bardziej bezpieczna, singiel Night Changes wpasowuje się w dotychczasową strategię One Direction (szybszy singiel, później wolniejszy). Nie oznacza to jednak, że longplay należy do słabych.
Na dotychczasowych płytach grupy najlepsze wrażenie robiły utwory spokojniejsze, delikatniejsze. Dlatego też właśnie od nich zacznę. Pierwszą z ballad jest akustyczne, romantyczne 18. Współtworzył ją Ed Sheeran, co bardzo wyraźnie słychać. Kawałek równie dobrze mógłby znaleźć się na jego solowym albumie X. Ciekawiej prezentują się singlowe, refleksyjne Night Changes oraz przestrzenne (zgodnie z tytułem) nagranie Spaces. Nie sposób zapomnieć o dojrzałej, ale i bardzo emocjonalnej kompozycji Fireproof. Jednak najlepszą pozycją z ballad pozostaje Fool’s Gold. Utwór zawiera wpływy folku (zapewne efekt współpracy z Jamie Scottem specjalizującym się w takich brzmieniach). Jest to naprawdę wzruszające nagranie. Bodajże najlepsze w całej karierze zespołu.
Szybsze, bardziej dynamiczne utwory z Four przedstawiają się nieco słabiej. Jednak i na nie warto zwrócić uwagę. Dobre wrażenie robią chociażby przebojowe, chwytliwe (kandydat na kolejnego singla) No Control, zadziorne Clouds będące bodajże najbardziej rockową pozycją na albumie czy też chóralne Ready to Run przypominające nieco starsze dokonania chłopaków. Nie należę natomiast do fanów elektronicznego Stockholm Syndrome oraz dosyć infantylnego Girl Almighty. Te dwie piosenki nie są może tragiczne, ale na tle pozostałych numerów wypadają bardzo przeciętnie.
Jeśli chodzi o same teksty na płycie, w zdecydowanej większości opowiadają o miłości, zauroczeniu. Nie jest to wada. Bo choć do odkrywczych te utwory na pewno nie należą, to słucha się tego dobrze, wpada w ucho, nie żenuje. A chyba takie było główne założenie, prawda?
Myślę, że gdyby One Direction zadebiutowali albumem Midnight Memories bądź Four, dziś nie śmiano by się z nich. Co mnie bardzo cieszy, z każdą kolejną płytą muzyka grupy nabiera wyrazistości. To już nie są marionetki wytwórni, a świadomi wokaliści, którzy znają się na swoim fachu, wiedzą, w jaki target celują (a wbrew pozorom to bardzo ważna cecha, którą nie każdy posiada) i nagrywają po prostu dobre piosenki. Gdyby wszystkie popowe płyty tak brzmiały, to świat byłby piękniejszy. Naprawdę.

