Damon Albarn to artysta wszechstronny i totalnie kompletny. Większość kojarzy go zapewne z Gorillaz czy też z Blur, jednak warto wspomnieć, że poza tym muzyk był/jest częścią kilku innych projektów.. i również tworzy sam.
Pierwszy solowy album Albarna ujrzał światło dzienne w 2014 roku, nic więc dziwnego, że przez te siedem lat fani zdążyli zatęsknić za Damonem w czystej postaci. Jednak sam artysta przyznaje, że następca Everyday Robots to wydawnictwo stricte pandemiczne, powstałe podczas lockdownu.
Z założenia całość miała być instrumentalną, orkiestrową płytą inspirowaną krajobrazem Islandii. Finalnie Albarn został narratorem historii, w których porusza tematy słabości, utraty, wyłaniania się i odrodzenia na nowo. Wszystkie te wątki ostatnimi czasy wydają się być bliskie sporej części z nas. Niech podniesie rękę ten, kto w ciągu dwóch ostatnich lat nie czuł się choć raz mały, wątły i „do niczego”. Sytuacja, która opanowała cały świat nie należy do najłatwiejszych, jednak gdy zaczynamy sobie z nią radzić, my jako jednostka powoli odzyskujemy wewnętrzny spokój.
Moje pierwsze skojarzenie po przesłuchaniu całości to bardzo mglisty jesienny dzień, kiedy za oknem jest szaro i ponuro. Wtedy tego typu albumów po prostu słucha się najlepiej. Melancholia jaka przemawia przez te 11 piosenek jest wyczuwalna w każdej sekundzie.
Początkowe dźwięki rozpoczynającego utworu (o tytule tym samym co płyta!) sprawiają wrażenie niepokoju, trochę takiej ucieczki w nieznane. Jednak gdy po kilku sekundach dołącza do tego głos artysty nie sposób nie poczuć się jak dziecko słuchające opowieści. Jest to przepiękna, choć bardzo smutna ballada mówiąca o niepokoju i będąca pewnego rodzaju tęsknotą za przeszłością. Drżąca melodia, która pod sam koniec, wraz ze zmianą tonu głosy artysty, nabiera łagodności dodaje słuchaczowi otuchy.
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie melodii będącej szumem oceanu między utworami. Powoduje to niesamowite odczucia! Wyobraźcie sobie, pochmurny, szary dzień. Spacerujecie brzegiem wielkiej wody i słuchacie. Dość mocno nawiązuje do tego kolejny utwór, The Cormorant, będący ewidentnie mglistym wspomnieniem. Już na samym początku podmiot zadaje sobie pytanie, czy jest więźniem na tej wyspie. Przepiękna instrumentalna końcówka powoli zaciera ślady, ustępując miejsca jednej z żywszych propozycji na płycie- Royal Morning Blue. Tutaj również mamy do czynienia z tęsknotą, z powolnym oddalaniem się od siebie dwóch wcześniej bliskich osób, ze stratą. Ciarki wywołuje ostatnie pół minuty piosenki, gdzie pojawiają się szepty i dosłownie kilka dźwięków pianina.
Bardzo niepokojąco, trochę wręcz industrialnie rozpoczyna się instrumentalne Cumbustion. Szczerze mówiąc kompozycyjnie wciąż trudno rozgryźć mi ten kawałek i mam mieszane uczucia. Dzieje się w nim tak wiele. Z surowego klimatu mamy szybkie przejście w horror, niepokojące krzyki przebijające się przez elektroniczny bit, co finalnie zamienia się w kompozycję nieco cyrkową. Co autor miał na myśli?
Niezwykle poetycki, jednak dość dziwaczny w swoim wydźwięku jest Daft Wader. Słucha się tego nadzwyczaj przyjemnie pomimo tematyki. Albarn wydaje się wręcz płynąć po linii melodycznej. Chwilę później następuje załamanie, kumulacja przeróżnych dźwięków wręcz bije na alarm. Uwaga, mamy problem. Moim zdaniem ta piosenka to nawiązanie do totalnego poddania się, bezradności.
Darkness to light to symbol brania na klatę tego, co przynosi nam życie. Podmiot jednak nie daje sobie rady z ciężarem całej sytuacji, prosi drugą osobę o ratunek. Tę walkę o lepszy czas idealnie obrazuje Esja, kolejna instrumentalna wstawka – bardziej wdzięczna i trzymająca w napięciu. Dźwięk skrzypiec przepięknie wplata się w brzmienia innych instrumentów. Momentami mam wręcz wrażenie, jakby ktoś szarpał mnie za „fraki” krzycząc mi prosto w twarz, abym się wzięła w garść. Ukojenie po raz kolejny przynosi szum fal.
The Tower of Montevideo to dla mnie utwór- zagadka. Próbując poskładać jego elementy dotarłam aż do Ameryki Południowej i tradycyjnej muzyki latinoamerykańskiej – bossa novy i chacarera. Trochę trudno mi zinterpretować ten przeskok z mrocznej i tajemniczej Islandii do niezwykle malowniczego Urugwaju. Nie można zarzucić jednego – jest to najbardziej taneczna propozycja na tym albumie. Saksofon to jeden z moich ulubionych instrumentów i przepiękna solówka z jego udziałem wybrzmiewająca pod koniec piosenki to miód na moje uszy.
Jako trzecia pozycja od końca pojawia się kolejny instrumental. Giraffe Trumpet Sea swoim brzmieniem przypomina lekko szumiący wodospad, przechodzący w piękne, delikatne pianino, które na koniec łączy się z elektroniką sprawiając wrażenie fajerwerków na niebie.
Album zamykają Polaris i Particles. Pierwsza z piosenek daje mi lekki vibe pozostałych projektów Albarna (choć może to lekko naciągane skojarzenie). Jest dziwacznie, lecz bardzo melodyjnie. Z pewnością wpada w ucho. Bardzo kontrastowo w stosunku do niezwykle subtelnego ostatniego kawałka. Jest w nim coś absolutnie magicznego, co sprawia, że na sercu robi się nieco cieplej. Czy wystarczyło to wszystko jednak, by skraść moje serce?
Mimo różnorodności płyta się trochę zlewa w całość, żadna z piosenek nie wybija się jakoś wyjątkowo na tle pozostałych. Nie zmienia to faktu, że jest ona skomponowana w bardzo przemyślany sposób. Słucha się jej z pewnego rodzaju nostalgią, trochę z bólem gdzieś pod klatką piersiową, trochę z zadumą i wzruszeniem. Idealnie na jesienną pogodę.
- Data premiery: 12 11 2021
- Single: The Nearer The Fountain, More Pure The Stream Flows, Polaris, Particles, Royal Morning Blue, The Tower Of Montevideo
