Nina Nesbitt – The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change (2019), recenzja Pawła Markiewicza

Inne recenzje

Już kilka przypadków w przeszłości pokazało nam, że odcinając się od wielkich wytwórni muzycznych można osiągnąć wiele. Brak presji, narzucania i wpisywania artysty w odpowiednie ramy oraz schematy. Najogólniej mówiąc artyści zyskują niezależność. Zerwanie kontraktu to czyn wymagający nieziemskiej odwagi. Tak stało się z Niną Nesbitt, która dziś z płytą „The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change” debiutuje w świadomości światowego audytorium.

Osoby, które pamiętają Nine z jej debiutów muzycznych, które ukazywały się na przestrzeni 2013/2014, zauważą różnice już przy pierwszym kawałku. Pierwsze kroki muzyczne (wydane pod szyldem Island Records) były bardzo pokraczne i zróżnicowane. Z jednej strony pełnowymiarowy album – Peroxide, który był składniową elementów popu i folku, z drugiej EPka – Modern Love, która w klimacie elektropopu miała pokazać zadziorny pazur dziewczyny ze Szkocji. Żadne projekty nie wypaliły na tyle, żeby zarówno Nina i wytwórnia były zadowolone. Dziś na płycie o wdzięcznym i wymownym tytule – The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change dopatrywać można się zmiany o 180 stopnii. Materiał zebrany na krążku to zlepek wspólczesnego popu, głębokich inspiracji latami 90 i spopularozowanego r&b.

Album jest miejscem, w którym można się wypłakać. Należy rozumieć to dwojako – pod względem emocjonalnym (opisując i utożsamiając się z autorką) oraz ze względów humorystycznych – jak w Loyal To Me. To miejsce, gdzie można na chwile odpocząć przy emocjonalnych balladach – Is It Really Me You’re Missing, Things I Say When You Sleep i Last December, którym spokojnie mogłaby się pochwalić Taylor Swift, oraz wytańczyć – Loyal To Me i Love Letter. Idzwierciedlając materiał w słowach, można posłużyć się frazeologizmem – do tańca i do różańca. Dojrzały pop, dojrzałej artystki, która debiutuje zbyt późno.

Zbyt późno, bo dziś w natłoku wielu artystów, będzie trudno jej się przebić do szerszego grona odbiorców. Muzyka choć na wysokim poziomie i często przerasta muzyków, którzy mają sztab profesjonalnych i „drogich” producentów, nie osiągają takich efektów jak Nina. Tu wygrywa pasja i zamiłowanie do sztuki. Bez żadnego naciągania, zbędnej presji i wymagań. Materiał zrobiony na luzie, pokazany w taki sposób, jaki chciał autor.

Nina Nesbitt otoczyła sie takimi współpracownikami, którzy wycisnęli z Niej ostatnie soki i sprawili, że artystka przekroczyła własne możliwości. Pokazała siebie w wersji autentycznej, stworzyła i opublikowała prywatne wspomnienia, które nie dotyczą tylko jej, ale także jej bliskich (Loyal To Me i Chloe – zdaje się, że najbardziej emocjonalna piosenka zaraz po Is It Really Me You’re Missing).

Powiedzmy to głośno. Nie ma tu słabych i przeciętnych akcentów. Na tle całego wydawnictwa wypada mocno popowe (w klimatach amerykańskich) Colder. Reszta to śmietanka z bogatą produkcją – lub przeciwnie – okrojoną produkcją, by uwydatnić wszystkie walory estetyczne i wokalne Niny. Te urozmaicone kompozycje zachaczają mocno o r&b z lat 90′ i trochę wczesnego Timberlake’a. Na Loyal To Me i Love Letter dzieje się wiele. Tak dużo szczegółów zamkniętych w blisko trzech minutach.

I had a dream, I had a dream when I was only five
To work at a bar, I wanted to see over the other side
And I had a friend, her name was Fern and she had a blue bike
So we’d ride through the streets
And I would sleep over on Saturday nights
Then I went to school, my family moved to a village nearby
At 13 years old, I started drawing black under my eyes
’Cause I met a boy, first time I kissed him, well, it was the last
’Cause I got afraid when everyone there started moving too fast

Choć mamy tu mocny aspekt muzyczny, wokalny i producencki, to nie można zapomnieć o kwestii samej liryki, która co tu mało mówić – dotyka wszystkich sfer życia (od wierności partnera, po obojętność, gorące uczucie, złamane serce i pokazanie środkowego palca swojemu ex). Ale to nie jest takie typowe, „karyńskie” pitu pitu, które atakuje nas z każdej rozgłośni radiowej. Teksty na płycie The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change, mają w sobie jakieś elementy lekkości, rozrywkowości i banału, który paradoksalnie jest cholernie ambitny i dobry. Teksty są naprawde dobre i specyficzne. Z jednej strony trywialne, z drugiej mocne i dojrzałe.

Płyta powstawała przez kilka lat i to słychać. Wszystko jest doszlifowane do perfekcji. Nie ma ani jednej piosenki, która mogłaby wskazywać na to, że wydawnictwo było pisane na kolanie, w przerwie między obiadem a lunchem. To efekt wielu zarwanych nocy w studiu. To się słyszy i to się czuje. Nina jest ambitną artystką, która rozwija się z dnia na dzień. Jednak dziś trudno przebić jej się do popkultury, ponieważ nie ma w sobie tego czegoś, co pozwoliłoby wybić jej się na tle konkurencji. Choć poziom muzyczny przebija niektórych topowych artystów, to ona – jako przedstawiciela nurtu muzyki popularnej, będzie miała niezwykle wysoką poprzeczkę, żeby wspinać się na listy przebojów w Europie.

Nina Nesbitt - The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change
  • Data premiery: 01 02 2019
  • Single: The Moment I'm Missing, The Best You Had, Somebody Special, Loyal To Me, Colder, Is It Really Me You're Missing
Najlepsze utwory: The Moment I'm Missing, Loyal To Me, The Best You Had, Is It Really Me You're Missing, Love Letter, Empire, Chloe
Najsłabsze utwory: -


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Paweł Markiewicz
Paweł Markiewiczhttps://allaboutmusic.pl
Student drugiego stopnia Dziennikarstwa i komunikacji społecznej w Lublinie. Miłośnik brytyjskiego, jak i polskiego rynku muzycznego. Swoją przyszłość wiąże z dziennikarstwem muzycznym.

Czytaj również

Już kilka przypadków w przeszłości pokazało nam, że odcinając się od wielkich wytwórni muzycznych można osiągnąć wiele. Brak presji, narzucania i wpisywania artysty w odpowiednie ramy oraz schematy. Najogólniej mówiąc artyści zyskują niezależność. Zerwanie kontraktu to czyn wymagający nieziemskiej odwagi. Tak stało się...Nina Nesbitt - The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change (2019), recenzja Pawła Markiewicza