Album Oceanborn jest wspaniałym przykładem na tezę: 'jak w niedługim okresie zmienić punkt widzenia’. Słuchając tej płyty jeszcze na początku tego roku, nie robiła na mnie dużego wrażenia. Owszem, miło się słuchało, jednakże o zachwytach mowy nie było. Na jesień do tej muzyki powróciłem. I co tu dużo mówić – zakochałem się.
Zespół Nightwish wielbię ponad niebiosa. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że właściwie uwielbiam ich od niedawna, bowiem od czasów Anette Olzon. Gdzieś tam wcześniej znałem Nemo, ale to dopiero druga wokalistka mnie oczarowała. Jednak muszę też zachować obiektywizm – mimo wielkiego sentymentu do Olzon zdecydowanie wolę jednak Tarję Turunen. Śpiewa wprost genialnie. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sięgnie po Oceanborn. Choć zespół był nie do końca z jej wokalu zadowolony, to mnie jej operowe zaśpiewy przyprawiają o gęsią skórkę. A w połączeniu z rewelacyjnymi kompozycjami Tuomasa Holopainena – cudo, cudo, cudo.
Między Oceanborn, a poprzednim dziełem grupy – Angels Fall First – więcej różnic niż podobieństw. Debiutancki album był w dużej mierze folkowy, akustyczny i eteryczny. Tutaj natomiast mamy dawkę energicznego power metalowego (z nutką metalu symfonicznego) grania. Zespół zaczął także odważniej eksperymentować. Słychać to zwłaszcza na przykładzie instrumentalnej kompozycji Moondance. Zaczyna się delikatnie – ładną partią instrumentów klawiszowych. W dalszej części dołączają się gitary elektryczne, perkusja i, co najważniejsze, smyczki. Z utworem wiąże się ciekawa historia – grupa zatrudniła trio smyczkowe, które jednak nie sprostało ich oczekiwaniom. Dalej kolejne i kolejne. I tak powstało około 20 ścieżek skrzypcowych. Wszystkie je wpakowano do Moondance. I teraz najlepsze – to wcale nie brzmi chaotycznie. Tworzy cudowną i niesamowicie klimatyczną propozycję.
Idąc dalej – kolejną innowacją było zaproszenie do studia artysty Tapio Wilska. Gościnnie growluje on w utworach Devil & the Deep Dark Ocean oraz The Pharoah Sails to Orion. Jego partie mrożą krew w żyłach. Czynią też te piosenki mrocznymi i tajemniczymi. Porównując cały materiał do baśni – to jest właśnie ziarno zła obecne w każdej opowieści. Mnie do gustu szczególnie przypadło Devil & the Deep Dark Ocean. Perkusja nadaje mu wręcz szaleńcze tempo. Jednak i The Pharoah Sails to Orion jest fenomenalne – bardziej rozbudowane, pełne instrumentów. To taka jakby protoplasta (razem z Lappi) dla takich utworów jak Ghost Love Score czy Song of Myself.
I tu dochodzimy do mojej ulubionej części całej płyty. Ballady. Mamy tu trzy (dwie na edycji podstawowej, jedną na deluxe) i wszystkie powalają. Pierwsza – najspokojniejsza ze wszystkich – to Swanheart. Do opisania jej wystarczy jedno słowo: magia. Zamykam oczy i przenoszę się do przepięknego lasu. Marzę. Właśnie to czuję, słuchając tej niezwykłej ballady. Magiczne – ale już w inny sposób – jest także Walking in the Air. Tym razem nie doznamy rozmarzonego utworu. Kawałek jest bardzo mroźny, zimowy wręcz. Idealny na obecną pogodę. Tarja brzmi w nim obłędnie.
Osobne słowa postanowiłem poświęcić balladzie Sleeping Sun. To absolutnie najcudowniejszy, najpiękniejszy, najbardziej emocjonalny i wzruszający utwór na Oceanborn. Aż trudno opisać wszystko to, co czuje się, słuchając tej niepozornej, spokojnej piosenki. Nie jest szczególnie rozbudowana – usłyszymy w niej klawisze, w dalszej części delikatne gitarę i perkusję tworzące raczej tło. A mimo tego całość poraża i przygniata do ziemi.
http://www.youtube.com/watch?v=p9Fyib7NZ8w
Obok Sleeping Sun drugim bonusem jest Nightquest. W sumie nie rozumiem, czemu wyrzucono ten numer na bonus. Jest szybki i melodyjny, wpada w ucho. I wcale nie odstaje od tych z podstawowej edycji. Bo na niej w sumie znajdziemy utwory utrzymane w podobnym klimacie. Wyróżnić tu należy Stargazers z fenomenalnym wykorzystaniem instrumentów smyczkowych, singlowy Sacrament of Wilderness oraz posiadający chwytliwy refren The Riddler. Zaskakujące mogą być ponadto dwa utwory: Gethsemane oraz Passion and the Opera, kolejne eksperymentalne fragmenty. Passion and the Opera wyróżnia się cudownie zaśpiewaną, operową końcówką. Czy tylko mnie kojarzy się z Arią królowej nocy? Gethsemane miażdży jeszcze bardziej. Robi w nim wrażenie wszystko: zmiany tempa, religijny tekst, wykonanie, nawet duet klawiszy i gitar na samym początku…
Pod względem tekstowym album utrzymuje równie wysoki poziom. Mamy tu ogromną różnorodność tematów: od elementów fantastycznych, bajecznych wręcz (Swanheart), przez nutkę nostalgii (Sleeping Sun) aż do erotyków (Passion and the Opera). Pojawiają się ponadto odniesienia do wiary w takich utworach jak Gethsemane (bardzo poetyckie, genialne) czy diabelskie Devil & the Deep Dark Ocean – mroczne, bardzo klimatyczne. Jednak moim ulubionym fragmentem pozostaje jeden z utworu Swanheart:
In my world
Love is for poets
Never the famous balcony scene
Just a dying faith
On the heaven’s gat
http://www.youtube.com/watch?v=Lr5EB0k0y1I
Choć początkowo Oceanborn tylko trochę mi się podobało, dziś kocham je całym sercem. Zachwycają mnie różnorodność (przez growl do ballad), eksperymentalne smaczki (np. Moondance), poetyckie teksty, partie wokalne… Słowem – wszystko. Niewolno zapomnieć o gitarach elektrycznej i basowej (szczególnie w Passion and the Opera robią ogromne wrażenie), klawiszach (rozczulają w balladach) oraz perkusji (wymiata w Devil & the Deep Dark Ocean). I choć już Angels Fall First było cudownym albumem, nie dorównuje Oceanborn. W całej dyskografii Nightwish postawiłbym je w TOP3 – razem z ociupinkę lepszymi Once oraz Imaginaerum. Podsumowując, każdy powinien przynajmniej raz tego krążka posłuchać. Geniusz.
