Przedmiot ten posiada każdy z nas. Dla jednych to zwyczajna rzecz niewielkich rozmiarów, którą można schować do szuflady. Dla innych to świętość, za którą – w szczególnych przypadkach – potrafią płacić kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Poprzez technologiczny rozwój, część osób odesłała ją do świata zmarłych, lecz nadal posiada ona setki milionów wyznawców, dla których wystrój pokoju rozpoczyna się od przygotowania dla niej wyjątkowego miejsca. Jest owocem ciężkiej pracy artystów, którzy nad stworzeniem jej głowili się niekiedy nawet kilka lat. Płyta CD, następca kasety magnetofonowej i vinylu – który przeżywa ostatnio swój renesans – to rzecz nierozerwalnie związana ze światem muzyki. Bez niej, artyści nie mieliby takich możliwości dzielenia się swoją twórczością ze słuchaczami. Nie zaprzeczam, że Internet powoli spycha ją z zajmowanego przez wiele lat piedestału, lecz dla mnie, to nadal ona jest symbolem muzyki i jej płodności, pojawiającym się na naszywkach, czy T – shirtach.
O swojej fascynacji muzycznymi płytami pisałem w felietonach nie raz. Będąc jeszcze uczniem gimnazjum, potrafiłem przetracić całe kieszonkowe na zakupienie albumów Nirvany, Green Day’a, czy Red Hot Chili Peppers. Pamiętam nawet dzień, w którym rozpocząłem kolekcjonowanie albumów muzycznych. Było to w 1 klasie gimnazjum, gdy jako prezent urodzinowy od koleżanek otrzymałem album The Long Road Nickelbacka. To właśnie wtedy postanowiłem, że choćby nie wiadomo co się działo, że nawet gdybym nie miał pieniędzy na jedzenie (no teraz trochę to podkoloryzowałem), to na płytę, kasę znajdę zawsze. I tak też się stało.
Obecnie moja kolekcja to ponad 200 kompaktów. Ciężko mi stwierdzić, czy to dużo, czy mało. Patrząc na to od strony wydanych pieniędzy, sumując pierwotną wartość każdej z nich, mógłbym sobie za to kupić Opla Vectrę z okolicy 2005 roku. To całkiem sporo. Ale gdy spojrzymy na to przez pryzmat kolekcji Roberta Planta z Led Zeppelin – posiadacza ponad miliona albumów muzycznych – jest to żenująco mało. Jednak jak na swoje 21 lat, uznaję posiadany zbiór za całkiem pokaźny.
Mój płytowy regał w lwiej części wypełniają kompakty artystów rockowych i metalowych. To właśnie te dwa gatunki wykreowały moją wrażliwość muzyczną i właśnie z tych oczywistych powodów zdominowały tę kolekcję. Potwierdzają to liczby albumów poszczególnych zespołów. Najwięcej, wliczając w to boxy z singlami, mam płyt Queen. Zaraz za tą legendą rocka plasują się Green Day, Blink- 182, czy Nickelback i Nirvana. Nie oznacza to jednak, że nie mam innych gatunkowo krążków. Posiadam np. całą studyjną dyskografię Michaela Jacksona, prawie całą Jamesa Blunta, a gdzieniegdzie można znaleźć też płyty legendarnych boysbandów: Backstreet Boys i Westlife. Tak więc stylistyczny wachlarz nie jest znów taki wąski.
Każdy posiadacz jakiejkolwiek kolekcji ma w niej swój największy skarb. Wybrańca, którego pieczołowicie pielęgnuje i otacza większą opieką niż pozostałe eksponaty. Nie inaczej jest u mnie. Ten wyjątkowy album to Underclass Hero kanadyjskiego zespołu Sum- 41. Jeżeli nie kojarzycie ich z nazwy ani muzyki to dodam, że sprzedali ponad 50 milionów egzemplarzy swoich płyt na całym świecie, a przez kilka lat żoną lidera kapeli – Derycka Whibley’a – była Avril Lavigne. Skarbem jest dla mnie dlatego, że została podpisana przez każdego członka kapeli po ich jedynym polskim występie w 2010 roku. Kiedy miałem 16 lat, moimi największymi idolami byli: Billie Joe Armstrong z Green Day’a, Tom DeLonge wraz z Markiem Hoppusem z Blink- 182 i właśnie Deryck Whibley z Sum-41. Jesteście więc chyba w stanie wyobrazić sobie moją radość, gdy czekając z niecierpliwością na wiadomość od kolegi, czy podpisy zdobyte, czy nie, otrzymałem SMS o treści „Misja zakończona powodzeniem”?
Kiedyś zastanawiałem się, czy nie sprzedać części ze swoich albumów muzycznych. Sami wiecie, że gusta się zmieniają i uwielbienie danego artysty po jakimś czasie może przeminąć. Dziś, przeglądając swoje płyty, muszę stwierdzić, że paru krótkotrwałych „flirtów” z danym muzykiem się nie ustrzegłem. Nie będę podawał nazw zespołów, czy nazwisk wokalistów, ale dodam tylko, że z moim ukochanym rockiem nie mają zupełnie nic wspólnego. I mimo, że nie słucham ich od lat, i znajomi śmieją się z tego, że je posiadam, to nigdy ich nie sprzedam (raz zdarzyło się, że pozbyłem się jednego ze swoich kompaktów. Była to płyta Hipertrofia Comy i wspominałem już o tym w jednym ze wcześniejszych tekstów). Dlaczego tego nie zrobię? Po pierwsze: niewiele bym na tym zyskał. Za używaną płytę na przeróżnych Internetowych aukcjach dostaje się jakieś 20 zł, czyli tyle, ile wydaje się na kupienie produktów do stworzenia niezbyt wykwintnego obiadu. A po drugie i najważniejsze: są one częścią mnie. Przywołują wspomnienia, przypominają okoliczności, w jakich się je nabyło i nie ukrywam, że poprzez właśnie takie sentymentalne powody, na półkach w moim pokoju można odszukać… no dobra, przyznam się – płytę Seleny Gomez (w której się podkochiwałem w czasach licealnych), czy aż 4 (nie pytajcie dlaczego) albumy Jonas Brothers.
Rozwój technologiczny jest niewyobrażalny. Kiedy w 5. klasie podstawówki dostawałem od wujka Game Boya (pamiętacie to cudo?), wydawał mi się on szczytem ludzkich możliwości. Dziś to relikt przeszłości, a przecież od jego olbrzymiej popularności nie minęła nawet dekada. Niestety, płyta CD powoli staje się właśnie takim Game Boy’em. Co chwila powstają nowe formaty muzyczne, których jakość to istna żyleta. Kiedy byłem ostatnio we Wiedniu, mój kuzyn włączył mi kilka utworów właśnie w jednym z nowszych formatów. Uwierzcie mi, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Dźwięk był bardziej soczysty niż pomarańcza z jakiegoś tropikalnego kraju. Kiedy teraz wyobrażam sobie, jak w tej jakości brzmiałyby utwory Red Hot Chili Peppers i linia basu Flei, to odczuwam pozytywne dreszcze. Lecz nawet ten fakt nie przekona mnie do kupowania muzyki w sieci. Album muzyczny to dla mnie pudełko, książeczka i krążek, a nie folder z plikami. Wolę, żeby moja kolekcja zajmowała pół mieszkania, niż część pamięci komputera.
Jak każdy związek, również mój z płytami przechodzi czasem kryzys. Najczęstszym powodem jest oczywiście kasa. Nie odkrywam Ameryki, ale żeby nikt nie miał wątpliwości, jakie jest moje stanowisko wobec tej kwestii to piszę – ceny kompaktów są zdecydowanie za wysokie. Koszt samego stworzenia albumu muzycznego to nieco ponad 3,50 zł. Lecz doliczana opłata za prawa autorskie, suma dla wytwórni oraz parę złotych za dystrybucję sprawiają, że kwota ta jest zazwyczaj ponad dziesięciokrotnie wyższa. Tak nie powinno być. Kolejnym problemem jest często mała dostępność wielu wydawnictw zagranicznych. W moim przypadku, powiększenie swojej kolekcji o krążki takich kapel jak The All American Rejects, All Time Low, czy A Day To Remember było możliwe tylko dzięki zakupom w sklepach za granicą i aukcjom Internetowym.
Buszowanie między płytowymi regałami przypomina czasem poszukiwanie skarbów. Od czasu do czasu wśród masy pudełek można odnaleźć prawdziwe perełki. Moją ostatnią taką zdobyczą są wspomniane 3 boxy z singlami grupy Queen. Regularna cena jednego z nich to przedział od 200 do 500 zł. A ja za wszystkie 3 zapłaciłem dokładnie 207 zł. I między innymi dla takich chwil warto zbierać płyty.
Jaki jest mój kolekcjonerski cel? Do ukończenia 30 lat chcę zgromadzić 1000 kompaktów. Wydaje mi się, iż jest to wykonalne. Bardziej przyziemne oczekiwania to skompletowanie dyskografii paru zespołów, w których do pełnego zestawu brakuje mi jednej, czy dwóch płyt.
Kiedy zaczynałem zbierać albumy muzyczne, wystarczała mi mała półka. Dziś, powoli zapełniam duży regał. Prawdopodobnie, witając przyszły, 2016 rok, będę już potrzebował kolejnego. Tylko gdzie to wszystko pomieszczę? Wynajmowane przeze mnie mieszkanie ma nieco ponad 20 metrów kwadratowych…
Do gromadzenia płyt nie da się kogoś przekonać. Taka sama sytuacja jest w przypadku zbierania kapsli, monet, czy znaczków pocztowych – dojść do tego trzeba samemu. Ja sam nie byłem do końca przekonany, czy moje hobby jest warte swojej ceny. Nie przeczę – wydając kilkadziesiąt złotych na 2, 3 krążki, widok ubywającej liczby cyferek na ekranie Internetowego konta boli, ale na przestrzeni lat, już zdążyłem się do tego przyzwyczaić.
Wydaję mi się, że chyba nigdy nie przestanę kupować płyt. Z jednej strony, zbieranie ich jest moim wielkim hobby, ale z drugiej, wiążąc swoją przyszłość z dziennikarstwem muzycznym, stają się one dla mnie także obiektami potrzebnymi do rzetelnego wykonywania tego zawodu. Sam nie wiem, co będę robił za 20 lat. Głęboko wierzę w to, że dalej moim głównym źródłem dochodu będzie muzyka i kwestie z nią powiązane. Dobrze wiem, że wszystko może się odwrócić do góry nogami, ale pisząc swój dzisiejszy felieton myślę, że nie przestanę kupować płyt. Nigdy. Mam taką nadzieję.
***
PS. Życzę wszystkim czytelnikom Allaboutmusic.pl dużo dobrego w Nowym Roku. Żeby był jeszcze lepszy od 2014, żebyście jeździli na jeszcze większą liczbę koncertów i żebyście wygrywali jeszcze więcej nagród w konkursach na naszym portalu.




