W tym roku Open’er nie zaskoczył mnie headlinerami, a wokalistkami, które nimi nie były, a ich show było iśćie świetne. Występ Robyn to zdecydowanie TOP 3 moich ulubionych koncertów tej edycji.
Każdy kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam Robyn od lat i jej wyczucie electro-popu, synthopu i im podobnych jest dla mnie niesamowicie miłe dla ucha. Gdy więc organizatorzy ogłosili, że Szwedka pojawi się w Gdyni, wiedziałem, że choćby lało, w tym czasie wystąpił inny ciekawy artysta czy spadały pioruny, to i tak zostanę do końca na jej występie. Nie zawiodłem się.
Robyn wróciła do naszego kraju po bardzo długiej przerwie, a jej brak było widac po wygłodniałych fanach, których w Tencie spotkało się naprawdę wielu. Szwedka przyjechała do Polski głównie z nowym materiałem z płyty Honey, ale nie zabrakło nieśmiertelnych kawałków takich jak Dancing On My Own (publiczność głośno odśpiewała cały refren, a Robyn była widocznie wzruszona), dzikie Love Is Free (jeden z moich ukochanych utworów) czy Call Your Girlfriend. Z każdym kolejnym utworem udowadniała, że na scenie nie musi być wielkobudżetowe show, aby koncert był udany. Sama, a czasami w towarzystwie tancerza, pokazywała swoje umiejętności skupienia, tańczenia, dziwnych ruchów rękoma, a nawet fikołków. I to w trakcie śpiewania! Wszystko to oraz jej genialne zaśpiewane piosenki stworzyły jeden z najlepszych koncertów tej edycji. Nazywanie jej szwedzką Madonną jest przy tym trochę małostkowe, według mnie to jedna z najlepszych i najbardziej kreatywnych wokalistek szwedzkich. A może i nawet europejskich?
Chciałbym, aby polscy organizatorzy koncertów ściągnęli teraz Robyn na koncert klubowy. Jestem pewny, że byłby jeszcze lepszy niż typowy koncert festiwalowy. To co? Widzimy się?





















