Znany przede wszystkim jako perkusista, muzyk tworzący w legendarnym zespole Queen, Roger Taylor wydał kolejny w swojej karierze album solowy. Co można powiedzieć o płycie, ukrywającej się pod tytułem Outsider?
Roger Taylor to legendarny, brytyjski muzyk, znany opinii publicznej przede wszystkim z działalności w zespole Queen, gdzie nadal zasiada za perkusją oraz śpiewa (to do niego należy charakterystyczny falset, który słychać w Bohemian Rhapsody). Taylor rozpoczął także w 1981 roku karierę solową, kiedy to wydał debiutancki album Fun in Space. W kolejnych latach artysta pracował nad kolejnymi autorskimi wydawnictwami, których ostatecznie ukazało się jeszcze pięć, w tym zaprezentowany światu raptem tydzień temu album, zatytułowany Outsider.

Główną inspiracją do powstania płyty była pandemia COVID-19, ogólnoświatowa blokada, zamknięcie normalnego, ludzkiego życia, odseparowanie się od siebie, zdalny, odległy kontakt. Na kanwie tych wydarzeń powstał Outsider, który otwiera utwór Tides. Intro, będące połączeniem delikatnego piano i szumu morza brzmi niczym piosenka, który usłyszeć można na płytach relaksacyjnych – i taki właśnie charakter ma cała ta kompozycja. Oczywiście to nie jest porównanie o znaczeniu negatywnym! Całość ma w sobie ogromną dozę magii, głos Rogera brzmi tak jedwabiście i spokojnie – muzycznie przy Tides można się odprężyć. Ale utwór ten to też dla mnie spore zaskoczenie. Bardziej niż brzmienie macierzystego zespołu muzyka, nasuwa na myśl dokonania Pink Floyd, zarówno jeśli chodzi o warstwę instrumentalną jak i sposób śpiewania Taylora, który porównałabym tu z Davidem Gilmourem. Piękne otwarcie, w jakiś sposób powoli zaczyna tłumaczyć, dlaczego płyta nosi tytuł Outsider, zwłaszcza, jeśli zerkniemy na tekst – krótki, ale we frazie My only friend now is the tide wyraża się wszystko – warstwa liryczna akurat z relaksem nie ma nic wspólnego. Wrażenia o Pink Floydowym charakterze na pewno nie znikną przy kolejnym utworze, czyli I Know, I Know, I Know. Tekst to swoista kontynuacja poprzednika – mamy tematykę wody, jednak tu tytułowy Outsider opisuje swoje relacje, a raczej ich brak, z innymi. Te podobieństwo do zespołu Pink Floyd jest czym niesamowicie ciekawym – znam poprzednie płyty Taylora, wiem, że dość mocno różnią się od muzyki, jaką gra Queen, tym bardziej więc analogia do innego brytyjskiego zespołu jawi się jako szczególnie intrygująca.
Pierwsze mocne uderzenie na płycie pojawia się wraz z More Kicks – Long Day’s Jourmey Into Night… Life. Numer natychmiast przywodzi na myśl to, co Roger zrobił na płycie Electric Fire. W tej piosence na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się muzyka – głośna, świetna perkusja, gitara, głos muzyka jest zagłuszony i szczerze mówiąc momentami nie mogłam rozróżnić słów – myślę, że ta kompozycja dużo lepiej sprawdziłaby się jako utwór wyłącznie instrumentalny. Głośne, mocne, trochę garażowe granie – lubię Rogera w takim wydaniu, więc mi się podoba, tylko ten śpiew zbędny.
Znów trochę Pink Floydowe brzmienie przynosi Absolutely Anything, ale też odsyłające słuchacza do tego, co działo się na albumie Happiness? To taka klasyczna ballada z popowym klimatem – mnie osobiście ani ziębi ani grzeje, ale raczej traktuje całość w kategorii małego zapychacza, który równie dobrze mógłby trwać o dwie minuty mniej i niewiele by na tym stracił. Broni się tylko fajna solówka. Ale tak to wychodzi, gdy po raz kolejny bierze się na warsztat znany, stworzony już przez siebie motyw muzyczny (tu akurat mowa o tym, który Taylor skomponował na potrzeby filmu pod tym samym tytułem) – nie zawsze wyjdzie z tego coś ciekawego. Nowych wersji znanych już utworów jest tu więcej. Na nowy miks Foregin Sand pozostaje chyba tylko spuścić zasłonę milczenia. Jedna z najlepszych piosenek z albumu Happiness? z 1994 roku została przerobiona na balladę – owszem, pasuje do charakteru Outsidera, ale chowa się w stosunku do majestatycznego oryginału. Kolejna już znana odbiorcom pozycja, czyli Journey’s End – zamyka podróż przez ten album i nie jest to moje ulubione zakończenia. Kompozycja miała swoją premierę już w 2017 roku i wtedy nie przypadła mi do gustu – po latach nic się nie zmieniło – za długa, zbyt nudna.
Gangsters Are Running This World to też nie jest nowa piosenka – Roger wydał ją już przeszło dwa lata temu, jako swoisty sprzeciw wobec aktualnej sytuacji na świecie. Tekstowo to także krytyka szerzących się coraz bardziej rządów autorytarnych. Widocznie muzyk, bardzo słusznie, uznał, że mimo upływu czasu utwór ten nie stracił na ważności. Muzycznie jest to ballada, odśpiewana bardzo spokojnym głosem artysty. Co ciekawe, na płycie mamy do czynienia z inną wersją tego numeru, czyli Gangsters Are Running This World – Purple Version. Kompozycja jest mocniejsza muzycznie, utrzymana w stylu lat ’80, z wyraźnie zaznaczoną gitarą, w tle słychać też syntezator. Tekst jest dużo krótszy w stosunku do wersji z 2019 roku, cała siła piosenki skupia się na muzyce. Szczerze, chyba wolałabym, żeby Taylor zostawił tekst z oryginalnej wersji i zmienił balladowy charakter na ten pop-rockowy, przypominający mi We Didn’t Start the Fire Billy’ego Joela – zostałaby jedna, odświeżona, można powiedzieć nowa, naprawdę dobra piosenka. Tak mamy dwie, mocno przeciętne.
Wydany jako singiel We’re All Just Trying To Get By, nagrany w duecie z KT Tunstall – szkocką wokalistką i gitarzystką, to jeden z najjaśniejszych punktów na albumie. To bardzo przyjemna, folkowo-rockowa kompozycja, ze świetnie współbrzmiącymi wokalami Taylora i Tunstall. Lepiej wypada jednak The Clapping Song, czyli główny singiel z płyty. Słuchając go od razu nasunęło mi się to, co na McCartney III zrobił eksbeatles. To wspaniały popis muzycznych umiejętności Rogera – jako wokalisty, tekściarza, multiinstrumentalisty.
Jak wyglądało życie przeciętnego człowieka w czasie pandemii? Prosto i bardzo prawdziwie opowiada o tym folkowy, dla mnie nieco magiczny utwór Isolation. Wyjątkowo i poruszająco wypada tu, odśpiewana wielogłosem, fraza Strange times indeed. Tym samym tropem, muzycznie i tekstowo, idzie tytułowy utwór z płyty.
Nowy album Rogera Taylora jest chyba najbardziej niespójnym, nierównym albumem, jaki wyszedł spod ręki muzyka. Składający się w części z premierowych, a w części ze znanych już od kilku lat utworów projekt owszem, ma główny motyw, którym stała się izolacja, spowodowana pandemią koronawirusa, ale muzycznie jest tak bardzo nieidealny. W większości piosenek wokal artysty jest zagłuszony przez muzykę, co niektórym może przypaść do gustu, ale w rzeczywistości świadczy o nienajlepszej produkcji. Kompletnie nie rozumiem decyzji o umieszczenie na Outsiderze aż czterech znanych już piosenek, w tym jednej w dwóch wersjach (czyli w sumie pięciu numerów) zwłaszcza, że niemal wszystkie stanowią najsłabsze pozycje na tym wydawnictwie. Oprawa wizualna także pozostawia wiele do życzenia – okładka razi brakiem profesjonalizmu. Teksty mają ogromny potencjał, momentami jednak odrzucają swoją dosłownością i oczywistością.
Po takich utworach jak Tides, Isolation czy We’re All Just Trying To Get By widać (i słychać), że Taylor miał prosty, konkretny pomysł na ten album. Szkoda, że nie poszedł jeszcze bardziej w tym kierunku – tak mamy naprawdę interesujące kompozycje przeplatane zapychaczami i całościowo album, który nie ma szans na miano kultowego, jak chociażby Happiness? do którego momentami nie można się nie odnieść. Zmarnowany potencjał, wielka szkoda.
- Data premiery: 01 10 2021
- Single: The Clapping Song, We're All Just Trying To Get By
