Stało się! Queen wreszcie trafił do serwisów streamingowych na całym świecie, a Nicki Minaj może choć na chwilę przysiąść na swojej różowej kanapie i chlapnąć sobie kieliszek szampana na cześć swojego nowego muzycznego dziecka. Tylko czy tak naprawdę jest się z czego cieszyć? I tak, i nie, a czemu?
Jak wszyscy powszechnie wiedzą, Nicki Minaj jest raperką, a śpiewa (lub „śpiewa”), tylko od czasu do czasu. I tak jest w przypadku Queen, gdzie rapowanie jest najważniejsze i kompletnie spycha ideę kolorowych i porywających, nawet zawierających rap, przebojów, jak Pound The Alarm, czy Super Bass na zupełny margines, czego przykładem jest umieszczenie na nim tylko dwóch typowo popowych przebojów, czyli Bed oraz Come See About Me. Wielu uzna to za krok zły, bo „jak to?! Nicki nie nagrała tanecznego hitu?! Oddajcie nam naszą landrynkową Nicki!!!”, a ja uznam to za krok słuszny i w istocie bardzo pożądany. Pytanie tylko czy jest to krok godny uwagi? Niestety, ale odpowiedź brzmi: to zależy.
Pierwsze osiem kompozycji, a w szczególności pierwsze trzy zdają się być nieco nudnawe, kompletnie przewidywalne i zdecydowanie za długie. Ganja Burns na pewno byłoby lepsze, gdyby je trochę skrócić (praktycznie od trzeciej minuty tej piosenki słyszymy instrumental), Majesty tak samo, a Barbie Dreams kompletnie bym usunął z albumu, a przynajmniej jego pierwszą część, choć doceniam jego tekst. Odnoszę też wrażenie, że właśnie ta pierwsza ósemka albumu Queen była tworzona pod wpływem tego, który z wypuszczonych w kwietniu singli zyskał większą popularność. Jak już wiemy, to Chun-Li był szeroko promowany, na przykład w programie „Saturday Night Life”, i to właśnie on znalazł się na wyższym miejscu amerykańskiej listy przebojów, niż Barbie Tingz. Dziwnym zbiegiem okoliczności, pierwsze pół godziny jest podejrzanie bardziej mroczne (oczywiście oprócz Bed), niż zabawowe, taneczne i różowe niczym dom dla lalek jakim jest przebój Barbie Tingz, który nawet się na krążku nie znalazł. Na szczęście dla nas i samej Nicki Minaj, dalej jest lepiej, choć nadal dość sztampowo.
Muszę jednak przyznać, że Queen jako całość jest płytą dobrą, porządnie wyprodukowaną i muzycznie dopieszczoną, jednak z pewnością nie jest płytą pełną hitów, które sprawią, że po raz kolejni ‘niedzielni słuchacze’ będą przy niej tańczyć i się beztrosko zabawiać. Jedynym takim imprezowym przebojem jest duet z Foxy Brown pod tytułem Coco Chanel oraz zamykający album Inspirations Outro. Uwielbiam ten przebój, jest po prostu najlepszy na krążku, choć nie wieszczę mu zdobycia pierwszego numeru Billboard Hot 100, choć i tu mam wątpliwości co do tego, czy Nicki Minaj rzeczywiście ma to osiągnięcie na liście swoich marzeń i aspiracji.
Wydaje mi się, że Queen jest albumem w pełni powstałym z potrzeby samej autorki, by zrobić totalnie hip-hopowy album, który zadowoli jej raperskie ambicje oraz jej środowisko, które najwidoczniej wierzy do końca w to, że Nicki Minaj jest ‘prawdziwą’ raperką, a nie tą kiczowato ubraną laską z wybiegów i teledysków. Nawet odstąpienie od jakiegokolwiek różowego elementu na okładce krążka zdaje się być gestem właśnie w tym kierunku. By jeszcze tego było mało, nieumieszczenie Barbie Tingz na trackliście albumu, możemy być kolejnym dowodem na to, że Nicki się już nie bawi w muzykę, a chce być artystką, która zostanie doceniona przez krytyków i swoje muzyczne środowisko.
Co do konkretnych zalet Queen to z pewnością mogę polecić wszystkie opublikowane do dnia premiery przeboje, czyli Chun-Li, Bed oraz Rich Sex. Jak już też wspomniałem uwielbiam duet Coco Channel, jednak gorąco również polecę LLC, który ma podobnież mówić o Cardi B oraz duet z The Weekndem pod tytułem Through I Knew You.
Gdyby czwarty krążek Nicki Minaj potrafił mówić, zapewne powiedziałby światu i mnie, że mamy się zamknąć, brać to co jest, i albo czcić, albo wypadać. W związku z tym, ja raczej wypadnę i może wrócę do tej szalonej i kolorowej Nicki. Natomiast jeśli jesteście fanami bezkompromisowego rapu i ostrych tekstów, to Queen jest zdecydowanie dla was. Czy krążek stanie się kultowy? Wbrew mojej ocenie – chyba tak, bo nie ma ‘zbędnych’ popowych zapychaczy i jest stworzony z potrzeby jego autorki, a nie potrzeb jej niedzielnych fanów.
