Nick Cave & The Bad Seeds – Skeleton Tree (2016), recenzja Katarzyny Turowicz

Smutek, gniew czy żal to chyba najbardziej inspirujące w sztuce emocje. To spostrzeżenie być może nie ma odbicia wśród wszystkich artystów tego świata, ale z całą pewnością w pełni opisuje Nick’a Cave’a i jego dotychczasowy, ponad 40-letni dorobek artystyczny. Dotychczasowy, bo słowo „smutek” w odniesieniu do albumu Skelton Tree zupełnie nic nie znaczy. Na kanwie jego własnych, tragicznych przeżyć ostatnich dwóch lat powstała najnowsza płyta formacji Nick Cave & The Bad Seeds zatytułowana Skeleton Tree.


To drastycznie bliska Nickowi Cave’owi płyta. Chyba jedyna tak prawdziwa, głęboko emocjonalna, ukazująca jego rzeczywiste oblicze spośród wszystkich prezentowanych na do tej pory wydanych albumach w całym dorobku fonograficznym. By jednak móc zrozumieć to wydawnictwo, należy wrócić do wydarzenia, które miało miejsce dwa lata temu. W 2014 roku w wyniku tragicznego wypadku zginął 15-letni syn Nicka Cave’a – Arthur. Choć prace nad tym albumem rozpoczęły się kilka miesięcy przed tą tragedią, nie powinno być żadnym zaskoczeniem, że treść płyty dominuje właśnie śmierć dziecka artysty.

Cierpienie inspiruje, ale tak przeraźliwie głębokie i rozdzierające zabiera wszystko, w zamian nie dając zupełnie nic. Czas mija, a rany otwierają się coraz bardziej. Cave już wie, że czas nie jest antidotum. Ten artysta przekroczył granicę skrajności przeżyć. Dalej już nie ma zupełnie nic. Bo strata dziecka jest dla każdego rodzica wydarzeniem najbardziej tragicznym w życiu. To właśnie ten ogrom braku opisuje w filmie „One More Time With Feeling”, który ukazał się na ekranach kin dzień przed premierą płyty. To przeszywające go na wylot poczucie pustki odbiera mu głos, zamyka w sobie. Jego własne przeżycia i przemyślenia są jego siłą napędową w procesie twórczym. Te z kategorii najbardziej drapiących, uwierających, gryzących, dotykających najbardziej wrażliwych punktów w okolicy serca. I taki też jest ten album. Cave w wyczerpanych słowach i dźwiękach zawarł niewyczerpany, niekończący się ból.

Spowiedź? Rozliczenie z nierozliczoną przeszłością? Poszukiwanie odpowiedzi na niedopowiedziane? Jak tworzyć po tragedii? Czy istnieje normalne życie po śmierci kogoś niewyobrażalnie bliskiego? Jak wrócić do świata żywych? Czym jest normalność? Treść tekstów utworów nosi znamiona każdego z tych pytań. Widzimy ojca niepotrafiącego poradzić sobie ze zwykłą codziennością, uporczywą stratą, próbującego uporać się z nową sytuacją. Obserwujemy artystę rozpaczliwie zmagającego się z odzyskiwaniem głosu, potrzebującego natchnienia i właściwych pasów transmisji dla pełnego wyrażenia swoich przeżyć, refleksji, odczuć.

Warstwa tekstowa oraz sama treść albumu bezsprzecznie dominują nad muzyczną stroną tego wydawnictwa, co nie oznacza, że można ją pominąć. Stanowi genialne tło dla tekstowej całości krążka. Uzupełnia. Dopowiada. Krążek rozpoczyna utwór Jesus Alone, w którym wokal balansujący na granicy niepewnego śpiewu a nieco melodyjnej melorecytacji osadzony jest przede wszystkim w wibrujących, mocno elektronicznych drone’ach, a jego wewnętrzny nastrój potęgują lub skłaniają do opadania instrumenty smyczkowe. Atmosferę tego utworu, ale też całej płyty dopełniają pojedyncze uderzenia w klawisze fortepianu. W nieco bardziej melodyjnym tonie utrzymany jest kolejny utwór znajdujący się na albumie, czyli Rings of Saturn. Wielokrotnie zdarza się, że partie wokalne Nicka Cave’a nie idą równolegle wraz z muzyką, artysta niejednokrotnie spowalnia tempo śpiewania względem melodii utworu, co słychać szczególnie w utworze Girl In Amber. I można rzec, że przede wszystkim te wymienione wcześniej cząstki elementarne nadają temu wydawnictwu pewien wewnętrzny rytm, a przez to sprawiają wrażenie niekończącej się monotonii, nieruchomej powtarzalności, co dla słuchacza, który po raz pierwszy styka się z twórczością formacji Nick Cave & The Bad Seeds, może okazać się nużące.

Cave tym albumem po raz pierwszy zabrał głos po śmierci syna, nie licząc krótkiego komunikatu prasowego wydanego mediom tuż po tragicznym wydarzeniu. Unikał medialnego rozgłosu, zamilkł na dwa długie lata. Cisza krzyczy najgłośniej. Skeleton Tree to jeden z tych albumów, w których nieważne są słupki sprzedaży, podziw fanów czy oceny recenzentów. Na tym zakończę.

Czytaj również