Ne-Yo – Non-Fiction (2015), recenzja Michała Pietruszki

Ne-Yo funkcjonuje na rynku muzycznym już od dobrych kilkunastu lat. W ciągu tego okresu zdążył udowodnić, że jest człowiekiem wielu talentów: wokalistą, tancerzem, aktorem, producentem muzycznym, ale także świetnym songwriterem co niejednokrotnie udowodnił pisząc dla takich nazwisk jak Mariah Carey, Beyonce czy Rihanny. Swoim tekściarskim drygiem postanowił pochwalić się w jednej z nowych kompozycji: The story you about to hear is complete fiction. It is ,however, made up of a group of stories, true stories about real people. Thus making the story itself real, true and a real story, a true story, is non-fiction. Rozumiecie coś z tego? Czy zatem nowa, szósta w dyskografii Amerykanina płyta jest równie pewna sprzeczności i zagmatwana, czy wręcz przeciwnie – spójna i przemyślana?

Ryzykowne jest stwierdzenie, że Shaffer Smith (prawdziwe imię i nazwisko) wraca do swoich muzycznych korzeni; do stylu, który w połowie pierwszej dekady XXI wieku postawił go u boku Ushera, a jego głos wówczas porównywano nawet do wokalu Micheala Jacksona. 'Non Fiction’ jednak stanowi w pewnym sensie odwrócenie pewnej tendencji, którą da się zauważyć w poczynaniach Ne-Yo na przestrzeni co najmniej kilku lat: wraz z wydaniem dwa lata temu R.E.D. część słuchaczy postawiła na nim krzyżyk. Wydawnictwo wypełnione pustymi, electropopowymi utworami przeplatane z zagłuszonymi, stanowiącymi mniejszość kompozycjami r&b. Romans z muzyką taneczną, house’ową, a co gorsza nieudaną ich mieszanką okazał się dla Ne-Yo gwoździem do trumny, radiowe hity nie pomogły, a płyta sprzedał się o wiele poniżej oczekiwań – zaledwie 66 tysięcy egzemplarzy w pierwszym tygodniu. Dla porównania dwie wcześniejsze pozycje Amerykanina: Year of the Gentleman oraz Libra Scale sprzedały się w tym samym odcinku czasu odpowiednio nakładem 250 tys. i 112 tys. kopii.

Ten wątpliwy renesans w twórczości bohatera recenzji nie oznacza wcale ostatecznego zerwania romansu z elektroniką – co jak co, ale muzyk zdążył sobie zapracować na łatkę ,,kochliwego”. Śladem tego jest Time Of Our Lives wyróżniający się w czasie odsłuchu 'Non Fiction’ solidnym, klubowym beatem. Kawałek nomen omen nie taki zły, ale zdecydowanie nie pasujący do zarysu fabuły i całej koncepcji wydawnictwa (w założeniu recenzowany materiał tworzy tzw. concept album), a już na pewno nie w featuringu z irytującym rapem Pitbullem. To jedyny tak niepasujący do reszty numer; elektronika użyta w Who’s Taking You Home czy Coming With You wydaje się już bardziej delikatna i przemyślana.

Tracklistę otwiera kawałek Run i już na początku Ne-Yo eksponuje to co ma najlepszego: nienaganny wokal, wzorcowa rhythm’n’bluesowa melodyka i hip-hopowy sampel podkręcany przez występującego w featuringu Schoolboy’a Q. Jego następcy – niemiłosiernie przynudzające Integrity i o wiele lepsze, trochę jacksonowe One More nagrane tym razem z T.I. – prezentują klimaty z pierwszych płyt gwiazdy, choć tylko sentyment do tamtych czasów dla niektórych może być bodźcem do polubienia owych tracków. Ciekawiej robi się we wspomnianym już wcześniej Who’s Taking You Home z hipnotyzującym słuchacza i wtórującym Shafferowi pianinie wybuchającym dźwiękami EDM na koniec w klubowym (swoją drogą całkiem niepotrzebnie) głównym refrenie. Nieźle wypada również singlowe Money Can’t Buy z gościnnym udziałem Jeezy’ego (tak, dużo tych gości; za dużo) z czysto hip-hopowym podkładem; podniosłe Religious z gospelowymi brzmieniami oraz She Knows ze święcącym triumfy ostatnimi czasy motywem saksofonu. Niemałe zaskoczenie (nie tylko pod względem muzyki) przychodzi z ostatnimi dwiema piosenkami na 'Non Fiction’. W zamykającej balladzie Ballerina Ne-Yo zachwyca wręcz świetną interpretacją i emanuje emocjami, których niestety zabrakło dotychczas. Wokalista perfekcyjnie odnajduje się w tej konwencji, czyniąc utwór jednym z najlepszych wśród tych 21 oczek (tyle liczy wersja deluxe). Szkoda jednak, że to przebudzenie następuje tak późno. Przy przyjemnie akompaniującej gitarze w przedostatnim Story Time muzyk zaskakuje z kolei warstwą tekstową: oto podmiot liryczny prosi o zgodę swoją kobietę na zaproszenie… innej kobiety do sypialni. I wish you’d just give it a try, You’ve never done it, how you know what you don’t like? Przezabawne połączenie.

Słuchacze, którzy kojarzą tego afroamerykańskiego wokalistę tylko z podbijających dyskotekowe parkiety szlagierów takich jak Let Me Love You czy Forever Now po zapoznaniu się z jego szóstym długogrającym wydawnictwem mogą czuć się zawiedzeni. Z kolei ci, którzy mają nadzieję na godnego następcę np. Closer również nie będą mieli większych powodów do radości. Mam nadzieję jednak, że każdy znajdzie coś dla siebie wśród tej mnogości kawałków na edycji rozszerzonej i odnajdzie w nich to, czego tak naprawdę od muzyki Ne-Yo oczekuje.

ne-yo non fiction 2015

Czytaj również