Polskie fanki muzyki są niesamowite i pokręcone zarazem. Wiem, że użyłem dosyć ciekawego połączenia słów, ale gdy zastanawiam się nad ich postawą w czasie koncertów, to te dwa epitety wydają mi się najbardziej odpowiednie.
W piątek 30 stycznia wybrałem się na występ Gerarda Waya do Warszawy. Nie ukrywam – wizja ujrzenia wokalisty nieodżałowanego My Chemical Romance na bardzo kameralnym koncercie zadziałała na mnie jak magnes. Co najważniejsze, solowy debiut Waya – album Hesitant Alien – okazał się w mojej opinii jedną z najlepszych płyt 2014 roku, więc opcja nie pojawienia się na jego pierwszym show w Polsce (bez MCR) nie wchodziła zupełnie w grę. Dodatkowym atutem była cena biletu – 89 zł. Kiedyś za wejściówkę na Kult płaciłem 80 zł, a nie muszę chyba udowadniać, że Gerard jest na świecie artystą o wiele bardziej znanym i szanowanym, niż nasz poczciwy Kazik Staszewski.

Jadąc autobusem z Krakowa do Warszawy, napotkałem kilkoro fanów Gerarda, którzy tak jak ja, bardzo chcieli zobaczyć go na żywo. Prawie pięciogodzinną podróż przespałem, jednak pod koniec jazdy zacząłem się przebudzać. Wtedy usłyszałem głos dziewczyny z siedzenia za mną:
Jesteśmy już prawie na miejscu. Co? Wy już stoicie pod klubem? Ok, to zaraz tam do was przyjdziemy.
Szybko zerknąłem na zegarek – była godzina 11.30. Do otwarcia bram zostało jeszcze prawie 7 godzin. Pomyślałem, że dziewczyna robiła sobie jakieś jaja przez telefon.
Nie robiła.
Po tym, jak wraz z moją siostrą i dziewczyną przyjechaliśmy na miejsce, postanowiliśmy pójść coś zjeść. Jako, że Burger King znajduje się obok Palladium (tam odbył się koncert), poszliśmy sprawdzić, czy jacyś ludzie rzeczywiście już stoją przy wejściu. Stali. I to nie kilkoro największych napaleńców – na oko było już tam ponad 20 osób.
Po zagospodarowaniu czasu wolnego kilkoma atrakcjami, m.in wizytą na wystawie klocków Lego (była niesamowita!), ok. godziny 18.30 udaliśmy się w stronę klubu, by spokojnie i bez ścisku dostać się do środka. To, co ujrzeliśmy, powaliło nas na kolana. Kolejka, która kilka godzin wcześniej nie miała więcej, niż 10 metrów, przerodziła się w niekończącą lianę, o długości ponad 100 metrów. Gdy stanęliśmy na jej szarym końcu, przechodnie nie mogli oderwać od nas i reszty oczekujących na wejście wzroku. Po kilku minutach podszedł do mnie lekko napojony brunatnym napojem chłopak i spytał:
— Ej, na co to wy kurde tak czekacie?
— Na koncert Gerarda Waya.
— A, to nie znam — odpowiedział.
Gdy po ponad godzinie oczekiwania dostaliśmy się do środka, miałem niepozbawione słuszności obawy, że wraz z moimi towarzyszkami będziemy, niczym lekko pulchny ośmiolatek na dyskotece szkolnej, podpierać tylną ścianę klubu, oglądając przyozdobione wizerunkiem Gerarda plecy pozostałych widzów. Jakież było moje zdziwienie, gdy po wejściu na salę znalazłem się jakieś, nie wiem, maksymalnie pięć metrów za ludźmi z pierwszego rzędu. Pięć metrów! Nie ukrywam, że strasznie mi się chciało z nich śmiać. Z tego, co podsłuchałem w czasie stania przed klubem, ci na samym przedzie okupowali drzwi Palladium już od 8 rano. 12 godzin zajmowali pierwszy front, by znaleźć się 5 metrów przed osobami, oczekującymi nieco ponad godzinę. Jak dla mnie – słaby deal. Dodam tylko, że przez dłuższy czas, koło wejścia do klubu leżał menel, a domyślacie się, że jego szczypiący w nosie zapach daleki był od woni perfumowej lawendy.
W ponad 90% czub publiczności składał się z nastoletnich dziewczyn. W sumie fajnie, bo żadna, poprzez swój wzrost, nie zasłaniała mi widoku estrady (nie jestem jakimś koszykarzem, mam 178 cm), dzięki czemu miałem chyba najbardziej przejrzystą perspektywę do podziwiania występującego artysty od kiedy pamiętam, a nie przypominam sobie tylko koncertu Majki Jeżowskiej w jednym z rzeszowskich klubów, gdy miałem 2 latka.
Tu powoli dochodzimy do moich refleksji z początku tekstu. Polskie fanki są naprawdę niesamowite i porąbane. Lecz zanim stworzę im laurkę, to skupię się na tych mniej przychylnych im przemyśleniach.
Już samo to, że potrafią bezsensownie stać 12 godzin przed zamkniętymi drzwiami klubu jest dla mnie śmieszne. Marnują swój czas tylko po to, by potem stać w pierwszym rzędzie i być żywą granicą pomiędzy wbijającymi się w nie metalowymi barierkami, a szalejącą za ich plecami widownią. Uczucie mało przyjemne, uwierzcie mi. I polskie fanki robią tak od kiedy pamiętam. Przed koncertem Green Daya było tak samo, przed Thirty Seconds To Mars tak samo, przed Kings of Leon też. I mogę tak dalej wymieniać, ale w sumie po co? I tak mojego zdania to nie zmieni, a uważam, że jest to zwyczajny debilizm. Marnowanie swojego czasu i poświęcanie niekiedy zdrowia (pogoda w dniu koncertu była kiepska – deszcz, wiatr, zimno, więc parę zachorowań na grypę było na pewno) jedynie po to, by obejrzeć show z odległości nieco bliższej niż inni. Nonsens.
Kolejna sprawa to samo podejście i zachowanie tych dziewczyn do kwestii koncertów. Na moje oko, średnia wieku na show Waya nie przekraczała 17 lat. Część z nich zapewne kilka dni wcześniej przerabiała na polskim „Kamienie na szaniec”, a w dniu koncertu podchodziła do mnie i pytała się, czy nie dam im fajek.
Kiedy jedliśmy w Burger Kingu, Sandra – moja siostra – poszła do toalety. Po 15 minutach wróciła z uśmiechem na ustach. — Co jest? Czemu tak długo cie nie było? — spytałem. — Bo fanki Gerarda szykują się na jego show i była duża kolejka. Jedna z dziewczyn spytała się drugiej: „Ej, masz może jakąś szminkę?” Ta odpowiedziała: „Mam, ale tylko czerwoną, chcę wyglądać jak zespołowa suka dla Gerarda”.
Z jednej strony się śmiałem, z drugiej zastanawiałem – dlaczego? Dlaczego te nastoletnie dziewczyny robią z siebie takie pośmiewisko? No bo jak mam inaczej nazwać sytuację, kiedy piętnastolatka idzie wymalowana jak jakaś lampucera na koncert i myśli, że ma wszystkich facetów u stóp? W tym Gerarda Waya – męża i ojca, podkreślającego, jak ważna jest dla niego rodzina.
Teraz czas na pochwały. Polskie fanki – abstrahując od powyższych refleksji – są też niesamowite, co po raz kolejny pokazały w czasie show Waya i supportujacej ich kapeli Nothing But Thieves. Dla tych drugich zgotowały niesamowite powitanie. Wspierały ich w odśpiewywaniu wszystkich utworów (w znacznej części praktycznie nie znanych w naszym kraju), krzyczały, klaskały, ogólnie – przyjęły ich w fantastyczny sposób. To oczywiście nie umknęło uwadze chłopaków, a ich lider powiedział parę razy, że jest to najlepszy koncert w czasie obecnej trasy. Zazwyczaj takie słowa odbieram jako wciskanie PR – owego kitu, ale w tym przypadku czułem, że mówili prawdę.
Oprawa na koncercie Gerarda weszła na jeszcze wyższy poziom. Transparenty, gadżety, akcja, w czasie której cała sala ukazała kartki z napisem „ Gerard, we missed you” (w utworze Action Cat Way śpiewa „Do you miss me?”, więc była to bardzo fajna odpowiedź na jego tekst) zrobiły na muzyku duże wrażenie.
Koncerty w Polsce dla zagranicznych artystów to spore przeżycia, bo traktuje się ich u nas jak bogów. Wpływ na taki stan rzeczy mają oczywiście nastoletnie fanki, które poświęcają mnóstwo czasu, by efekt finalny był taki, jak w przypadku występu byłego lidera My Chemical Romance. Lecz kiedy przed, i po koncercie, widzę te dziewczyny, zachowujące się jak dresiary z Nowej Huty, to cały mój szacunek i podziw skierowany w ich stronę traci na wartości. Niestety.
Odgrzebałem właśnie egzemplarz Teraz Rocka z 2012 roku. Znalazł się w nim obszerny materiał o wydanej wtedy koncertowej płycie Led Zeppelin – Celebration Day. W czasie zorganizowanej z tej okazji, bardzo elitarnej konferencji prasowej, jeden z dziennikarzy zapytał muzyków, czy w czasie odgrywania show widzą twarze swoich fanów.
— Nie, poprzez grę świateł oraz odległości, jakie dzielą scenę od publiczności ich twarze są dla nas niewidoczne — odpowiedział gitarzysta Jimmy Page.
Z zasłyszanych przeze mnie rozmów kilku nastolatek wynikało, że część z nich, poprzez intensywne udzielanie się w pierwszym rzędzie, chciała przypodobać się Way’owi i dzięki temu zostać zaproszona na backstage. Skoro artyści i tak nie widzą twarzy swoich fanów, to jaki sens miało oczekiwanie 12 godzin przed klubem i wiara, że ich życzenie się spełni? Kwestię tę pozostawiam Waszej ocenie, bo moje zdanie na ten temat chyba znacie.
PS. Jako, że część z czytelniczek poczuła się urażona sformułowaniem „niesamowite i porąbane zarazem” we wstępie felietonu, wyraz „porąbane” zastąpiłem słowem „pokręcone”.


