Natalia Przybysz – Prąd (2014), recenzja Marty Mrowiec

Starsza z sióstr Przybysz po tym, jak mierzyła się z repertuarem legendarnej Jenis Joplin wydała swoją czwartą płytę, na której pokazuje, że wcześniejszy krążek nie był kaprysem, a świadomym wyborem. Najnowszy album to dzieło kompletne, do którego chce się wracać i którego słucha się z niezwykłą przyjemnością.
Zmierzyć się z repertuarem Janis było nie lada wyzwaniem. Już wtedy Natalia wykazała się niemałą odwagą by wykonać repertuar ikony. W tym roku dostaliśmy album, którego jeszcze kilka lat temu, prawie nikt by się po tej artystce nie spodziewał. Krążek ten pełen jest korzennego bluesa i rocka, z niezmiennie soulowym wokalem. Najnowszy album jest zarazem rewelacyjnym hołdem dla polskiej tradycji rockowej z lat ’60 i ’70. Inaczej jednak patrzy się na płytę pełną coverów a w pełni autorski, niezwykle prawdziwy materiał.

– To babski Jack White – powiedział Tymon Tymański.

Całość zawarta została w ośmiu autorskich kompozycjach oraz dwóch coverach. Tym krążkiem Natalia pokazała, że jest artystką kompletną. Na swoim czwartym krążku wokalistka postawiła na bardzo osobiste, miejscami lekko buntownicze, świetne teksty (należy podkreślić, iż są one w rodzimym języku, co zazwyczaj bywa nie lada sztuką by nie wpaść w grafomanię posługując się językiem polskim). Całość spięta jest charakterystycznym wokalem, który brzmi  świadomie, dojrzale a co najważniejsze niezwykle emocjonalnie. Natu ma wiele odcieni. Miejscami pokazuje ciepło i miękkość, czyli to co tak dobrze znamy, by za chwilę wykazać się zadziornością i siłą. Surowe aranże dodają klimatu i dzięki temu płyta jest spójna i harmonijna.

Muzycznie album zabiera nas w lata 60. i 70 ubiegłego wieku, jednak warstwa liryczna jest bardzo współczesna i dotyka dosyć ważnych, czasem uniwersalnych tematów, jak chociażby tematykę damsko-męskich relacji  w utworach Nie będę twoją laleczką czy XJS, czasem bardziej osobistych, które stanowią swoiste podróże do wnętrza siebie (Sto lat, Przeze mnie, Nazywam się niebo).

Album otwiera tytułowy utwór, który płynie leniwie. Coś mi to robi / Lecz jeszcze nie wiem co / Tak mrowi po plecach jak prąd słyszymy już na początku utworu. I tak jest z każdym dźwiękiem, który mrowi nas jak prąd. Miód to utwór, w którym największą uwagę zwracamy na mocny wokal artystki. Nie będę twoją laleczką to chyba mój ulubiony utwór, głównie ze względu na bezpretensjonalny, lekko ironiczny tekst. XJS z gościnnym udziałem Tymona Tymańskiego jest bardzo energiczna i żywiołowa. Z drugiej strony dostajemy łagodne i subtelne Nazywam się niebo. Dzięki temu album jest dobrze zbilansowany i nie męczy. Jego po prostu bardzo dobrze się słucha od początku do końca. Każdy z zawartych utworów idealnie pasuje do pozostałych tworząc piękną muzyczną mozaikę. Wśród coverów znalazły się dwa utwory. Jeden to Do Kogo Idziesz? Miry Kubasińskiej oraz Kwiaty Ojczyste z repertuaru Czesława Niemena (utwór znalazł się czteroutworowej płycie Enigmatic z1970 roku, a cały krążek do dziś określany jest jako jedna z najlepszych płyt rockowych). Obie kompozycje świetnie wpasowują się w klimat całej płyty, a co istotniejsze nie tracą przy tym swojego klimatu z lat 60.

Dostaliśmy album kompletny i dobrze dopracowany. Każdy dźwięk jest na swoim miejscu, a każde słowo przemyślane. Cieszy fakt, że  Natalia wreszcie odnalazła swój muzyczny kierunek. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne albumy nie będą zbyt odbiegać od obranej stylistyki na dwóch ostatnich krążkach, gdyż w takim wykonaniu Natalia wypada świetnie.

NATALIA PRZYBYSZ PRAD

Czytaj również