„Naiwne dziecko jestem i tęsknię dziś”, czyli analiza każdej ery w karierze Sarsy

Jej trudna droga do kariery muzycznej mogłaby wskazywać na to, że Sarsa będzie raperką. Jako młoda dziewczyna musiała ciężko pracować, żeby móc sobie na cokolwiek pozwolić. Po sporych peturbacjach szturmem podbiła listy przebojów, na których utrzymuje się do dziś. W dyskografii zapisała już dwa studyjne albumy, lada dzień do sprzedaży trafi trzeci – „Zakryj”. Dziś wezmę pod lupę wszystkie ery w karierze tej odrealnionej artystki.

Przykład Marty Markiewicz pokazuje, że tylko ciężką pracą możesz osiągnąć sukces, który trwa dłużej niż jeden sezon. Wokalistka już jako nastolatka wiedziała, że sztuka, a uszczególniając muzyka, to obszar, w którym chce się obracać. Dlatego po skończonym liceum szybko podreptała na Akademię Pomorską w Słupsku i dziś może się mianować tytułem magistra sztuki. W celach zarobkowych musiała wyjechać do Norwegii, żeby kontynuować naukę i odłożyć conieco na rozwój artystyczny. „Jak sprzątałam te domki kempingowe czy właśnie te łazienki, to w głowie tworzyłam już. Już były pomysły piosenek. I tylko myślałam, że jak tylko skończę, Boże żeby to mi nie uleciało, to wrócę tam do swojego pokoju, gdzie mieszkałam u rodziny norweskiej, i szybko to muszę nagrać na dyktafon. I tak też się działo. Wracałam szybko, nagrywałam pomysł, melodie. I potem sobie wieczorkiem jeszcze siedziałam i dopracowywałam. I tak powstały niektóre piosenki, które się pojawiły na pierwszym albumie.”. Jednak do tego powrócimy.

Pierwszą niezależną i niszową twórczość zaczęła sygnować nazwą dwóch projektów muzycznych: Fluktua i Sarsa Parilla. Na tej alternatywnej płaszczyźnie osiągnęła wiele, dostrzegli ją też krytycy. Jednak Marta chciała więcej. Wniesienie własnego sposobu łączenia alternatywnych brzmień z komercyjnym, szlachetnym popem do świadomości mainstreamowewgo słuchacza było jej kolejnym marzeniem. Najlepszą drogą do jego realizacji był udział w programach talent show. Pierwszy w Must Be The Music – bezowocny, drugi w X-Factorze – również. Przyszły chwile zwątpienia, ale przyszedł też przełom. Jurorzy w programie The Voice Of Poland poznali się na drzemiącym wewnątrz tego drobnego ciała potencjale i dali jej przepustkę do dalszego etapu. Marta rozwinęła skrzydła, pokazała swoją charyzmę i oryginalność wykonując covery znanych utworów, np. Royals od Lorde. Niestety musiała zrezygnować z programu, ale na „pocieszenie” podpisała kontrakt płytowy z Universal Music Polska.

Co zabawne, jeszcze na etapie programu ludzie zaczęli identyfikować ją z: charakterystyczną fryzurą (nazwaną później sarsorogami), która sprytnie została wtłoczona do kampanii promocyjnej, nieposkromionymi ruchami scenicznymi i wokalizami, szlachetną manierą czy dźwiękonaśladownictwem. Tak oryginalne składowe zaowocowały komercyjnym sukcesem materiału z pierwszego albumu Zapomnij Mi, którego okładka nawiązuje do astrologii. Jak artystka podkreśla: „Moja twórczość ma znamiona moich wszystkich doświadczeń muzycznych – alternatywny rock, poezja śpiewana, jazz.”. Cytat nie jest przypadkowy. Na pierwszym muzycznym dziecku jest misz-masz. Nie tak duży jak na jego następcy, ale wciąż wyczuwalny. Wyraźnie słychać, że to doświadczenie artystyczne, o którym mowa, przełożyło się na solowy materiał. Na Zapomnij Mi jest miejsce na typowo komercyjne brzmienia, jak i te alternatywne, w których od dawna się lubowała. Bez wątpienia w sukcesie debiutanckiego krążka pomogły też memy, czy to wykreowane z singla Naucz Mnie czy Indiany. To była era kolorowa, mówiąca o wierze w siebie.

Wtedy też na scenie zadebiutował ogromny statyw w kształcie flaminga. Nie bez kozery flaming, ponieważ te różowe ptaki towarzyszą jej od dawna, m.in. w kolekcji ubrań Fake Fashion by Sarsa.

Pomiędzy pierwszą a drugą erą minęły dwa lata. Długie dwa lata, przez które zmieniło się praktycznie wszystko. Sarsa zaczęła inaczej postrzegać muzykę, wyszła z określonych brzmień, zaczęła eksperymentować, tworzyć coraz bardziej tajemnicze i metaforyczne teksty, do których rozwikłania potrzeba anielskiej cierpliwości. Tylko jedna rzecz się nie zmieniła – fryzura. Marta Markiewicz zrobiła fajny zabieg. Pierwszą płytą, z bardziej wypolerowanymi i gładkimi kompozycjami wbiła się na rynek muzyczny, zdobyła zaufanie, ale jednocześnie pokazała, że nikt jej nie wciśnie w żaden schemat. Dzięki temu przy Pióropuszach mogła bawić się dźwiękiem, a wszyscy byli na to gotowi. Wszyscy wiedzieli, że drugi album będzie różnił się od poprzednika. Krążek był, delikatnie mówiąc, zróżnicowany. Sarsa prowadziła nas z jednego gatunku do drugiego. Od najbardziej nostalgicznych kompozycji, gdzie królują instrumenty klasyczne – Motyle i Ćmy, aż po wyszukane, eksperymentalne RAH Bronx, Uciekaj czy Nie Tańcz, gdzie po raz pierwszy i ostatni na płycie artystki pojawił się raper. „Chcę mieć utwory mainstreamowe i chcę mieć inne utwory, które gdzieś tam mi w sercu grają, a nie mieszczą się w żadnych ramkach”. Może się wydawać, że produkcje Marty Markiewicz były w tym momencie eklektyczne, ale należy pamiętać, że w tej róznorodności istniało spoiwo, które trzymało materiał w kupie.

Na przestrzeni czterech ostatnich lat, Sarsa zyskała uznanie wśród krytyków, słuchaczy i kolegów po fachu, którzy zainteresowali się jej piórem. Okazało się, że artystka potrafi pisać hity nie tylko dla siebie (i w jakimś stopniu przewidywać oczekiwania słuchaczy), ale także dla innych. Przez te kilka lat Marta napisała przeboje m.in. dla Moniki Lewczuk, Ewy Farnej, Ukeje czy Antka Smykiewicza. Każdy z nich to potencjalny pretendent do podbicia rozgłośni radiowych. Jednak na początku artystka miała pewne obawy. „Ja się bałam na początku, że będę zazdrosna, że ktoś odniesie sukces. Na całe szczęście, mogę uczciwie powiedzieć, że tymi sukcesami Ewy, czy każdego innego artysty, z którymi współtworzyłam utwory czy tworzyłam, jakby ta odpowiedzialność za ten utwór jest jeszcze większa niż kiedy tworzę dla siebie. Nawet bym powiedziała, że jeszcze więcej emocji i energii w to wkładam, bo nie chcę zawieść tej drugiej osoby. […] No i bardzo się cieszę sukcesami i Ewy i wszystkich innych artystów.”

Dziś Sarsa poddała modyfikacji swoje uczesanie, a to oznacza zmiany w życiu kobiety. Teraz Martę Markiewicz można zobaczyć albo w prostych włosach albo lekkich rogach, które wyraźnie odstają wizualnie od tych z początków kariery. To tak jakby od najnowszej ery (Zakryj) artystka powiedziała: „STOP” od teraz macie identyfikować mnie z muzyką, a nie fikuśnym uczesaniem. To też być może metaforyczne obnażenie się przed słuchaczami i zdjęcie swojego rodzaju maski, ponieważ premierowy materiał pod względem lirycznym, zdaje się być najbardziej osobistym w całej karierze. Osobistym, ale przełożonym na tyle, że może wzruszyć każdego i każdy może się z nim utożsamić. Dużą część płyty stanowią dźwięki zbliżone do singlowych Motylów i Ciem z Pióropusza, w których wykorzystywane są w znacznym stopniu instrumenty żywe, partie smyczkowe itp. Sarsa po raz kolejny dotknęła nowych obszarów muzycznych i to cieszy. Aktualna era, zapoczątkowana przez tytułowy singiel: Zakryj, zdaje się być ciepła, pozytywna, lekko marzycielska oraz artystyczna i estetyczna – pod względem oprawy wizualnej.

Przede wszystkim wokalistka dojrzewa artystycznie na naszych oczach. Wydawać się może, że Sarsa cieszy się dużym zainteresowaniem nie tylko dlatego, że tworzy wyśmienicie wpisujące się utwory do rozgłośni radiowych, ale także ta nutka niepewności co do następnego dnia. Artystka ogłasza premierę singla, albumu i nikt nie wie, w jakim klimacie będzie on utrzymany. Marta Markiewicz tak zgrabnie przechodzi pomiędzy gatunkami, że niemożliwym jest przypisanie jej twórczości do jednej kategorii muzycznej. To również wzbudza ciekawość słuchaczy, a co za tym idzie – od czterech lat Sarsa wciąż jest na fali popularności. Kto wie, czy to nie będzie jedna z najważniejszych artystek polskiej, współczesnej muzyki popularnej?

Czytaj również