Muzyka Świata: Islandia, cz. 2

Tak jak napisałem trzy tygodnie temu, muzyka islandzka w XX wieku była kojarzona głównie z Björk. Sytuacja zaczęła zmieniać się około 2002 roku. I to tak mocno, że moi niektórzy koledzy z liceum twierdzili bez zmrużenia oka, że pewien islandzki zespół rockowy jest najlepszy na świecie w swoim pokoleniu…

Mowa o powstałym w 1994 r. (oczywiście w Reykjavíku) Sigur Rós (dosłownie – Wiktoria Róża, imię siostry wokalisty podzielone na dwie części). W 2002 r. wydali oni akurat czwarty album (licząc płytkę z remiksami – piąty) pod enigmatycznym tytułem ( ) (tak, otwarcie i zamknięcie nawiasu, o niczym nie zapomniałem w tym tytule). Już wcześniej nie unikali eksperymentów, takich jak gra na gitarze przy użyciu smyczka wiolonczeli i wykorzystywanie tradycyjnej poezji islandzkiej (rímur). Tym razem zrezygnowali z tytułów piosenek (pojawiły się później na stronie internetowej grupy), a wszystkie teksty napisali w fikcyjnym języku „hopelandzkim”. Kilka ich utworów trafiło na ścieżki dźwiękowe popularnych amerykańskich seriali i filmów (m.in. Vanilla Sky). Jeszcze większy rozgłos zyskała kompozycja Hoppípolla z kolejnego, bardziej rockowego albumu – Takk z 2005, który towarzyszył niejedyny w historii Sigur Rós baśniowy teledysk. Pamiętam wspinaczkę na Liście Przebojów Trójki hymnowego Sæglópur z epki pod tym samym tytułem wydanej w 2006 r. Od tego czasu zespół wydał trzy kolejne płyty (w tym jedną live), ostatnią pt. Valtari – w tym roku. Na 2013 planowana jest kolejna. Ich obdarzony charakterystycznym, w dużej mierze nadającym muzyce nieziemskiego klimatu, falsetem wokalista i gitarzysta Jónsi Birgisson zdążył nagrać jeszcze album Riceboy Sleeps ze swoim partnerem życiowym Alexem Somersem (2009) i całkowicie solowy materiał Go (2010) oraz ścieżkę dźwiękową do filmu Camerona Crowe Kupiliśmy Zoo (2011).

Byłoby dziwne, gdyby kraj kojarzący się z obrzeżami cywilizacji, nie wydał przynajmniej jednego uznanego wykonawcy folkowego. Jak na razie największy rozgłos zdobyli Of Monsters of Men i to już dzięki debiutanckiej płycie My Head Is an Animal z 2011 roku. To z niej pochodzi na pewno doskonale Wam znany przebój Little Talks. Sprawia on dość mylące wrażenie – większość utworów brzmi bardziej majestatycznie, bardziej przypominając np. styl grupy Snow Patrol niż Enej z Lenką na wokalu ;), chociaż trochę charakterystycznych chóralnych zaśpiewów da się jeszcze wychwycić. Jeżeli ktoś lubi niezbyt agresywne rockowe brzmienia, zdecydowanie powinien zapoznać z tym materiałem. W tej chwili urocza Nanna promuje z chłopakami singiel Mountain Sound. W styczniu zespół odbierze w holenderskim Groningen nagrodę EBBA jako jeden z 10 europejskich debiutantów, którzy w kończącym się roku odnieśli największy sukces.

Na zakończenie tej wycieczki mam jeszcze dla Was dwie piosenki innych młodych islandzkich wykonawców, którzy powoli zdobywają popularność w Europie. Wokalistka i pianistka Sóley Stefánsdóttir zaczynała w zespole Seabear, a w 2011 r. wydała swój debiutancki solowy album We Sink. Oglądając teledysk Steed Lord trudno nie pomyśleć o Lady Gadze, jednak w tej piosence bardziej słychać styl Kylie Minogue, o której też niedługo napiszę więcej.

Za tydzień: sporo o muzyce z Afryki i trochę o… piłce nożnej.

Czytaj również