Zaczniemy bardzo przewrotnie. Drogi czytelniku, bardzo Cię proszę, włóż porządne słuchawki, podepnij je i wysłuchaj całego utworu. Jeżeli Ci się nie spodobał, to nie czytaj dalej, bo będziemy musieli odbyć bardzo długą dyskusję, byś przekonał mnie, że ten numer nie jest dobry.
Jeżeli dalej to czytasz, rozumiem, że się podobało. Cieszę się. Duet Mount Kimbie, czyli Kai Campos i Dom Maker, był w głównej mierze kojarzony z dubstepową sceną południowego Londynu, tymczasem na produkcji zatytułowanej Cold Spring Fault Less Youth pokazali, że ich umysły muzyczne nie mogą być w żaden, ale to dosłownie w żaden sposób, klasyfikowane. Przyznam jednak, że to nie jest płyta łatwa dla przeciętnego słuchacza. Sam zacząłem odkrywać ten album i czuć go dopiero po kilku przesłuchaniach, ale czy nie to jest właśnie piękne w muzyce? Czasem utwór wpada od razu w ucho i nucimy go non stop, a potem zaczyna nas irytować i czujemy mówiąc kolokwialnie zmęczenie materiału. Tutaj nie dostajemy takiej szansy. Muzycy oprócz maszynek do tworzenia elektroniki dograli żywe instrumenty dęte, gitary i okrasili to gdzieniegdzie niebanalnymi wokalami.
Mam wrażenie, że niestety ten duet w Polsce nie jest dość popularny, co potwierdził ich występ na tegorocznym Openerze (stałem w pierwszym rzędzie i nie miałem problemu z gibaniem do rytmu na lewo i prawo i znów na lewo). Prawdopodobnie było to spowodowane tym, że na głównej scenie było wtedy Kings of Leon, ja jednak wybierając Mount Kimbie, absolutnie nie żałuję!
Wracając do płyty Cold Spring Fault Less Youth… otwiera ją utwór, który zamieściłem na samym początku, co poniekąd jest takim lekkim wpuszczeniem Was w maliny, bo jest to najlżejszy i najbardziej wpadający w ucho utwór z tego albumu. Dalej jest nieco trudniej i ciężej, ale jeżeli mówimy o szeroko pojętej muzyce elektronicznej to Panowie są dla mnie w tym gatunku odpowiednikiem Usaina Bolta w bieganiu. Drugi utwór You took your time feat King Krule, do którego powstał również klip, daje szansę chłopakowi, którego uważam za perełkę brytyjskiej sceny, King Krule, rok temu na zamknięciu Taurona grał dopiero swój dwudziesty koncert w karierze (ma 19 lat!) Numer, moim zdaniem, jest znakomity, brzmi mrocznie, barwa głosu brzmi idealnie, może King Krule jest lekko zblazowany, ale widzę w nim następcę Thoma Yorke’a z Radiohead.
Kolejne utwory, które chciałbym wyróżnić to: So many Times, so many waves, gdzie dostajemy żywą gitarę, która na wspomnianym koncercie w Gdyni wprawiła mnie swoim brzmieniem w iście hipnotyczny stan, Lie near – za instrumenty dęte i mocno trip hopowy klimat oraz Sullen Ground –chyba najbardziej mroczny numer na tej produkcji. Polecam włączyć go sobie, idąc ciemną, późną nocą gdy pada deszcz, gwarantuje klimat porównywalny do momentu gdy pierwszy raz oglądaliście Lśnienie albo Dziecko Rosemary.
Nie lubię stawiać laurek, to uczepię się Blood and Form, ten dziwny loop mnie męczy i nie mogę się do niego przekonać, ale jest to jedyny track, który przerzucam słuchając nowego Mount Kimbie. Płytę polecam wszystkim, którzy poszukują czegoś niekonwencjonalnego, ostrzegam, może zrazić przy pierwszym słuchaniu, ale warto spróbować parę razy, by stwierdzić. Good Job mates!
p.s. Gwarantuję, że nie tak sobie wyobrażaliście wygląd młodzieniaszka King Krule. Tak brzmi on solo:

