H.I.M. – Tears on Tape (2013), recenzja Sandry Szepietowskiej

Ciężkie, metalowe brzmienie, delikatny głos i miłosne rozterki w tekstach piosenek. To nietypowe połączenie charakteryzuje jedyną w swoim rodzaju fińską grupę H.I.M. Co by się stało gdyby powstało połączenie ciężkiego ParanoidBlack Sabbath z romantyczną Pretty Woman? Na to właśnie pytanie odpowiada Tears on Tape. Prekursorzy stylu zwanego love metalem postanowili powrócić w dawnym stylu, wydając ósmy już album i przekonać wszystkich, że  niezmiennie są symbolem miłości, łez, śmierci i tajemnicy.

Tears on Tape, tak zatytułowane jest nowe wydawnictwo zespołu. Według autora muzyki, tekstów  i wokalisty zespołu – Villego Vallo – tytuł jest metaforą aktu tworzenia. Łzy na taśmie to symbol, wszystkich emocji i przeżyć artystów, pokroju Roberta Planta, zapisany w ich utworach. Mimo tego, że są już na scenie od 1991 roku, a to ich ósmy krążek, to stworzenie go wcale nie należało do najłatwiejszych. Praca nad albumem trwała dłużej niż przewidywano, z powodu kontuzji ręki perkusisty – Gasa Lipsticka. Muzycy przeżywali kryzys twórczy i przez chwilę losy zespoły wisiały na włosku. Dzięki temu Tears on Tape został dopracowany w najmniejszych szczegółach, w kilku podejściach. Artyści inspirowali się przede wszystkim twórczością Black Sabbath, Roya Orbisona i Electric Wizzard. Aranżacją wizualną i projektem okładki zajął się muzyk Daniel P. Carter. Znajdziemy tam urywki tekstów, zapisane w niebanalny sposób. Został wykorzystany do tego alfabet, który używany był niegdyś do ceremonialnej magii. Warto również dodać, że teksty do wszystkich dziewięciu piosenek powstały w tydzień. Cztery pozostałe utwory to krótkie kompozycje wyłącznie instrumentalne. Zespół zdecydował się na taki krok po raz pierwszy w swojej karierze.

Razem z nową płytą światło dzienne ujrzała również gazeta, zredagowana przez Villego. Pełna ciekawostek i wywiadów z członkami zespołu. Wyjątkową niespodzianką dla fanów był fakt, że do sprzedaży trafiło 1000 egzemplarzy z autografami. Trasa koncertowa promująca album objęła swoim zasięgiem zarówno Europę, jak i Stany Zjednoczone i Kanadę. W Polsce artyści zagrali koncert po trzynastoletniej przerwie.

Album rozpoczyna  się instrumentalną kompozycją, która wprowadza w typową dla zespołu, tajemniczą i groźną atmosferę. W pierwszych sekundach słychać jak ktoś wkłada kasetę do magnetofonu, nawiązując tym do tytułu albumu. Zaraz po tym nastrojowym wstępie, porywa nas żywiołowe i łatwo wpadające w ucho All Lips Go Blue. Ten drugi singiel przypomina nam trochę o utworach z płyty Dark Light. Lekkie Love Without Tears ujmuje chwytliwym refrenem i ukrytym, akustycznym brzmieniem. Utwór ten posiada w sobie cechy największych przebojów H.I.M i z pewnością nadaje Tears on Tape swoistego stylu i mocy. Punkowego powiewu dodaje Into the Night. Trochę jak Iggy Pop lub The Kinks w H.I.M’owej aranżacji. Równie charyzmatyczne jest No Love, opowiadające o byciu niezaspokojonym i niespełnionym. Świetny kontrast dla wszystkich kompozycji stanowi Drawn & Quartered, przypominając nam o czasach Deep Shadows and Brilliant Highlights. Aż ciężko uwierzyć, że zespół początkowo nie chciał zamieszczać tej perełki na płycie.

http://www.youtube.com/watch?v=ZYAR5_m0R_I

Tytułowa piosenka, i jednocześnie pierwszy singiel, to potęga klawiszowo-gitarowego brzmienia. Tears on Tape to kwintesencja tego czego możemy spodziewać się po tym zespole. To krótkie spełnienie oczekiwań fanów, z teledyskiem pozbawionym szkieletów, czaszek, demonów i trumien. Nie można pominąć też W.L.S.T.D, która razem z Hearts at War prezentuje inne oblicze fińskich muzyków, znane nam już z albumu Venus Doom.

Tears on Tape z pewnością nie jest zaskoczeniem dla tych, którzy wierzyli, że H.I.M może jeszcze zaoferować nam kilka dobrych utworów w starym stylu. Album ten przypomina mieszankę wszystkich dotychczas wydanych płyt. Muzycy ciągle trzymając się swojego tajemniczego, gotyckiego stylu nie zapominają o tym, by urozmaicać swoje albumy nowościami.

H.I.M. - Tears on Tape

Czytaj również