Motörhead – Bad Magic (2015), recenzja Michała Szuma

Zabawmy się przez chwilę w podróż w czasie i wyobraźmy sobie nasze życia za 40-50 lat. Zapewne część z nas będzie w spokoju wychowywać wnuki, inni będą odpoczywać na jachcie gdzieś pośrodku niczego, inni będą rozgrywać partyjki golfa lub tenisa z ukochanym szwagrem, a jeszcze inni będą pracować, po podniesieniu wieku emerytalnego, do osiemdziesiątki. A może by tak w wieku 70 lat nagrać DWUDZIESTY DRUGI studyjny album? Na tak szalony pomysł mógł wpaść jedynie król Lemmy wraz ze swoją kontrabandą.

Powyższa opowiastka miała na celu podkreślenie tego jak zaawansowanym wiekowo zespołem jest Motoröhead, przy jednoczesnym braku oznak tej starości. Tak tak, postawmy sprawę jasno – średnia wieku zespołu to niespełna 60 lat, natomiast frontman, Lemmy Kilmister, ma na karku prawie 70 lat! W świetle tych faktów nie dziwi więc mnie zupełnie to, że zespołu na Bad Magic nie zdecydował się na żadne muzyczne szaleństwa.

Chociaż czy aby na pewno to stwierdzenie jest zasadne, jeżeli w tym wieku gra się rock’n’roll pełną gębą? Otóż tak, gdyż miałem na myśli szaleństwa w znaczeniu brzmienia, bo kapela brzmi od 40 lat dokładnie tak samo. Jedni mogą stwierdzić, że to dobrze, bo nie zaprzedali oni swego stylu i nadal robią to, co dobre i kultowe, natomiast tzw. malkontenci będą smęcić, że 'gdzieś to już słyszeli’. Cóż – rozumiem obie grupy, jednak postaram się dostrzec więcej pozytywów niż negatywów. Bo, jak sama logika podpowiada, jeżeli coś jest okej i jest zarazem niezmienne, to znaczy, że cały czas ta rzecz jest okej, czyż nie?

Jednak co do szaleństw wynikających z definicji muzyki rock’n’roll, to na tym albumie mamy ich sporą dawkę. Już na samym początku otrzymujemy bowiem Victory or Die, które w diabelsko szybkim tempie rozpoczyna cały album. Słowo 'diabeł’ jest tutaj dość kluczowe, gdyż przypomni się on jeszcze w świetnie przełamanym refrenie piosenki The Devil, oraz na samym końcu, w coverze Sympathy for The Devil formacji The Rolling Stones. Przy tej okazji warto zaznaczyć, że swoją cegiełkę do albumu dołożył także sam Brian May z Queen, który to jest odpowiedzialny za solówkę w Diable. Jednak zanim słuchacz dotrze do tych fragmentów, natrafi po drodze na parę ciekawych momentów.

Jednym z nich jest utwór numer 2, czyli Thunder & Lightning, które niemiłosiernie przypomina Ace of Spades. Czy to dobrze? Zależy dla kogo, bo ja jestem wielkim fanem zarówno krążka, jak i utworu o tym samym tytule. Moc, energia, szybkie tempo i mocne gitary – kwintesencja Motörhead.

Nie odkryję Ameryki jeżeli napiszę, że 90% płyty jest utrzymana w takim klimacie, jednak chcą dopatrzeć się obiecanych pozytywów wspomnę nieco o tym, co ją odróżnia. Pierwszy kandydat, który podniósł rękę, nazywa się Till The End. Jest on niewinnym chłopcem, który stylizowany jest na rzewną balladę. Obok gitar elektrycznych słychać gdzieś w tle także akustyka, więc zawsze to jakaś odmiana.

Ciekawie robi się także podczas When The Sky Comes Looking For You, bo tak pozytywnej piosenki na sam koniec nie spodziewał się chyba nikt. Mroczny klimat budowany przez poprzednie 11 kompozycji jest nagle nieco burzony. Co prawda nadal mamy do czynienia z rock’n’rollowym tempem, brzmieniem i wokalem, jednak nawet dziecko zauważy różnicę (sic! – potwierdzone przez moją 4-letnią siostrę!).

Mógłbym tu jeszcze napisać, że tak naprawdę, to Motörhead już dawno powinno zejść ze sceny, bo do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy, a tym bardziej 22, jednak czy ma to jakiś sens? Czy stwierdzenie, że wokal warczy jak ruski traktor coś zmieni w moim lub Waszym życiu? Czy znęcanie się nad tą płytą jest uzasadnione? Jeżeli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście NIE, to niech muzyka zwycięży. W końcu nie przez przypadek sam Lemmy powiedział: ’Jesteśmy Motörhead i gramy rock’n’rolla’. Niech Rock’n’roll zwycięży – Victory but not Die !

Czytaj również