Morcheeba – Head Up High (2013), recenzja Kamila Gajdka

Teoretycznie Morcheeba powinna być bardzo w moim guście. Teoretycznie wychowałem się na trip-hopie. Teoretycznie to legenda. Praktycznie w 1996 roku zespół rządził na brytyjskiej scenie i praktycznie… to tyle. Chociaż obecny skład kolektywu z Dover to ten oryginalny, czyli bracia Paul i Ross Godfrey (którzy odpowiedzialni byli za sukces pierwszych kilku wydawnictw) oraz wokalistka Skye Edwards to jednak nie jest już to.

Tęsknię za klimatem trip-hopu, który serwowało nam kiedyś Portishead, Massive Attack, czy właśnie Morcheeba albumem Who can you trust? Mało tego, ostatnio miałem przyjemność na finale krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum zobaczyć na jednej scenie takich artystów jak: Skalpel, Emika, Mira Calix, czy Clark i było to dla mnie muzyczne wydarzenie  roku. Siedząc wtedy w hali ocynkowni krakowskiej huty, zrozumiałem, że trip-hop i szeroko pojęta muzyka elektroniczna ma się naprawdę dobrze, nawet gdy na warsztat bierze tak ciężki temat jak twórczość Lutosławskiego (koncert był drugą częścią cyklu Polish Icons, gdzie muzycy reinterpretują polskich klasyków).

Zatem Morcheeba… myślę, dam Wam szansę (kolejną), wszak tam w Anglii zawsze wymyślają artyści coś, co jest w stanie mnie zaskoczyć. Już sam tytuł Head up high sprawił, że uwierzyłem, że skoro trzymają głowę wysoko, to może coś naprawdę dobrego wykombinowali w końcu. I cóż… to trochę taka sytuacja, jak z naszą reprezentacją w piłce nożnej. Niby odpadliśmy, ale statystycznie jest jeszcze cień szansy i tak to trwa aż w końcu zwalniany jest trener, a potem od początku. Tak jest i z tą płytą. Od razu zaznaczam, że nie jest to wydawnictwo słabe i tragedia i posiwiałem jeszcze bardziej i zgrzytałem zębami. Nie, jest naprawdę ok., tylko nijako. Może w innych okolicznościach bym stwierdził, że ta stylistyka już wyczerpała się całkowicie, ale sprawdźcie album Emiki – DVA, czy jakiekolwiek wydawnictwo z Ninja Tunes i uwierzycie, że ten klimat lat 90 dalej jeszcze żyje. Owszem, zapewne ktoś powie, ale oni się rozwinęli i teraz są przecież inni. Dobrze, tylko teraz Morcheeba brzmi jak jakiś słodziutki popik pomieszany z elementami elektroniki, czasem banalnymi tekstami, plus jeszcze nie wiadomo skąd fragmentami rapu i delayu ze stylistyki muzyki dubowej. Po kolei zatem.
Utwór otwierający płytę nawiązuje do starych dobrych czasów Morcheeby. Ma całkiem przyjemnie wykręcony bas (który bałem się za pierwszym razem, że przejdzie w wiertarki typu Skrillex, ale uff, nie). Jednak tekst Gimme your love wałkowany w kółko… powiedzmy szczerze, nie zachwyca, plusem utworu jest za to całkiem ciekawa aranżacja, w tle słyszymy przyjemne skrecze i generalnie kawałek w chilli zet robiłby furorę (jeśli już nie robi?).

I tutaj pierwsze rozczarowanie, czyli Face of danger. Nie wiem czy też tak macie, ale mnie ten utwór irytuje swoją banalnością i jeszcze zmarnotrawiony świetny baryton Chali 2na. Call it Love brzmi jak zespół Perfect (tak, ten nasz znad Wisły), Make Believer ni z tego ni z owego wprowadza klimat reggaowo dubowy. Ale, ale, nie będę jednak tylko narzekał, bo podobno robię to nagminnie. Wyróżnię Under the Ice (bardzo fajnie ułożona linia perkusyjna), Release Me Now (gdyby cała płyta taka była) i To the Grave.

Morcheeba – Release me now

Powiem tak, znaczy napiszę. Jeżeli szukacie drodzy czytelnicy albumu, który nawiążę do klimatu starego, brytyjskiego trip-hopu, sięgnijcie lepiej po nowy album Emiki, lub przejrzyjcie co się dzieje w Ninja Tunes. Jeżeli jednak macie ochotę na przyjemną, lekką gatunkowo płytę, ale trzymającą przyzwoity poziom, sprawdźcie Morcheebę. Oceniam jednak zespół jako reprezentanta kategorii muzycznej trip-hop, chociaż tak naprawdę nie wiem w którą stronę ten zespół właściwie dziś idzie.

morcheeba head up high

Czytaj również