Blackest Blue to kwintesencja stylu Morcheeby. Gatunkowa mieszanka zanurzona w eleganckiej, zmysłowej wręcz formie, to dobry sposób na odcięcie się od codzienności.

Morcheeba to zespół bardzo eklektyczny, w jego twórczości można znaleźć elementy hip hopu, downtempo, bluesa, muzyki chilloutowej czy jazzu. Mimo tego już od ćwierćwiecza funkcjonują z etykietką grupy trip hopowej, jednej z czołowych obok Massive Attack i Portishead, wyrosłych w pierwszej połowie lat 90. XX w. na alternatywnej scenie w Wielkiej Brytanii. Tym, co wyróżniało Morcheebę od początku, było bardzo sensualne, eleganckie dźwięki zmiksowane z pozytywną, melodyjną nutą dzięki zakorzenieniu w funku. Blackest Blue z powodzeniem nawiązuje do tego brzmienia.
Od początku istnienia zespołu, jego asem w rękawie była Skye Edwards. Jej głos był znakiem rozpoznawczym zespołu, czymś co przyćmiewało wszystko inne. Bracia Godfrey, z którymi założyła Morcheebę doskonale to zrozumieli i tworzyli materiał trudny do zdefiniowania gatunkowego, za to niesamowicie spójny z elegancją, czystością i delikatnością głosu Skye.
Chcieliśmy tworzyć jak Wu-Tang Clan, brzmieć jak piosenki Neila Younga, a gitary miały przypominać Jimiego Hendrixa – mówił swego czasu Ross Godfrey, tworzący do dziś duet z Skye Edwards.
Połączenie, trzeba przyznać, dość egzotyczne. To jeden z głównych powodów, dla których członkowie Morcheeby nie widzieli się w nurcie trip hopowym, choć tak ich kategoryzowano. Pierwsze albumy były udaną próbą znalezienia własnej niszy i wyróżnienia się wśród czołowych przedstawicieli bristolskiej sceny muzycznej. Głos Skye był głównym czynnikiem determinującym brzmienie zespołu. Nie mogli korzystać z ciężkiego brzmienia gitar, bo nie byłoby jej słychać spośród tej ściany dźwięku. Nie mogli włączyć rapu na wzór amerykański, bo nie była to ich stylistyka, a sam odbiór rapu w Wielkiej Brytanii połowy lat 90. był specyficzny (wielu amerykańskich raperów do dziś kpi z akcentu brytyjskich kolegów po fachu i podkreśla, że nie da się tego słuchać na poważnie). Tworzyli więc na bazie swojej własnej muzycznej drogi – Skye wniosła powiew soulu i muzyki folkowej, a bracia Godfrey bluesa, rockowej psychodelii i hip-hopowe beaty. Z tej mieszanki powstała bardzo łagodna, przyjemnie brzmiąca muzyka w chilloutowym odcieniu.
I, wracając do recenzowanej Blackest Blue, kontynuuje ona muzyczną podróż Morcheeby. Członkowie zespołu nie wymyślają koła na nowo, ich brzmienie wciąż doskonale łagodzi nastrój i nieco zwalnia, jak to downtempo. Cut My Heart Out, otwierające album, oddziałuje na słuchacza tak sugestywnie, że po pięciu minutach ma się wrażenie, jakby uciekło tych minut ze trzydzieści. I nie piszę o tym w negatywnym kontekście. Killed Our Love wprowadza trochę ciemniejsze i surowsze brzmienie z emocjonalnym tekstem, by przy Sounds of Blue pójść w bardziej dream popowe odcienie. Warto zwrócić również uwagę na instrumentalny kawałek Sulfur Soul, z fajnym beatem i gitarą, która dodaje mocnego pazura.
Drugą połowę albumu kradnie przede wszystkim singlowy The Moon, cover piosenki chorwackiej artystki Ireny Žilić, którą Skye poznała na wakacjach w Zagrzebiu. Tytułowy księżyc jest tym światłem, które rozjaśnia mroki ciemności, które można odczytywać jako metafora skutecznej ucieczki od depresji w życiu. Bardzo przyjemny i dobrze wyprodukowany kawałek, najczęściej zapętlany przeze mnie po Oh Oh Yeah z tego albumu. The Edge of The World, kończące album, to kawałek taneczny. Wpływ pewnie miała na to współpraca przy jego tworzeniu z angielskim piosenkarzem i multiinstrumentalistą, Duke’m Garwoodem. To z resztą niejedyna kolaboracja, bo na albumie pojawia się też Say It’s Over – melancholijna ballada zaśpiewana wspólnie z Bradem Barrem.
Blackest Blue to esencja Morcheeby. Czterdzieści kilka minut całkowitego odcięcia się od otaczającej rzeczywistości w przyjemnej aurze. Z pewnością to nie jest muzyka, która trafia do szerszego grona słuchaczy, ale każdy, kto szuka czasami trochę melancholii i wyciszenia w chilloutowym wydaniu, z pewnością będzie zadowolony.
- Data premiery: 14 05 2021
- Single: Oh Oh Yeah, Sounds of Blue, The Moon, Killed Our Love
