Czy to Bob Dylan? Nie. Czy to The Beatles? Nie. Czy to Jack White? Nie. To of Montreal! Zespół pochodzący z miejscowości Athens w USA, którego liderem jest Kevin Barnes. Jeżeli jesteście miłośnikami stylistyki muzycznej rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych koniecznie sprawdźcie ten album. Czasy świetności beat generation, dzieci kwiaty, rewolucja seksualna, LSD, Woodstock – jeżeli chociaż jeden z tych punktów jest Wam bliski (oby to nie było LSD) Lousy With Sylvianbriar jest dla Was.
Pamiętacie zapewne mema internetowego na którym jest Beyoncé (mam nadzieję, że się nie narażę Panu Kochanemu naczelnemu) z drugiej strony mamy natomiast Freddiego Mercurego. Jej tekst to 2 zdania powtarzane w kółko w Run the World (Girls) i dopisek: 6 writers, 4 producers, a z drugiej Bohemian Rapsody i informacja: 1 writer, 1 producer. Of Montreal punktuje u mnie od samego początku właśnie dlatego, że cały materiał został nagrany na tak zwaną setkę na (uwaga!) 24 śladowym magnetofonie w domu artysty. Autorem wszystkich kompozycji jest wspomniany Kevin Barnes i brzmi to naprawdę fajnie. Fanie to dziwne stwierdzenie, którego nie znoszę, ale w tym wypadku jest na miejscu. Oprócz tego, teksty, które napisał frontmen są naprawdę ciekawe i czuć w nich fascynacje tym barwnym okresem w historii Stanów Zjednoczonych.
Słuchając tego albumu marzyłem o tym by mieć to wydawnictwo na kręcącym się winylu, lub by słuchać go w podróży, jadąc jak bohaterzy filmu Easy Rider. Na płycie otrzymujemy dawkę country, rocka, bluesa i rock’n’rolla. Mnie osobiście bardzo do gustu przypadł utwór Hegira Emigre, który ma świetny tekst i bujającą aranżację. Szczególnie te słowa wyrażają beztroskie podejście do w gruncie rzeczy egzystencjalnych rozważań, których na albumie jest pełno:
Out my window I see a battle of hawks.
My best friend has been dead for years,
but still we have great talks.
And just like the planets we will
never touch, just float around in space
not expecting very much.
Of Montreal – Hegira Émigré
Kusi mnie, by ten album połączyć z koncepcją filozoficzną, a dokładnie ze stoicyzmem. Słuchając nowego albumu Of Montreal, momentami teksty wpędzają w straszne przygnębienie, a sposób w jaki je pointuje autor sprawia, że jak Turnau myślimy: „ i nie dzieję się nic aż do końca” Przykład? Proszę:
Your mother hung herself in the National Theater
When she was four months pregnant with your sister
Who would have been thirteen years old today
Does that make you feel any less alone in the world?
(…)Baby, your family, they are just losers.
A to wszystko wyśpiewane spokojnie, z pełną akceptacją losu, bez płaczów i krzyków.
Of Montreal – Colossus
Co jednak jest minusem tej płyty? No właśnie, ona jest po prostu fajna. Nie porywa, nie będzie klasykiem, słucha się jej przyjemnie, ma ciekawe teksty, tylko, że po paru przesłuchaniach już ją znamy dobrze i zachowujemy wspomniany stoicyzm. Przyznam szczerze, że za pierwszym razem byłem bardzo na tak, cytując klasyków z jury tvnowskich programów. Za drugim i trzecim, już zacząłem przerzucać utwory szukając moich ulubionych: Hegira Emigre, Triumph of Disintegration (idealny do jakiegoś filmu Tarantino) czy Belle Glade Missionaries. Właściwie to są te najżywsze tracki na płycie. Pozostałe to raczej ballady pomieszane z country, ale cóż… chyba lubimy słuchać jakiejś płyty w kółko prawda? Do tej produkcji na pewno wrócę, ale nie jest moim ideałem. Warto jednak posłuchać by cofnąć się w czasie, odczuć muzykę z magnetofonu, a nie z mikserów mających miliony kanałów, które wypieszczą każdy dźwięk by nie było fałszów. Ten album to pomachanie ręką do artystów wspomnianych w pierwszym akapicie. Tyle, że to już było… i wróci więcej?

