Moda na winyle jest coraz bardziej widoczna. Gdy rok temu rozpoczynałem swoją przygodę z muzyką na „czarnym placku”, w sklepach mogłem odszukać tylko niektóre albumy moich ulubionych wykonawców. Dziś, w tym samym miejscu, regały autentycznie uginają się pod ciężarem winyli, a żeby zrobić miejsce dla nowych wydawnictw, duże sieciówki decydują się na wyprzedaże zalegającego asortymentu.
Dzięki takim zabiegom w moje ręce trafiła właśnie płyta zespołu Royal Republic. Jej cena na zagranicznych portalach to ok. 30 dolarów. Ja zakupiłem ją też za 30, tyle że złotych. Oszczędność 90 złotych na płycie winylowej oraz zakupienie jej w cenie zwykłego kompaktu naprawdę potrafi ucieszyć nabywcę.
W swoim świątecznym tekście napisałem o pierwszym wydaniu albumu Bleach Nirvany, które dzisiaj można spokojnie sprzedać za 8000 dolarów. Część z Was była zaskoczona, że winyl może być aż tyle wart. Nie chciałem Wam wtedy odpisywać, że 8000 dolarów to i tak pikuś przy niektórych cenach płyt, ponieważ wolałem to zrobić w swoim felietonie. I zaraz to uczynię.
Lecz najpierw inna kwestia. Żebyście nie pomyśleli, ze na handlu winylem można łatwo zarobić. Generalnie drogie płyty sprzedawane są przez specjalistów w tej dziedzinie, którzy znają się na tym rynku i postarają się wydoić z potencjalnego nabywcy jak najwięcej szmalu. Nie ma szans, by od takich ludzi kupić wartościowy winyl po atrakcyjnej cenie. Niemalże wyłączną opcją na ich zdobycie jest wizyta w banku i wypłata życiowych oszczędności. Można traktować taki zakup jako inwestycję w przyszłość, ale, wbrew powszechnej opinii, winyle z biegiem lat nie zyskują aż tyle na wartości jak np. obrazy. Nabycie ich po wysokiej cenie nie oznacza, że za 10 lat sprzedamy je za 20 razy tyle. Dlatego najlepszą i jedyną drogą rzeczywistego zarabiania na płytach jest… wykorzystywanie niewiedzy innych.
Nie sztuką jest kupić pierwsze wydanie albumu Nevermind Nirvany na winylu za 300 dolarów. Sztuką jest znalezienie człowieka, który odsprzeda swój egzemplarz za 10 dolców. Takie sytuacje się zdarzają. Nie często, ale jednak. W swojej ponad rocznej karierze zbieracza winyli udało mi się raz wykorzystać brak wiedzy o realnej wartości swojej „perełki” sprzedającego. Mówię tu o albumie Pretty.Odd Panic! at the Disco, wydanym w limitowanej wersji z płyta winylową, CD, piękną książeczką, puzzlami oraz czymś, co tygryski kolekcjonerzy lubią najbardziej – certyfikatem autentyczności z dokładnym numerem wydania. Takich zestawów stworzono tylko 10 000, a mój ma zacny numer 00 888. Nowy kosztował 250 dolarów (piszę „kosztował”, ponieważ cały nakład rozszedł się niemal w całości i znalezienie tego wydawnictwa w folii jest dosyć trudne). Obecnie używane chodzą po minimum 100 dolarów. A mnie udało się go kupić za 80 złotych. W idealnym stanie. Nie wiem, może gościowi, od którego zakupiłem to wydawnictwo, zależało na szybkim sprzedaniu albumu, ale z drugiej strony, gdyby znał jego realną wartość, na pewno nie zaniżyłby jego ceny aż tak bardzo. Ja się cieszę, bo na półce leży takie oto cudo (zdjęcie zapożyczone z Google):

Takich historii jak moja jest mnóstwo. Czytałem na forum o typku, który w komisie w Anglii kupił winylową płytę jakiegoś zespołu (nazwy nie pamiętam) za funta. Jego wartość – 500 funtów. Należę do Grupy Winylowej na Facebooku i od czasu do czasu pojawiają się wpisy, których autorzy cieszą się, że za 5 zł kupili album Kultu warty na ten moment minimum 600 złotych. Tylko i wyłącznie w taki sposób można zarobić na winylu. Kupowanie płyty za 50 złotych i sprzedawanie jej za 60 złotych to niby też zysk, ale przecież nie o to tutaj chodzi. Nasz zarobek to strata innej osoby. Na szczęście ja nie jestem handlarzem i nie muszę stawać przed takimi egzystencjalnymi rozterkami (mówiąc o zarabianiu na winylu w tym przypadku mam oczywiście na myśli osoby prywatne, a nie sklepy. Te mają swoje hurtownie, u których kupują albumy po „swoich” cenach, dużo, dużo niższych od tych detalicznych).
No a teraz czas na albumy winylowe, których posiadacze mogą wręcz sikać z radości. Problem z nimi jest taki, że ich ilość często nie przekracza tysiąca egzemplarzy na całym świecie, przez co szansa na ich trafienie jest równa zeru. Od czasu do czasu zdarzają się jednak przypadki, że płyta licząca kilka tysięcy egzemplarzy jest warta całkiem sporo. A więc, jeżeli drogi czytelniku twój tata lub mama ma w swojej kolekcji płyt album Johnny’ego Casha Greatest Hits to… nie masz się z czego cieszyć, bo jego wartość to jakieś 5 złotych. Lecz jeśli obok tej płyty leży np. album Yesterday and Today The Beatles, możecie czuć się zwycięzcami. Jego wartość to przedział od 8000 dolarów do nawet 40000. Wszystko zależy od stanu i miejsca tłoczenia. Jest tylko jedno „ale”. Musi być to wydanie z tzw. „butcher cover”, na której Czwórka z Liverpoolu pozuje z kawałkami mięsa oraz główkami zabawkowych lalek. Do sprzedaży trafiło kilka tysięcy egzemplarzy z tą wersją, która po kilku dniach została wycofana przez wytwórnię. Tak więc zdobycie jej nie jest aż tak niemożliwe. Jako ciekawostkę powiem wam, że brat mojej dziewczyny znalazł ją kiedyś na eBayu za… 3 funty. Niestety, właściciel chyba dowiedział się, jaka jest jej prawdziwa wartość, ponieważ po kilku godzinach aukcję usunął. Inna płyta Beatlesów, zwana potocznie Białym Albumem, też może osiągnąć wysoką cenę sprzedaży. Ważne, by pochodziła z pierwszego tłoczenia i miała jak najniższy numer seryjny. Jej wartość może przekroczyć 7 000 funtów. Kilka tygodni temu Ringo Starr, perkusista Beatlesów, wystawił na charytatywną aukcję swój Biały Album z numerem 0000001. Nowy właściciel zapłacił za nią… 780 000 dolarów, co czyni ją najdroższą płytą muzyczną w historii. Jednak trzeba podkreślić, że cena ta wielokrotnie przekroczyła realną wartość wydawnictwa.
Magazyn Record Collector jakiś czas temu stworzył listę najbardziej wartościowych płyt. Podium tego zestawienia wyglądało następująco:
3. Singiel Sex Pistols – God Save The Queen/No Feelings

Brytyjczycy na początku swojej kariery podpisali kontrakt z pewną wytwórnią płytową, który… tydzień później zerwali. Jednak w tym czasie wytwórnia zdążyła wytłoczyć 300 egzemplarzy singla z jednym z największych hitów zespołu. Krążki te nigdy nie trafiły do sprzedaży. Leżały przez ponad dwadzieścia lat w zakurzonych magazynowych pudłach do momentu, gdy w drugiej połowie lat 90. wytwórnia zbankrutowała. W ramach pożegnalnego prezentu pracownicy otrzymali po jednej kopii singla. Na ten moment jego wartość to od 7500 funtów do 8 000 funtów.
2. Singiel The Quarrymen – That’ll Be The Day/In Spite Of All The Danger
Zastanawiacie się pewnie, co to w ogóle za zespół. Macie prawo go nie znać, ponieważ nie zaistniał on jakoś wybitnie na brytyjskim rynku muzycznym. Dopiero po jego rozwiązaniu trzech członków grupy założyło inny projekt. Nazwali się The Beatles. Wydawnictwo to zawiera jedyny zarejestrowany materiał zespołu, na którym debiutowali John Lennon, Paul McCartney i George Harrison. Fakt ten sprawia, że jego cena to 10 000 funtów. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie jest to pierwotny egzemplarz. Został on w 1981 roku w jakiś piracki sposób zgrany na 25 krążków i to właśnie każdy z nich jest warty tyle, co dobrej klasy używany samochód. Jednak gdzieś na świecicie znajduje się oryginał płyty. A to prowadzi nas do miejsca pierwszego.
1. Singiel The Quarrymen – That’ll Be The Day/In Spite Of All The Danger

Oryginalny egzemplarz singla That’ll Be The Day/In Spite Of All The Danger, nagrany przez trzech młodych Beatlesów w liverpoolskim sklepie elektronicznym w 1958 roku, to najbardziej wartościowa płyta na całym świecie. Jej cenę szacuje się na 100 000 funtów. Posiada ją tylko jedna osoba. Jest nią Paul McCartney.
Swój dzisiejszy tekst zakończę bardzo krótko – kupujcie winyle. Nie dla zysku – dla przyjemności.


