Wytwórnia NEXTPOP to bardzo dobry inkubator polskiej, nieszablonowej twórczości. To właśnie dzięki niej poznaliśmy BOKKĘ czy Fismolla. Dziś pod jej skrzydłami znajduje się również Kamil Zawiślak, 27-letni kompozytor i wokalista, który ma już na swoim koncie współpracę z Kasią Nosowską czy też z zespołem IRA. Z tym całkiem przyzwoitym kapitałem artysta debiutuje jako Milky Wishlake, chcąc w ten sposób pokazać się publiczności od zupełnie innej strony.
Ten skromny wokalista zrobił na mnie piorunujące wrażenie już po zaprezentowaniu dwujęzycznego singla Wait For Us/Nie Ma Nas. Mimo faktu, że to tak naprawdę ten sam utwór, bardziej chyba wpada do ucha jego anglojęzyczna wersja. Polski odpowiednik – mimo, że poza tekstem niczym nie różni się od angielskiej – niestety sprawia wrażenie, jakby wokalista miał naprawdę przeciętny głos i nie miał niczego do zaoferowania. W rzeczywistości jednak jest trochę inaczej.
Wystarczy spojrzeć na wydaną wcześniej EPkę Five Contemponary Songs. Bardzo żałuję, że o tym wydawnictwie dowiedziałam się przy okazji odsłuchu pełnowymiarowego debiutu artysty. O dwa lata za późno – nie wiedziałam, co tracę. Z drugiej strony można powiedzieć, że Milky Wishlake wykorzystał to co najlepsze z tego mini krążka – zarówno Games jak i In Silence znalazły się na Wait For Us. Choć dwa lata temu dostaliśmy pięć współcześnie brzmiących piosenek, to właśnie te dwie najjaśniej błyszczały. Wspomniane Games brzmi jak skrzyżowanie starego Hurts z Bastille, wzbogacone domieszką elektroniki z wyczuciem, sprawiając że numer ma charakter intymny, wręcz sensualny. In Silence to z kolei inna historia. Zaczyna się dość tajemniczo i właśnie ta aura towarzyszy przez cały numer, który od 1:48 przypomina mi trochę weselszy oryginał chyba z przełomu lat 90-tych i początku milenijnej dekady, śpiewany przez pewną wokalistkę, o której nie mogę sobie przypomnieć.
Debiutancki album Zawiślaka wita nas mrocznym alarmem, zawartym w początku Up South. Przy dalszym przesłuchaniu, kawałek staje się przyjemniejszy w odbiorze, a numer czerpie trochę z Sistars i trochę z amerykańskiego R&B/Hip-Hop (te okolice). W Break The Silence, podobnie jak w pozostałych utworach czerpiących garściami z poprzednich dekad muzycznych -tu natomiast przychodzi mi na myśl era syntezatorów i koniec lat 80-tych. Możecie mieć mi to za złe, lecz reszta podoba mi się średnio. Fakt, to dobra fuzja throwbacku i nowoczesności, lecz co za dużo to nie zdrowo i po pewnym czasie zamiast fascynować, po prostu nudzi.
Na pierwszy plan, jeżeli chodzi o muzyczne zalety wysuwają się duety. Przyznaję, że w Hope Song z Oly. początkowo nie widziałam potencjału. Zaczynał się obiecująco, lecz cały efekt psuł głos wokalistki. Miałam wrażenie, że ta zamiast nadać numerowi klimatu, po prostu tam przeszkadzała, a artysta solo dałby radę. Wszystko zmienia się jednak od połowy kawałka – wtedy Milky Wishlake pokazuje, że jednak wypadałoby posłuchać do końca. Sama zapowiedź drugiego duetu – tym razem z Dawidem Podsiadło, już zapowiadała coś dobrego. Wszak współautor Annoyance and Dissapointment stara się angażować w obiecujące projekty – pomógł przecież Patrickowi The Pan z Niedopowieściami zdobyć jeszcze większą publikę. Czy pomoże Kamilowi? Nie mam wątpliwości, że tak się stanie, zwłaszcza jeśli to właśnie Future For Me (z początku przypominający trochę rosyjskie rytmy – taka jakby kankana, by później odkryć w nim ukryty geniusz) zostanie nowym singlem promującym wydawnictwo. Wbrew pozorom będę za to trzymać kciuki. Pozostając jeszcze przy wymienianiu mocnych punktów krążka, niewątpliwie jest nim Enough. Odrobinę przypomina Lights od Hurts, chwilami Depeche Mode plus jeszcze mocno zwracający uwagę refren, który tak bardzo nie chce mi wyjść z głowy.
Nie jestem w stanie nawet kilkoma słowami opisać, z czym przychodzi do nas Milky Wishlake. Jest to dosyć udany debiut, intrygujący i zjawiskowy. Boli mnie jednak to, że chwilami album jest mdły i nudny. Nawet dobrocią zawartą na albumie trzeba odpowiednio dawkować. Póki co, jest dla mnie za słodko.


