Miike Snow – iii (2016), recenzja Kacpra Rogalewskiego

0
146

Mam słabość do zespołów, które starają się tworzyć autorski pop. Znaczy taki, który nie daje się pokusom rynku. Nadzywczaj doceniam ich próby udowadniania, że da się tworzyć świetny odłam tego niesamowicie skomercjonalizowanego gatunku. Do tej grupy zaliczam zespół Miike Snow.

Wszystko zaczęło się w 2007 roku w Sztokholmie. Trzech utalentowanych muzyków stanęło na wysokości zadania i po prostu zaczęli bawić się muzyką. To nie mogło się nie udać. Zaledwie dwa lata po założeniu zespołu świat pokochał ich utwór Animals. Dokładnie tym utworem Szwedzi udowodnili nam, że można osiągnąć międzynarodowy sukces jednocześnie nie tracąc wartości artystycznej. A potem było już z górki: międzynarodowa trasa, setki fanów i kolejne wydawnictwa. Najpierw Happy to You, a potem najnowsze wydawnictwo zatytułowane iii.

iii jak? Teoretycznie tej płycie nie można nic zarzucić. Naprawdę. Ma momenty lepsze i gorsze, jak zresztą każdy album. Do tego jest bardzo spójna i konsekwentna. Muzycy po prostu mieli określony plan, który nadzwyczajnie spełnili. Jednak co niepokojące to ostrożność tej płyty. Najnowsze dzieło Miike Snow trochę dystansuje się do szaleńczej potrzeby eksperymentowania, a prawie wszystko co pojawia się na tym albumie już słyszeliśmy. Co tu dużo mówić. Szwedzi po dziesięciu latach działalności wybrali opcję bezpieczną, która wkrótce może zatrzeć artystyczność projektu.

Cały album zaczyna się bardzo dobrze i obiecująco. Od pierwszych sekund słychać, że właśnie powrócił zespół Miike Snow. Tak naprawdę My Trigger to utwór, który zadowoli każdego fana tego trio. Pełno w nim dźwięków charakterystycznych dla tego zespołu. Pianino, odrobina infantylności i powtarzające się sample. Po trzech minutach przyszedł moment na trochę psychodelicznych nowości. Dokładniej chodzi o kompozycje The Heart Of Me, która bezsprzecznie pobudza ciekawość, czy nawet zainteresowanie. Delikatnie zniekształcony głos wokalisty zespołu brzmi rewelacyjnie. Aż chce się tańczyć! Chwytliwy tekst i skoczna melodia to słowa, którymi można opisać utwór Genghis Khan. Choć to tak naprawdę nic zaskakującego. Znowu. Słuchając tej pozycji poczułem się jakbym słuchał po prostu dodatkowych utworów do poprzednich albumów zespołu. Swój delikatny zawód szybko wyleczyłem piosenką zatytułowaną Heart Is Full. Nowoczesny taneczny bit automatycznie pobudza chyba każdego słuchacza. I kolejna bomba. Tym razem podwójna, a to za sprawą obecności znakomitej Charli XCX. Co tu dużo mówić to zwyczajnie rewelacyjny pop. Charli śpiewa znakomicie i nie ma żadnych problemów, by dopasować się do klimatu zespołu. Ogromne zaskoczenie tej płyty. Skoro już o cudownych momentach mowa to muszę wspomnieć o Over Over. Tak właśnie wyobrażałem sobie nowości wychodzące spod ręki Miike Snow. Trochę hip-hopu, gitary i porażający eksperyment jest gotowy. Ten jeden utwór znakomicie nadrabia braki poprzednich utworów. Panowie poprosimy więcej takich wariacji!

Płyty bezpieczne, to takie bez progresu. Niestety. Choćbym bardzo chciał to nie czuje się w pełni usatysfakcjonowany tym wydawnictwem. A dlaczego? Bo to kolejny już raz, kiedy trio Miike Snow postanawia zrobić standardową płytę. Taką zwyczajnie przerobioną ze starej twórczości zespołu. Brakuje tego co było przy pierwszych dźwiękach stworzonych przez zespół. Pomysłu, nowoczesności, innowacji. To wszystko gdzieś zniknęło. I właśnie przez to mamy dobry album, ale zbyt przewidywalny.