MGMT – MGMT (2013), recenzja Sandry Szepietowskiej

Gdyby to był pierwszy album, a zespół nie byłby znany… czy ktoś by się nim zainteresował? Czy dałby im taką sławę jak poprzednie? Oczywiście nie! Jest tajemniczo i psychodelicznie, jak dawniej, ale brakuje energii i różnorodności.

Płyta zatytułowana jest po prostu MGMT i według zapowiedzi wykonawców ma być kolejną próbą poszerzenia granic muzyki pop. Ben Goldwasser i Andrew VanWyngarden postanowili ponownie skorzystać ze współpracy Davea Fridmanna, który był współproducentem Oracular Spectacular i Congratulations. Muzycy połączyli siły i stworzyli dziewięć kompozycji i nową aranżację piosenki Introspection. Szukając w tym wszystkim temperamentu i rozmachu, znajduję niestety apatię i banał.

Warto pamiętać, że MGMT to nie tylko muzyka, ale również zaawansowane przedstawienie graficzne. Do każdego krążka dołączony jest The Optimiser, pozwalający nacieszyć oko wizualizacjami dodanymi do każdego numeru. Zabieg ten, z pewnością jest swego rodzaju urozmaiceniem i wyróżnia MGMT na tle innych zespołów, ale w żadnym stopniu, nie ratuje tego wydawnictwa. Odpowiedzialni za to są głównie Andrew Benson, Emilio Gomariz, Geoffrey Lillemon i Chris Timms. Całość koordynował Alejandro Crawford, który zajmuje się również wizualną oprawą koncertów MGMT.

Wycieczkę w surrealistyczny świat muzyki należy zacząć od I Love You To Death, które doskonale wprowadza w nastrój albumu. Z pewnością jest to 5 minut muzycznego raju dla ludzi o nietrzeźwych umysłach, jednak wszystkich trzeźwych może nudzić i usypiać, w dodatku, wywołując koszmary. Podobnie jak Alien Days, które mieliśmy okazję usłyszeć już w kwietniu tego roku, gdy w ramach Record Store Day został wydany na kasecie. Magazyn Spin napisał o nim „szalona konstrukcja space-rockowa”. Niestety nie słyszę w nim nic szalonego i moim zdaniem, bliżej mu do nieśmiałej i leniwej konstrukcji space-rockowej. Za to energii dodaje You’re Life Is a Lie stanowiąc symetryczny zbiór dźwięków. Co prawda tekst jest trochę skąpy, ale w muzyce elektronicznej nie musi stanowić on priorytetu.

Trzeszczące i leniwe Cool Song No. 2 to, moim zdaniem, najgorsza kompozycja. Przyciszony wokal zagłuszają niepotrzebne efekty dźwiękowe, które sprawiają, że cały utwór traci na jakości. Mystery Disease też niczym nowym nie zaskakuje, trochę ciekawsza melodia i więcej udziwnień, ale ciągle nie jest to nagranie zasługujące na uznanie. Muzycy, próbując nowych technik kompozytorskich, chyba zapomnieli co jest ich największą zaletą i za co pokochali ich fani. Jak mówią, chcieli pozwolić wypowiedzieć się muzyce bez ograniczeń, szkoda, że sami te ograniczenia tworzą, uniemożliwiając tym, swobodne słuchanie nowego krążka. Gdzie się podziała cała ta pozytywna siła ich elektronicznych melodii i żywych głosów? Nie ukrywam, że liczyłam chociaż na jeden hit w stylu Time to Pretend czy Electric Feel. Niestety ten krążek, oprócz apatycznych wokali, przyniósł tylko zawód. Dowodzi tego szczególnie ostatni utwór – An Orphan Of Fortune, którego słuchanie, po minucie przyprawia o mdłości. Kolejna piosenka, w której ospały wokal jest na drugim planie, podobnie jak w Astro-Mancy. Ponadto, żadna z kompozycji na pewno nie porwie nas do dzikiego tańca, w przeciwieństwie do ich wcześniejszych melodii.

Wszystkie zespoły, chcące grać psychodelicznego rocka, powinny uczyć się od legendy zwanej Pink Floyd. Niestety, przy ich muzyce, MGMT wypada bardzo blado i nijako. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że z każdym kolejnym albumem zespół zaniża poziom, zadowalając się wystarczającym już sukcesem.

mgmt

Czytaj również