Avicii na międzynarodowym rynku muzycznym zadebiutował wakacyjnym singlem Seek Bromance w 2010 roku, który z miejsca stał się hitem. Od tej pory temu szwedzkiemu dj-owi zwiastowano zawrotną karierę na miarę Tiesto czy Davida Guetty. Na jakim etapie jest w tej chwili twórczość młodego artysty można określić przesłuchawszy jego album zatytułowany True. Choć sam Avicii do debiutantów roku 2013 nie należy, to jest to jego pierwszy longplay, wydany nakładem wytwórni Universal Island.
Muzyka taneczna do gatunków ambitnych z pewnością nie należy, więc powinno się ją oceniać raczej w kategoriach rozrywkowych. W tych krążek Aviciiego wypada dość dobrze. Niestety wciąż mu daleko do mistrzowskiej ręki Davida Guetty, który swoje utwory wprowadził na wyższy poziom muzyki rozrywkowej. Szwedzki Dj wciąż tkwi na etapie czerpania czystej przyjemności z gatunku dance. Taki jest właśnie album True – łatwy w odbiorze, lekki i nie wymagający od odbiorcy żadnego zaangażowania. Muzyk nie szuka nowych brzmień, raczej porusza się na znanych terenach i tworzy dźwięki, które wpisują się w schemat punktu kulminacyjnego w postaci refrenu. Brakuje mi tutaj zaskoczenia, obalenia szablonów i pokazania czegoś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Próżno szukać tu takich perełek jak ostatnio Animals holenderskiego Dj-a Martina Garrixa, który podbił listy przebojów tym oto utworem. Na jego tle kawałki Aviciiego wypadają nad wyraz blado. Europejski dance poszedł w tej chwili tak do przodu, że ciężko znaleźć będzie tu miejsce dla tego szwedzkiego artysty.
Na swój krążek zaprosił jednak sporo gwiazd, m.in. Adama Lamberta, zespół Imagine Dragons czy Aloe Blacca. I to właśnie ta trójka świadczy o mocy True. Pozostali wokaliści niemrawo próbują im dorównać w danych im kompozycjach. No cóż, słychać, że to właśnie na Wake Me Up, Lay Me Down oraz Heart Upon My Sleeve wpompowano najwięcej środków i przeznaczono najwięcej czasu. O dziwo, na krążku brakuje megahitu sprzed paru miesięcy I Could Be The One, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Na pewno ten utwór wzbogaciłby cały krążek. Tym samym zastanawia mnie dlaczego muzyk nie postanowił przypomnieć na swoim longplayu o starych kawałkach – przełomowym Seek Bromance czy największym hicie artysty Levels. Co by nie było, Avicii postawił na nowe i nieznane utwory, wierząc w ich potencjał na zostanie przebojem. Chyba należy tu jednoznacznie zawiadomić Szweda, że tylko nieliczne kompozycje takie szanse mają. Niestety to nie krążek na miarę Nothing But The Beat, gdzie każdy utwór nadawał się na singla. Nie dorównuje on nawet 18 Months Calvina Harrisa, gdzie z tłumu wyróżniały się jedynie single. True pozostaje daleko w tyle za swoimi konkurentami.
W ten sposób łatwo wywnioskować pozycję muzyka na arenie międzynarodowej. Wciąż mu daleko do europejskich potęg muzyki klubowej. Tworząc swój debiutancki album postawił krok do przodu, jednak wciąż za mały, aby dorównać mistrzom tego gatunku. Cieszy natomiast fakt, że na albumie znalazł się jeden utwór, w którym nie podpierał się featuringiem – Edom to zdecydowanie najlepsza piosenka na płycie. To ciekawy beat, potężna dawka dobrej energii i świetne, taneczne apogeum True. Czekam na więcej takich utworów. Avicii jedno wie bardzo dobrze – jak zacząć i zakończyć album. Dzięki temu wrażenie mimo wszystko pozostaje pozytywne…

