MENU

    Odbiór na pewno nie był jednolity – czyli o Mery Spolsky w poznańskim Blue Note. Relacja Damiana Olszewskiego i zdjęcia Doroty Kutnik

    Mery Spolsky płynie na technofali. Jeszcze nie tak dawno mało kto ją znał, a malkontenci marudzili, że jej muzyka jest jakaś taka dziwna. Teraz trudno się z powyższymi stwierdzeniami zgodzić, a najlepszym dowodem niech będą passy sold outów i fanbase, którego mogą pozazdrościć największe polskie gwiazdy.

    Niedzielnego wieczoru poznański Blue Note był tak szczelnie wypełniony ludźmi, że koncert musiałem obserwować z wnęki na wyjście przeciwpożarowe usytuowanej na tyłach lokalu. Nie było to w żadnym razie złe miejsce, gdyż pozwalało mi obserwować całe widowisko, które odbywało się zarówno na położonej w dole scenie, głównej płycie klubu, jak i barowym balkonie. Wow! Co tam się nie działo!

    Gdy Mery pojawiła się na scenie tłum totalnie oszalał. Nic dziwnego, bo artystka ma tak naturalną zdolność do porywania tłumów i wrodzoną charyzmę, a przy tym jest taka szczera w tym co robi, że stworzyła wokół siebie ogromną rzeszę fanów. Nie byłem na wielu takich koncertach, na których większość publiczności śpiewa z wokalistką koncert od A do Z. To samo tyczy się ilości osób ubranych w paski (nie mówiąc już o pierwszym rzędzie), lub fanowskiej akcji z kartkami. Ponownie byłem zdumiony, gdy obserwując z góry wystrzelone w niebo dłonie z kartkami zawierającymi pozdrowienie, nie widziałem ani jednej przerwy w szyku od pierwszego rzędu, aż do ostatniego. Mery i jej fani żyją w cudownej symbiozie, w której każdy daje z siebie sto procent. Niech inni się uczą.

    Myśląc o kawałkach, największe wrażenie zrobiło na mnie Liczydło, a to za sprawą tego, że w trakcie jego wykonywania wysypał się laptop. To w ogólnie nie popsuło zabawy. Spolsky pokazała, że jest genialna w improwizacji, a chwilowe problemy techniczne i poziomową budowę Blue Note’a wykorzystała do zabawy a cappella z publicznością. Wystarczy ją zacytować “Liczę, liczę… pierwszy rząd. A teraz środek. A teraz balkon.” Na tle całego koncertu zdecydowanie wyróżniała się również wzruszająca i pozwalająca odetchnąć piękna technoballada Szafa Meryspolsky, okraszona światełkami smartfonów. Kolejną angażującą publiczność piosenką była patronka obecnej trasy, czyli Bigotka, grana jedynie na gitarze pozbawionej efektów, aby jak najwięcej radości z jej wykonywania oddać fanom. Tempo nie zwalniało przez cały koncert, dlatego i zakończenie wymagało odpowiedniego przytupu. I tu wkroczył nie smutny Technosmutek oraz Miło Było Pana Poznać w wersji znanej z warszawskiego Sofaru.

    Z klubu wyszedłem oczarowany i mega nakręcony pozytywną energią. Wszystkim tym, którzy jeszcze nie byli na koncercie Mery Spolsky, jeszcze się do niej nie przekonali, lub nie poznali gorąco zachęcam, bo wybrali się to małe-wielkie muzyczne show. Gwarantuje, że odbiór nie będzie jednolity.

    Ostatnio opublikowane