Na początku nowego milenium Marilyn Manson (wraz ze swoim zespołem) stał się czarną opozycją w stosunku do totalnie różowej i „sąsiedzkiej” Britney Spears. Po prawie trzydziestu latach kariery (zespół gra od 1989 roku!) oraz dziewięciu, gorszych i lepszych albumach, przyszedł wreszcie czas na okrągły dziesiąty krążek pod tytułem Heaven Upside Down, czyli w wolnym tłumaczeniu – niebo na opak.
Mówiąc wprost, nowy twór Marilyna Mansona to bardzo dobry i klimatyczny, a przy tym porządnie wyprodukowany album. Nie ma na nim żadnych złych kompozycji, poza dwoma przeciętnymi. Mówię tutaj o „popowym” Kill4Me oraz banalnym i skromnym w tekście Revelation #12, który i tak jest bardzo dobrym wejściem do całego albumu, będącym dynamicznym i eksplodującym niczym bomba w mych niezwiązanych z szatanem rękach utworem. Niestety, to trochę za mało, by stał się najlepszym kawałkiem na płycie, do którego miana spokojnie mogłyby startować każdy z pozostałej ósemki tych hardcorowych kompozycji.
Skoro była mowa o początku, to od razu przejdę na koniec, czyli do Threats of Romance. To mój ulubiony utwór na płycie. Zupełnie inny od pozostałych, a jednak idealnie wpasowujący się w tą rockowo-elektroniczną czarno-czarną mozaikę dźwięków. Powiedziałbym, że Manson jest w nim bardzo melancholijny i refleksyjny, mówiąc o szeroko rozumianych związkach męsko-damskich, co już może dziwić tych, których nieszczególnie fascynują twórcze poczynania Marilyn Mansona.
Na pochwałę zasługuje też We Know Where You Fucking Live, które bez większego problemu mogę nazwać najlepszym głównym singlem Marilyna Mansona od niepamiętnych czasów. Duże pokłony też należą się Saturnowi, którego wizerunek na obrazie autorstwa Francisco Goyi zainspirował Mansona do powstania fantastycznego utworu Saturnalia, czyli prawie ośmiu minut, co równie dziwne dla autora, idealnych do iście szatańskiego tańca w świetle dyskotekowych świateł.
Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że ten album idealnie sprawdziłby się na ścieżce dźwiękowej do najnowszego sezonu American Horror Story o podtytule Cult lub innego filmu opartego na podobnej fabule. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że Heaven Upside Down byłby świetnym albumem wizualnym. Do każdego utworu teledysk, pełny ordynarnie obrzydliwych scen zabójstw lub seksu, niezliczonej liczby gróźb karalnych i przekleństw oraz opowiadaniu o ukochanym wujaszku Belzebubie – to byłby majstersztyk, no ale Marilyn Manson to nie Beyonce czy Fergie, więc na to raczej nie ma szans, a szkoda, bo to jeszcze bardziej podbijałoby jakość tej płyty i w dodatku byłby rewelacyjnym zwieńczeniem wydania dziesiątego krążka.
Myślę, że warto też wspomnieć o jeszcze jednej ważniej myśli towarzyszącej mi podczas recenzji tego albumu. Otóż, Marilyna Mansona zaliczam do takich artystów, którzy w swoich tekstach jednak zawierają jakąś głębszą myśl, niż trywialne zdania w stylu „zabij”, „wbijamy sobie sztylety między żebra dla zabawy” czy „to jest czwórka homoseksualnych mężczyzn w przebraniach na Halloween”. Już same tytuły jak Je$u$ Cri$i$, czy We Know Where You Fucking Live nasuwają pewną ocenę współczesnego świata widzianego oczami Marilyna Mansona. Świata przepełnionego brutalnością, zarówno na ulicach, jak i podczas przeróżnych transmisji na żywo z tychże ulic. Świata polaryzacji, gdzie jeden człowiek mówi „czarne”, a drugi mówi „białe” i jesteśmy gotowi się za to pozabijać. Świata pełnego oczekiwania na to bliżej nieokreślone „coś”, co ma dogłębnie zmienić nasze życie, przez co zaniedbujemy to co jest tu i teraz, choć paradoksalnie również jest dla nas nieosiągalne.
Zbierając wszystkie kawałki tego czarnego jak smoła tortu, otrzymujemy nie tylko fantastyczny kawałek muzyki, ale i mądry komentarz na temat świata roku 2017. Pomimo tych trzydziestu lat kariery i tonach prochów dozowanych najróżniejszymi otworami ludzkiego ciała, Marilyn Manson pozostaje artystą świadomym tego gdzie żyje, nie pozostając w swoich bezpiecznych i wypracowanych ramach, a idąc wraz z światem do przodu. Heaven Upside Down to świetny album, obok którego po prostu nie da się przejść obojętnym.

