Od niedawna jestem szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy. Pewnego pięknego jesiennego dnia, postanowiłam wybrać się w jedną z moich pierwszych przejażdżek autem. Do odtwarzacza wrzuciłam najnowsze wydanie Mariki.
Do nagrania krążka, Marika, zaprosiła muzyków z formacji Spokoarmia, z którą tak doskonale układała jej się współpraca podczas występów na żywo. Okazało się, że była to bardzo dobra decyzja! Na płycie znajdują się i żywe, energiczne kawałki, i te nudniejsze, jakieś takie rozlazłe. Mimo to, cała płytka jest całkiem przyjemna.
Może po wysłuchaniu tej płyty nie staniecie się od razu rastafarianami, ale jeżeli ktoś lubi regałowe nuty, zawsze może jej posłuchać, co na pewno nie skończy się dla niego wizytą u terapeuty.
Momenty są mieszanką reggea, dancehallu, funku, a nawet popu. Elektroniczne elementy dość przyjemnie wkomponowują się w słoneczną całość. Powtarzam: słoneczną – mimo że album obfituje w prawdziwe „zamulatory”, takie, jak Najtrudniej (choć tekst bardzo prawdziwy, a i muzycznie trochę się rozkręca pod koniec), I Feel oraz Ostatni raz. Regałową przyjemną balladką jest Smoki – przy słuchaniu tego kawałka mimowolnie zaczynam się bujać i czuć prawdziwą magię reggae.
Oprócz wolniejszych piosenek, na płycie znajdują się też, rzecz jasna, te bardziej energiczne, przy których od razu chce się skakać. Od pierwszego numeru – Momenty, po ostatni, bonusowy (który, swoją drogą, od pierwszych dźwięków, przenosi mnie myślami na Reggaeland w Płocku albo Ostródę Reggae Festival) Someday – album nadziany jest fajnymi, sympatycznymi nutami, przy których da się całkiem nieźle pobujać.
Spokoarmia jest spoko, dodajmy do tego jeszcze zniewalający wokal Mariki, który jest jeszcze bardziej spoko, i wychodzi nam lekka, łatwa i przyjemna płytka. Choć można było spodziewać się więcej i lepiej. Ale gdy tak grała mi podczas jazdy, poczułam zupełny chillout i wolność, które wcale nie powodowały niebezpieczeństwa na drodze.

