Margaret – Gaja Hornby (2019), recenzja Pawła Markiewicza

„Artyści nie mają być mili tylko autentyczni […]”. Tą odważną frazą został wzbogacony jeden z utworów Margaret z najnowszej płyty „Gaja Hornby”. Pierwsze polskojęzyczne wydawnictwo w dyskografii wokalistki pokazuje jej zupełnie nową odsłonę. Obdartą z ciuchów i szczerą do bólu. Choć nie wszystkim może się to spodobać – artystka wydała mocne wydawnictwo, które zaraz za Dawidem Podsiadło rozpoczęła nowy nurt w polskim przemyśle muzycznym.

Idąc za kolejnym wersem z utworu Błyski fleszy, plotki, ścianki – „[…] bo na tym to polega, na twórczym przebiegu myśli”. I jest tu twórczy przebieg myśli. Margaret w końcu, po dwóch asłuchalnych płytach, wydała solidny (zbyt krótki) album, który mnie zachwycił. Można pójść dalej i stwierdzić, że to wydawnictwo może być zarówno przełomowym momentem w karierze Margaret, jak i sporo namieszać na rodzimym rynku muzycznym.

Gaja Hornby to opowieść dojrzałej kobiety. To nie ta sama dziewczyna z ostatniej płyty, która usilnie chciała wpisać się w obecne trendy i kopiowała artystów zza oceanu. Margaret teraz nie przeprasza. Otwarcie mówi co myśli i ja to kupuje. Z radiowego, komercyjnego popu przeszła do urban popu – co w aspekcie liryki zadziałało na korzyść i podbiło przekaz płynący z poszczególnego utworu. A płyta choć w większości złożona z optymistycznych, letnich dźwięków, nie jest taka wesoła. Artystka opowiada o ciemnej stronie sławy oraz nieudolnego poszukiwaniu własnego „ja”.

I kiedy płytę otworzył imienny utwór od słów: „Mam 27 lat i się kręcę z kąta w kąt, szybuję na wietrze. Coś tam chcę, a coś tam spieprzę. Bardziej błyszczę niż mam dreszcze. Myśli coraz cichsze, dobór słów bogatszy. Tylko nie mogę znaleźć żadnej pewności i racji”, to wiedziałem, że we wszystko jej uwierzę. Uderzyła i obezwładniła mnie autentycznością, której próżno było szukać u Niej jeszcze rok temu. Tak duży progres, w tak krótkim czasie świadczy o tym, że w ciele tej młodej dziewczyny kisiły się ogromne pokłady niewykorzystanego potencjału. Dziś maska Margaret, o której pisał Gombrowicz, runęła i rozstrzaskała się o ziemie. Teraz artystka stoi przed nami kompletnie naga i mówi w twarz co ją mierźwi, niepokoi i wkurwia.

Gaja Hornby przesiąknęła kulturą hiphopową. Pomimo że Margaret nie rapuje, to uzbroiła się w feeling i flow, dzięki któremu pływa pomiędzy dźwiękami. Opowiada o otaczającym świecie, prawdziwych emocjach i ludziach w sposób zbliżony chociażby do stylistyki Quebonafide.

To z jednej strony osobiste wydawnictwo, w którym zamknięto wiele aspektów życia: od zmian w postrzeganiu siebie, przez walkę z krytyką i zmianę podejścia do mediów, aż po rewolucję ekologiczną. Jednak z drugiej strony, kiedy Margaret śpiewa: „Ej, chłopaku chcę Cię mieć na tapecie” – to tak jakby wokalistka mówiła głosem setek tysięcy ludzi.

Ostatni utwór na albumie kończy się słowami: „Światło jest żywsze, cienie ostrzejsze, wszystko prawdziwsze, bo zyskało głębie, dni są cieplejsze i coraz dłuższe. Znalazłam swoje chcę i nic nie muszę”. Jeśli wierzyć tym słowom – teraz przed nami stoi zupełnie nowa artystka. Dojrzała i odważna kobieta, która zdefiniowała samą siebie od zera. Nie porzucając tym samym ważnej funkcji muzyki – rozrywki. Aż prosi się, żeby przy Sercu Baila pobujać bioderkami.

Czytaj również