To już tradycja, że w ramach obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, wydawana jest nowa płyta. W tym roku mało brakowało, by tej tradycji NIE stało się zadość, a to za sprawą dwóch panów – Jana Młynarskiego i Marcina Maseckiego. Wybitni muzycy ocenili jako niewykonalne stworzenie w zaledwie cztery miesiące albumu poświęconego warszawskiej ikonie, Mieczysławowi Foggowi.

A jednak, dzięki ich ekspresowej ciężkiej pracy i pomocy przyjaciół z planu „Zimnej Wojny” – Agaty Kuleszy i Joanny Kulig – powstało wspaniałe dzieło, idealnie wpasowujące się w nadwiślańskie klimaty. „Fogg – pieśniarz Warszawy” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla mieszkańców stolicy, ale dla wszystkich Polaków, o czym przekonuje sam prawnuk Fogla – Michał Fogg.
Dwa tygodnie przed premierą płyty rozmawiam z jej współproducentem, Marcinem Maseckim – pianistą i kompozytorem.

Marta Umiejewska: Jak wyglądała praca nad tą płytą?
Marcin Masecki: Właściwie to nie trwało zbyt długo, bo pomysł na jej powstanie zrodził się w lutym tego roku, a więc bardzo niedawno. Choć to piękny temat, na początku myśleliśmy, że nie damy rady – próbować przygotować płytę w mniej niż pół roku to szaleństwo. Jan Młynarski i ja przyszliśmy zatem na spotkanie do Muzeum Powstania Warszawskiego z myślą, żeby odmówić albo przenieść wydane płyty na rok później. Potem jednak się zaangażowaliśmy. Praca była bardzo intensywna, a wizja płyty ewoluowała. Wstępnie chcieliśmy zaprosić jedynie wokalistów operowych i nagrać ją bardzo klasycznie. Później zdecydowaliśmy się wybrać osoby z różnych środowisk, w tym także aktorskich (Agata Kulesza, Joanna Kulig).
MU: Nie kusiło Was, żeby zaprosić znane popowe gwiazdy młodego pokolenia?
MM: Nie, my z Jankiem robimy rzeczy po swojemu. Prawie dwa lata temu założyliśmy zespół i snujemy naszą bajkę. Muzeum, zapraszając nas, było tego świadome, więc nie dostaliśmy żadnych wytycznych ani ideologii.
MU: Wybór aktorek związany jest ze współpracą na planie filmu „Zimna Wojna”?
MM: Oczywiście, że tak. Tam się zaprzyjaźniliśmy, więc wiedziałem, że one przynajmniej odbiorą ode mnie telefon (śmiech). Bardzo się cieszę, że zechciały wziąć udział w tym projekcie. Na stole było bardzo dużo różnych nazwisk, ale wiele osób odpadło, bo trudno znaleźć kogoś, kto rozumie, co się do niego mówi i jest dostępny, żeby w ciągu dwóch miesięcy nagrać płytę.
MU: Interpretacja tekstów śpiewanych przez Fogga to też wielkie wyzwanie aktorskie. Czy Wam, jako muzykom, trudno było podejść do tematu pod tym kątem?
MM: Siedzimy w tym już długo, więc to wyszło naturalnie. Jan jest producentem płyty i to on dokonał wyboru piosenek, a także prowadził większość sesji. Ponieważ ja na co dzień mieszkam w Berlinie, to nie byłem obecny na sesji z Agatą Kuleszą i Szymonem Komasą. Jan mówił, że oboje mają wielkie wyczucie. Joasia Kulig natomiast jest wokalistką i współpracowała już z nami przy okazji poprzedniej płyty. Zanim weszła w zawód aktorski, zdawała na uczelnię jazzową w Katowicach. Śpiewanie tak, żeby oddać charakter tamtych czasów, przychodzi jej intuicyjnie. Sesja z nią trwała tylko godzinę. Sam Jan słuchał tych piosenek całe życie i wyrósł w tym klimacie, więc inspiracja tym sposobem mówienia była dla niego naturalna. Wiele piosenek z tej płyty pochodzi ze starych filmów albo z kabaretów, więc idealnie nadają się do teatralizowania. Nie zależało nam na tym, żeby je odtworzyć, tylko zrobić po swojemu.
MU: A czy Mieczysław Fogg nie jest dla muzyka klasycznego zbyt mało ambitny?
MM: Nie, on jest częścią historii. Fogg to kolejny Bach, Mozart czy Chopin. Jego repertuar pojawił się już na naszej pierwszej płycie („Noc w wielkim mieście”), gdzie badaliśmy klimaty muzyki przedwojennej. To jest nasza polska klasyka i chcemy się tym dalej zajmować.
MU: „Fogg – pieśniarz Warszawy” to próba poprawiania oryginalnego Fogga?
MM: Raczej odczytania na nowo; kultywowania tradycji tej postaci i jej piosenek. Nazwałbym to, co robimy z Jankiem, dialogiem z historią i kontynuowaniem jej.
MU: Równo 10 lat temu została wydana podobna w założeniach płyta o nazwie „Cafe Fogg”. Dlaczego wy zdecydowaliście się znowu wrócić do tego artysty?
MM: A dlaczego co 5 lat organizuje się Koncert Chopinowski? Są pewne elementy naszej historii i dziedzictwa, które chcemy, żeby były na stałe obecne.
MU: „Tango Milonga” czy „Ta ostatnia niedziela” znam jeszcze z imienin wujka, ale czy młodzi ludzie będą chcieli tych piosenek słuchać? To już nie jest ich historia…
MM: Bardzo możliwe, ale najlepsze, co możesz robić, edukując młodych ludzi, to być sobą. Nie wszystkich uda się przekonać i trzeba to uszanować. Ale zachęcanie na siłę „po młodzieżowemu” sprawi, że młodzi ludzie się od tego odwrócą. My wywodzimy się ze sceny niezależnej. Choć obecnie wygląda to mainstreamowo, to tak naprawdę robimy to, co chcemy i co kochamy. Z założenia nie zastanawiamy się, czy komuś się to spodoba i czy ktoś za to zapłaci – na tym polega ten etos. Cenimy też innych niezależnych artystów za to, że nie mówią tego, co inni chcą usłyszeć i nie zachowują się tak, żeby innym było wygodnie.
MU: Przez tę płytę przebija Wasz patriotyzm?
MM: Jestem Warszawiakiem i to miasto wiele dla mnie znaczy. W moim życiu zmieniałem już miejsca zamieszkania, ale gdzie bym nie był, to pierwszego sierpnia się zatrzymam. Bardzo się cieszę, że mogłem być częścią tego projektu. Wszystko, czym się zajmuję, ma zawsze jakiś inny wymiar – na przykład patriotyczny – ale jak już gram, to nurkuję w dźwięki i jestem otoczony tylko nimi.
