Na krążek Månsa czekałem dosyć długo. Emocje podgrzała Barcelona Sessions wydana jakiś czas przez oraz eurowizyjna kompozycja Heroes. Oczekiwania były spore. Niestety, Szwed im nie sprostał. A szkoda.
Oczywiście, że nie oczekiwałem nie wiadomo czego. Już samo Heroes wskazywało, że nowe wydawnictwo Månsa Zelmerlöwa drugim Barcelona Sessions nie będzie. Bo i po co miałoby być, nikt przecież nie chce nagrywać takich samych albumów. Ale poziom można by utrzymać.
Barcelona Sessions było świetnym krążkiem z dobrymi tekstami, emocjami, realizmem i dopracowaniem wszystkiego od a do z. Czym jest Perfectly Damaged? Tak jak tytuł mówi. Było to coś perfekcyjnego, ale zostało uszkodzone. Gdzieś tam po drodze ktoś się zapędził i schrzanił całe wydawnictwo.
Truly Perfectly Damaged
To nie tak, że ten album jest zły, ależ skąd. Jest po prostu nudny i montonny. Jeśli weźmiemy dwie czy trzy piosenki z krążka i wrzucimy je w jakąś tracklistę, na pewno się wyróżnią. Każda piosenka z albumu jest dobra, jest ciekawa i dopracowana. Po prostu zestawione wszystkie razem, w jeden krążek – nie wytrzymują. Jest źle, za dużo, za mocno, przeprodukowane, przekomputeryzowane. Wyszło nijak, bez składu i ładu – jeśli cały czas bierzemy pod uwagę całe wydawnictwo, krążek jako jedność.
Zupełnie inaczej wygląda zderzenie z rzeczywistością poszczególnych utworów. Kingdom in the Sky jest przepiękne, chyba najlepsza kompozycja na albumie. Zaraz za nim kolejna ballada, Hearts Collide. Zdecydowanie w balladach najbardziej do gustu przypada mi Måns. Jeśli chodzi o momenty dynamiczniejsze, jako faworytów wskazałbym Fade Away czy eurowizyjne Heroes. Nie zawodzi Someday, które moim zdaniem powinno zostać kolejnym singlem zamiast Should’ve Gone Home. To również dobry utwór, jednak widziałbym go już jako trzeci – a nie drugi – singiel. Ale to jest tu akurat najmniej istotne. We wspomnianych tu utworach podoba mi się przede wszystkim oszczędna i mądrze wykorzystana produkcja oraz całkiem udane teksty. W balladach natomiast pierwsze skrzypce gra wokal artysty.
Should’ve Work More
Niestety, obok tych, całkiem dobry utworów, mamy ich kopie, niedoróbki, piosenki bez polotu i pomysłu. Myślę tu przede wszystkim o otwierającym wydawnictwo Stir It Up czy Unbreakable. To zaskakujące, że obok tak mądrze skonstruowanego Should’ve Gone Home jest tak durne i przekombinowane Unbreakable. Live While We’re Alive również niczym dobrym pochwalić się nie może.
I tak to właśnie jest na tym albumie. Obok świetnych piosenek, przewijają się przekombinowane, nieprzemyślane i nijakie. Jak ghosty-kopie, jak złe bliźniaki. Psuje to odbiór całego wydawnictwa, które wydaje się chaotyczne, pochopne i sklecone naprędce. Ciężko też tak naprawdę znaleźć przyczynę niepowodzenia. Krążek został wydany tydzień po wygranej na Eurowizji, jednak podejrzewam, że był planowany dużo wcześniej. Måns i jego ekipa musiał mieć świadomość tego, że może tak się zdarzyć, że wygra Eurowizję. Czy album miał zostać wydany później? Czy zabrakło czasu na jego dopracowanie? Czy ktoś po prostu za bardzo starał się, aby wszystko było piękne, dopracowane, wyszlifowane? Niestety, jest aż nadto. Brak w tym albumie duszy i emocji. Jest to po prostu zestaw kilkunastu piosenek, nijak ze sobą powiązanych (no może po za nazwiskiem wykonawcy). Nawet te ballady – Kingdom in the Sky i Hearts Collide, które szczerze lubię i często do niech wracam, nie brzmią już tak prawdziwie. Bo ja wciąż w głowie mam cudowne Broken Parts czy pełne bólu w głosie Månsa Paralells z krążka Barcelona Sessions czy Impossible z MZW. Hope and Glory z MZW czy Dreaming i Cara mia z Stand By For… jako utwory dynamiczne również lepiej bawiły niż którykolwiek z Perfectly Damaged. No może poza wyjątkiem, jakim jest Heroes. Myślę, że to właśnie wina Heroes, które dało nadzieję na coś wyjątkowego, dobrze złożonego, wyprodukowanego i odpicowanego. Tak się nie stało.
Otrzymaliśmy album dobry, znośny, z kilkoma udanymi utworami i masą zapychaczy. Oczekiwałem więcej, a dostałem trochę. Nie zmieni to faktu, że nadal starannie będą obserwował karierę Månsa, wracał do Barcelona Sessions. No i może kiedyś doczekam się koncertu w Polsce?


