Mali artyści na małych scenach z dużym talentem i dużym potencjałem, czyli Festiwal Great September 2022. Relacja Sebastiana Dziudy

Wielka muzyka zaczyna się od małych scen. Takie hasło przyświecało idei festiwalu Great September, czyli największego showcase’owego wydarzenia na mapie Polski, którego pomysłodawcą oraz organizatorem był sam Artur Rojek. W dniach 20-22 października do Łodzi przybyło ponad stu artystów, w większości mało znanych, reprezentujących szeroko pojętą muzykę alternatywną, rock czy rap. Za nimi w mieście w centralnej Polsce pojawiło się wielu fanów muzyki, pragnących oczywiście zobaczyć swoich ulubionych twórców na żywo, ale też spragnionych poszerzania muzycznych horyzontów.

W Łodzi w przedostatni weekend października zagościło także wielu delegatów, którymi byli inni artyści, wydawcy, bookerzy, promotorzy, agenci, menedżerowie, właściciele klubów i agencji eventowych, producenci muzyczni, a także przedstawiciele mediów i instytucji kulturalnych. Dobrym posunięciem był brak wydzielonych stref dla tychże delegatów czy innych sfer VIP. Wszyscy uczestnicy, delegaci, a nawet artyści mieszali się ze sobą w tłumie, dzięki czemu bez problemów można było na ulicy czy w klubie spotkać kogoś z branży muzycznej. Pośród tych wszystkich delegatów znalazłem się również ja, młody redaktor z ramienia studenckiego radia, dla którego Great September był pierwszym muzycznym festiwalem w życiu.

I w tym miejscu muszę się przyznać do tego, że od kilku lat moim marzeniem było pojawienie się na festiwalu muzycznym. Z wypiekami na twarzy oczekiwałem ogłoszeń kolejnych artystów, którzy pojawiać się mieli na wielu polskich festiwalach. Radowałem się na widok moich ulubionych twórców w line-upie oraz wnikliwie zapoznawałem się z twórczością tych artystów, którzy byli mi obcy. Wyobrażałem sobie gdzie, kiedy i do jakiego artysty poszedłbym w danym dniu danego festiwalu. Moja ekscytacja połączona była z zazdrością, wynikającą z braku ciekawych muzycznych festiwali na mapie Łodzi, w której mieszkam. Na próżno w ostatnich latach było szukać interesujących muzycznych wydarzeń, które skutecznie wypromowały by to miasto i zachęciły mieszkańców innych zakątków Polski do odwiedzenia łódzkich klubów i pubów, których w mieście włókniarzy jest bardzo dużo.

Festiwalowy marazm z jakim zmagała się Łódź na początku tego roku przerwał Artur Rojek, który postanowił w tym mieście zorganizować wyjątkowy muzyczny festiwal na skalę krajową. Miało w nim wystąpić ponad stu artystów, z których tylko kilku można było uznać za szerzej znanych. Celem i główną ideą wydarzenia była promocja tych mniej rozpoznawalnych twórców. Festiwal miał im pomóc wypłynąć na szerokie wody morza showbizu i na fali wzrastającej popularności zyskać większą liczbę fanów, odtworzeń w serwisach streamingowych itd., a wszystko to opakowane prostą lecz wszystko mówiącą nazwą Great September.

Jak sama nazwa wskazuje, pierwotnie wydarzenie miało mieć miejsce w dniach 15-17 września, zamykając letni sezon festiwalowy, gdyż scena na której miały grać największe gwiazdy, wybudowana była na otwartej przestrzeni. Czas jednak pokazał, że do zorganizowania tak dużego przedsięwzięcia potrzeba więcej czasu i pracy, przez co przesunięto wydarzenie na koniec października. Poskutkowało to zmianami w line-upie, dlatego z występem na Great September pożegnać musiały się m.in. Margaret oraz Daria Zawiałow. Małej zmianie uległy także miejsca, w jakich koncerty miały się odbywać. Niektóre kluby usunięto z mapy festiwalowej, kiedy na ich miejsce dodano zupełnie inne. Odpowiedzialni za festiwal pracownicy robili jednak wszystko co w ich mocy, aby organizacyjne zawirowania nie wpłynęły na odbiór wydarzenia przez uczestników, co w moim przypadku zakończyło się sukcesem.

Od lutego, czyli miesiąca w którym pojawiły się pierwsze wzmianki o festiwalu, na bieżąco zapoznawałem się z twórczością kolejnych ogłaszanych artystów, jednak wizja wydarzenia odbywającego się we wrześniu, następnie i tak przełożonego na ponad miesiąc później, wydawała się odległa. Do czasu gdy pewnego dnia podczas podróży na wydział uczelni dojrzałem przez szybę tramwaju konstrukcję tej największej sceny, gdzie mieli się już na dniach zaprezentować ci najbardziej znani artyści. Wtedy dotarło do mnie że Great September, mimo że w październiku, i że z ponad miesięczną obsuwą, ale w końcu zawitał do Łodzi.

Chyba najważniejszym miejscem całego festiwalu była przestrzeń zrewitalizowanego i rozbudowanego kompleksu elektrociepłowni EC1. Tam zbudowano największą scenę, w jednym z pomieszczeń wygospodarowano miejsce na kolejną, umieszczono foodtrucki, stoliki. Pojawiłem się tam 20 października, czyli w pierwszy dzień festiwalu, na kilka godzin przed pierwszymi koncertami, kiedy wracając bezpośrednio z zajęć na uczelni wstąpiłem do znajdującego się w tej arenie pomieszczenia, w którym delegatom wymieniano bilety na opaski oraz rozdawano plakietki, torby i inne gadżety. Przechadzając się przez ten cały festiwalowy anturaż, doszło do mnie, że jestem częścią czegoś bardzo ważnego. Ogrom przedsięwzięcia zarówno mnie fascynował ale i nieco gubił. Z resztą nie tylko mnie, ponieważ w drodze do punktu wymiany biletów zaczepiły mnie trzy albo cztery osoby z pytaniami dotyczącymi festiwalu. Kiedy jednak już wychodziłem z pomieszczenia z plakietką delegata na szyi, Great Septemberową torbą w której znajdowały się festiwalowe gadżety oraz opaską na ręku, którą w chwili pisania tego tekstu dalej noszę na prawym nadgarstku, byłem gotowy na przeżycie pierwszego festiwalu w życiu i niczym Anakin Skywalker mówiłem do siebie z kącikami ust lekko uniesionymi do góry „this is where the fun begins…”.

Koncertowanie rozpocząłem wcześnie, ponieważ już o 18:30. O tej godzinie miały miejsce pierwsze dwa występy festiwalu. Jeden z nich odbywał się na Main Stage’u, gdzie grał Rubens. Drugi, na który się wybrałem, miał miejsce w niedaleko położonym klubie nocnym, gdzie festiwalowe koncertowanie równolegle z Rubensem otworzył raper Barto Katt. Urzekł mnie jego kontakt z publicznością, poczucie humoru i dystans do rzeczywistości, którym ten artysta emanował przez 30 minut setu, ponieważ tyle, nie mniej nie więcej, trwały występy większości artystów.

Chwilę po zakończeniu koncertu Barto Katt przemieściłem się kilkadziesiąt metrów dalej do innego baru, gdzie zaprezentować miał się Lackluster, będący moim największym odkryciem festiwalu. Od razu dostrzegłem duży talent i potencjał drzemiący w tym chłopaku. Doceniłem jego łagodny głos, przebojowe melodie, taneczne bity oraz bliskie mi teksty. Był to zarazem najbardziej kameralny koncert na jakim byłem, nie tylko na tym festiwalu, ale w ogóle. Siedziałem przy małym stoliczku tuż pod sceną, zaś wokół spotkałem paru znajomych, wśród których od kilku dni był sam Lackluster, którego tydzień wcześniej zaprosiłem na rozmowę do łódzkiej rozgłośni studenckiej, w której działam.

Tuż po przyjemnym występie udałem się z Lacklusterem na krótki wywiad i po pożegnaniu się z nim jak i każdym kolejnym znajomym, którego w spotkałem w barze, pognałem pierwszy raz na tym festiwalu pod Main Stage, gdzie właśnie swój koncert rozpoczynała jedna z największych gwiazd całego Great September Ralph Kaminski.

Ralph Kaminski, którego twórczość jest dla mnie największą tragedią jaka mogła spotkać polską branżę muzyczną. Muzyka Ralpha jest dla mnie niczym innym jak asłuchalną papką dźwięków bez składu i najmniejszych zalążków kreatywności, jego głos w każdym utworze brzmi tak jakby piosenki nagrywał bujając się na huśtawce, zaś jego pretensjonalny, na siłę kreowany artyzm przyprawia mnie o ból głowy. Wybrałem się na koncert tego samego Ralpha Kaminskiego, łudząc się, że może chociaż w wersji live prezentuje się trochę lepiej. Oczywiście się myliłem, ale szczerze nawet nie liczyłem na jakąś poprawę. Nie żałuję jednak tego posunięcia, ponieważ w ten sposób spełniłem jedną z idei festiwalu Great September, jaką było otwieranie się na inne brzmienia i artystów, z którymi mamy mało wspólnego. Postałem na występie może 15 minut i spełniony udałem się do domu, kończąc mój byt na pierwszym dniu festiwalu.

Piątek, 21 października, czyli drugi dzień festiwalu Great September, zacząłem dosyć wcześnie, ponieważ już przed 17:00, na dwie godziny przed pierwszymi koncertami i prawie cztery przed tymi występami, które mnie interesowały. Udałem się do miejsca, w którym zakończyłem festiwalowe koncertowanie poprzedniego dnia, czyli do EC1. W zamkniętym pomieszczeniu umiejscowionym niedaleko głównej sceny, zwanym Halą Maszyn (na czas Great September nazwanego Sceną Brooklyn), a konkretniej w damskiej ubikacji tej sali przeprowadziłem wywiad z moim kolejnym dużym festiwalowym odkryciem, czyli niezwykle utalentowaną Zalią. Serdecznie polecam zapoznać się z twórczością tej młodej piosenkarki tym, którzy jeszcze jej nie znają. Zaś dziennikarzom radiowym czytającym ten tekst, polecam ubikację jako miejsce przeprowadzania wywiadów. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony akustyką tej przestrzeni, tym bardziej że tuż za drzwiami trwała wtedy próba do koncertu.

Cały piątek spędziłem wyłącznie w obrębie EC1, zaś moje koncertowanie ograniczałem do dwóch scen- wcześniej wspomnianej Sceny Brooklyn oraz Main Stage’u. Czas, który pozostał do występu braci Kacperczyk na głównej scenie spożytkowałem na zrobienie sondy z uczestnikami festiwalu, zawarcie z nimi krótkich znajomości oraz spróbowanie produktów spożywczych, jakie w swojej ofercie miały porozmieszczane pod sceną food trucki. W oczekiwaniu na Kacperczyków, wstąpiłem do położonej po sąsiedzku Hali Maszyn, gdzie na 15 minut pojawiłem się na koncercie Tonego Youru. Artysta wywarł na mnie pozytywne wrażenie i mimo krótkiego pobytu na występie, braku oczekiwań i znajomości większości utworów, zaciekawił mnie swoją twórczością i osobowością, zaostrzając apetyt na więcej. Zdecydowanie najlepsze zaskoczenie festiwalu.

O godz. 20:00 swój występ rozpoczęli Kacperczyk. Bracia na scenie tryskali bardzo pozytywną energią, która uwidaczniała się w ich zachowaniu scenicznym oraz wykonywanych alt-popowych utworach. Z grymasem na twarzy opuszczałem po 20 minutach i zaledwie czterech piosenkach teren Main Stage’u, żeby zdążyć na początek koncertu Zalii, który okazał się być moim ulubionym na jakim byłem podczas całego Great September. Urokowi temu występowi dodawała sceniczna prezencja Zalii, która świetnie współgrała z brzmieniem jej zespołu. Wisienkami na torcie były gościnne występy Szczyla oraz Lacklustera, z którym utwór Plany wypadł zdecydowanie lepiej niż dzień wcześniej na jego solowym koncercie.

Pół godziny po zakończeniu koncertu Zalii, w tym samym miejscu zagrała rockowa formacja Dziwna Wiosna. Był to jedyny gitarowy aspekt moich koncertowych wojaży, którego potrzebowałem bardziej niż myślałem.

Wracając z Hali Maszyn i przechodząc kilkadziesiąt centymetrów od samego Artura Rojka, wróciłem na Main Stage, gdzie załapałem się na dwie ostatnie piosenki grane przez inną gwiazdę festiwalu, jaką był Bedoes. Utwór Delfin popularny raper wykonał z dala od sceny, przy stołach realizatorskich ludzi odpowiedzialnych za światła oraz nagłośnienie, gdzie akurat stałem. Trudno mi w jakikolwiek sposób ocenić ten koncert, z uwagi na bardzo krótki czas, jaki na nim spędziłem. Po tych krótkich obserwacjach stwierdziłem jednak, że Bedoes wie jak zrobić show, bo takiego festiwalu ognia, światła i innych efektów audiowizualnych, wliczając w to płomienne przemowy rapera, nie widziałem podczas żadnego Great Septemberowego koncertu. No i stwierdziłem też, że wykon utworu Delfin na żywo to jednak przeżycie jakiego potrzebowałem, nawet o tym nie wiedząc.

Zastanawiałem się czy w ogóle brać udział w festiwalowych koncertach w sobotę, 22 października, ponieważ żaden artysta występujący tego dnia nie przykuł mojej uwagi. Ostatecznie wybrałem się na festiwal głównie po to by spotkać się ze znajomymi, którzy występowali jako artyści oraz znajomymi, którzy tych artystów nagłaśniali. Tak w sobotę znalazłem się na koncercie młodego przedstawiciela łódzkiej sceny alt-popowej Ten Tonnye, którego jakiś czas temu sam zaprosiłem na rozmowę do studenckiej rozgłośni. Great September zakończyłem piękną klamrą, bo koncertem rapera Belmondo, który grał w tym samym miejscu, gdzie dwa dni wcześniej festiwal otwierał Barto Katt.

W tym miejscu należy wspomnieć również o konferencjach, które były na tyle ważnym aspektem festiwalu, że widniały w oficjalnej nazwie Great September Showcase Festival & Conference.  W ich ramach, przed koncertami odbywało się wiele spotkań o charakterze merytorycznym, takich jak panele dyskusyjne dotyczące najważniejszych tematów, jakie dziś i w przyszłości dotykać będą rynku muzycznego w Polsce i na świecie. Prowadzili je delegaci, dziennikarze, a nawet sami artyści jak Ralph Kaminski lub Dawid Podsiadło, który jednak na samym festiwalu nie zagrał. Niestety ze względu na obowiązki szkolne, nie udało mi się przybyć na żadną z konferencji.

Mój pierwszy w życiu festiwal, pomimo organizacyjnych zamieszań, z pewnością mogę uznać za udany. Spełniłem swoje marzenie i z niecierpliwością czekam na kolejną edycję, która z pewnością będzie kolejną świetną okazją do poszerzenia muzycznych horyzontów i poznania godnych uwagi artystów, co przecież jest głównym założeniem tego wydarzenia.

Czytaj również